BIERZ PRZYKŁAD Z ADASIA…

… popatrz jaki grzeczny chłopczyk z niego”. Ile razy stawiamy naszym dzieciom za wzór do naśladowania inne dzieci, z ich klasy, kuzynów, koleżanki na podwórku?? Ile razy powtarzamy „bierz przykład z … „. Ile razy zadajemy sobie trud odnalezienia w otoczeniu dziecka tych dzieci, z których nasze powinno brać przykład? Od grzeczności-Adaś z podwórka, od apetytu-kuzynka Hania na imieninach u cioci Basi, od nauki-Natalka z ławki. Albo przeciwnie „zobacz, jak będziesz się zachowywać tak jak Kasia, nie pójdziemy do kina”. A Kasia akurat jest uprzejma, tuż przed naszymi oczami, okładać swoją mamusię pięściami, bo … coś tam. Dla naszych dzieci staramy się znaleźć najlepszy wzór do naśladowania, lub taki, którego na pewno naśladować nie wolno. Zapominamy jednak, że …

To nas, rodziców, w pierwszej kolejności naśladują nasze dzieci

Czasem rodzicom ciężko jest pamiętać, że pierwszymi, których ich dzieci będą naśladować, będą właśnie oni. Pamiętać! Ba, zdać sobie z tego sprawę. Bardzo często pozostajemy w błogiej niewiedzy, że z chwilą kiedy w naszym domu pojawiają się dzieci jesteśmy bacznie obserwowani. I mniej więcej wygląda to jak lustrzane odbicie, albo jak spotkanie  z mimem na niedzielnym targu, który kiedy my w lewo, od w lewo, nasze lewo. Kiedy my podnosimy rękę, on robi dokładnie to samo. Nasze dzieci bardzo często przypominają właśnie takich mimów: z początku naśladują nas wyłącznie w zakresie motorycznym. Później włącza się dźwięk. Mnie zajęło to ledwie 44 lata zanim zrozumiałam, że jestem dokładnie taka, jak moja mama. Mimo, że pamiętam dokładnie jak siedząc z koleżanką w parku na ławce, ze szlugiem w ręku zaklinałam się, że taka jak ona dla mnie, jak nigdy nie będę dla własnych dzieci. Oczywiście chodziło o konkretną awanturę. Ale doskonale wiedziałam, których zachowań mamy kopiować nie chcę. I co? Nico. Minęło jakieś dwadzieścia lat, a ja robię dokładnie Marcie dokładnie to, co ona mnie. Koło się zamknęło.

Najważniejsze, żeby zrozumieć

Uświadomienie sobie tego jest kluczowe dla wszystkiego, co nazywamy „byciem rodzicem i wychowaniem dzieci”. Życie w niewiedzy i nieświadomości kończy się, tak jak u nas, godzinami spędzonymi na rozmowach, tłumaczeniu, pytaniach, rozmyślaniach czy już walić do specjalisty, czy jeszcze poczekać. A i tak nic się w dalszym ciągu nie zmienia. Nie działają prośby, groźby, płacze i lamenty. Dopóki w nas nie zajdzie zmiana, dziecko również się nie zmieni.

To od czego zacząć tę zmianę?

Od nas samych. To najpierw my musimy uporać się z naszym dzieciństwem. Można to robić na wiele sposobów. Jeśli nie jesteśmy pewni, że damy sobie z tym radę, polecam bardzo rozmowę ze specjalistą. Niezbędni będą nam przy tym również nasi rodzice, jeśli są jeszcze przy nas. To nie jest proste. Ja, czterdziestoczteroletnia kobieta, musiałam zmierzyć się z własnym dzieciństwem. Z jednej strony pamiętam to, jako czas wypełniony ogromną miłością, ale z drugiej sporą dawką tego, co pamiętam jako złe. Ale musiałam się z tym wziąć za bary. Cały czas to robię. Pozbyłam się lęku przed rodzicami, bo taki u mnie, jako u dziecka, był. Czy to działa? Nie zawsze. Czy to jest proste? Nie. Bo nie jest łatwo zmienić nawyki kogoś, kto ma prawie osiemdziesiąt lat i z pewnością nigdy wcześniej nikt nie powiedział mu, że można inaczej zachowywać się wobec własnych dzieci. A tu nagle, dorosła córka, przychodzi i mówi „Mamo, tato, nie. Dość!”. O dziwo, reakcja jest dobra. Spokojna. Zadająca pytania. Chyba ciekawość „a co się nagle takiego stało, skoro do tej pory wszystko było w porządku?” jest silniejsza niż sprzeciw. Czasem staje to wszystko na ostrzu noża. Jasne, że tak. I rodzice, i ja jesteśmy dosyć emocjonalnymi jednostkami. Ale tacy jesteśmy. I tacy się kochamy. I ten nóż bardzo szybko ląduje w szufladzie.

Pozwolić zrozumieć naszym rodzicom „po co?”

„ale o co ci chodzi? po co wracasz do tego?”. „bo to samo robię własnemu dziecku” –  i wtedy nogi się uginają. Bardzo rzadko mamy świadomość tego, że przeniesienie dzieje się tak samo automatycznie, jak kopiowanie. Nie ma przy tym wybuchów, fajerwerków. Nic zapala się lampka ostrzegawcza. Po prostu, pewnego dnia, zaczynamy być dokładnie takie w stosunku do naszych dzieci, jak nasze mamy i ojcowie byli dla nas. Albo też …

Idziemy w zaparte

Zdarza się też tak, że doskonale wiemy, co było nie tak, kiedy byliśmy dziećmi. I głęboko kodujemy sobie to, że nigdy w życiu nie będziemy takimi rodzicami dla naszych dzieci. To wyparcie jest tak silne, że przesłania nam wszystko inne. Jedyne, co dajemy naszym dzieciom, to działania przeciwstawne. Zapamiętane przez nas traumy z dzieciństwa odbierają nam zdrowy rozsądek i wychodzimy z założenia, że naszym dzieciom zupełnie wystarczy to, że nie będą czuć tego, co my będąc jeszcze dziećmi. W rezultacie możemy zrobić sobie i naszym dzieciom jeszcze większą krzywdę niż gdybyśmy nawet popełnili ten sam błąd, co nasi rodzice.

Zrozumieć, dlaczego rodzice w ten sposób nas wychowywali

Bo być może nie potrafili inaczej. Być może zachowują się dokładnie tak samo, jak ich rodzice zachowywali się wobec nich. I być może nie mieli odwagi, siły, żeby to zmienić. Lub nie zwracali uwagi na to, że ważne jest żeby zrozumieć, zastanowić się, czy można inaczej i że prędzej czy później ktoś poniesie tego konsekwencje, takie czy inne. Być może nie było nikogo przy nich, kto mógłby powiedzieć im, że coś jest nie tak. Być może również stosowali metodę wyparcia. Wpojone mechanizmy, wyuczone modele zachowań, to wszystko skądś się bierze. Nie jest naszym zadaniem prostować ścieżki do siódmego pokolenia wstecz. Ale to, co możemy zrobić, to prostować te, na które jeszcze mamy wpływ.

Bo nikt inny za nas tego nie zrobi

Ważne jest, bardzo ważne nawet, żebyśmy w porę zdali sobie sprawę, że to pole, jakim jest wychowanie naszego dziecka, my mamy zaorać jako pierwsi. To od nas najwięcej zależy. To jest nasza odpowiedzialność. To my budujemy poczucie własnej wartości u dziecka. Przy czym, jak mówi Jesper Juul w swojej książce „Twoje kompetentne dziecko”, to poczucie własnej wartości u nas nie musi być w tym czasie jakieś gigantycznie mocne. Jest jednak zasadniczą sprawą, żebyśmy byli świadomi, że to leży w naszych rękach, nie pani Ani z przedszkola, pani Tereski ze szkoły czy pana Arka z treningów akrobatyki. Oni mają za zadanie przede wszystkim edukować nasze dzieci, rozwijać ich talenty, zainteresowanie nauką, światem, drugim człowiekiem, umacniać wiarę w siebie i poczucie własnej wartości. Umacniać, nie budować to, co my mamy stawiać naszym dzieciom jako fundament zdrowia emocjonalnego.

To dlaczego moje dziecko się tak zachowuje?

Odpowiedź zawsze jest najpierw w nas, w rodzicach. I to akurat jest bardzo proste, pod warunkiem jednak, że dopatrzymy się zależności pomiędzy naszym dzieciństwem, a tym jak reagują nasze dzieci. To my jesteśmy w środku, nasze reakcje, nawyki, ograniczenia, przyzwyczajenia. To dziecko widzi jako pierwsze. A co jest w tym piękne?? Że przenosi się nie tylko to, co nie jest do końca dobre. To wszystko, czym zachwyca Cię Twoje dziecko, jego reakcje, nastroje, wrażliwość, talenty, słabości, mocne strony jego charakteru…to wszystko jest również wynikiem przeniesienia i obserwacji Ciebie, Was. A to też bardzo często pozostaje niezauważone przez rodziców. Czy przez brak wiary w siebie, bo trudno uwierzyć, że to w nas tkwił ten pierwiastek czegoś wyjątkowego, który odziedziczyło nasze dziecko. Czy przez nieświadomość tego, że nasza spostrzegawczość, uwaga, jaką obdarzamy nasze dzieci, czas jaki z nimi spędzamy, szczerość i szacunek między nami, zaufanie jakie im okazujemy, motywacja jaką im dajemy, to wszystko ma wpływ na to, że nasze dzieci są wyjątkowe i czują się wspaniale mając nas za swoich rodziców.

Najważniejsze i tak pozostaje to, żeby pozwolić dziecku być sobą

Obojętne jak silnie będziemy starać się aby nasze dziecko nie popełniło naszych błędów i kopiowało nasze dobre cechy, super ważne jest to, żebyśmy mieli świadomość, że my budujemy fundament. Że gdzieś po drodze, nasze dziecko, będzie na tym fundamencie stawiało własne ściany. Zlepione z własnych doświadczeń, przeżyć, nauk, błędów i sukcesów. I my mamy mu na to pozwolić. Każdy wzór do naśladowania powinien pozostać wzorem, nie nakazem dla najlepszej możliwej wersji życia. A to samodzielne budowanie dziecko zaczyna nie jako dorosły, dojrzały, ale już od małego. A my, rodzice, mamy umieć zauważyć, uszanować, wspierać i doceniać tę jego odrębność.

Zanim zatem następnym razem powiem do mojej Marty „zobacz, a Krysia taka grzeczna..” dwa razy się zastanowię, czy moja Marta właśnie nie jest wyjątkowa dlatego, że nie jest i nigdy nie będzie jako ta Krysia, ale dlatego, że jest, jak ona sama.

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Czytałam już kiedyś ten tekst, ale coś mnie oderwało i nie zdążyłam skomentować. A chciałam napisać, że to jest niesamowite, jak dzieci wiernie odwzorowują nasze zachowania i słowa. Kiedyś moja starsza mocno wytrąciła mnie z równowagi i dostała ostrą reprymendę. A że przechodziła aktualnie kolejny bunt – solennie olewała każde moje słowo. W końcu wylądowała na karze – przede wszystkim po to, żebym ja mogła odetchnąć 😉 Tak czy owak, skończyła karę, pogodziłyśmy się, poprzepraszałyśmy a kilka dni potem dokładnie w ten sam sposób skarciła swoje lale, które też jej nie słuchały i w rezultacie wylądowały 3 minutki na karze… Od tamtej pory inaczej spostrzegam każdą naszą „kłótnię”…!

    • U nas jest dokładnie tak samo!!! Ile razy łapię się na tym, że złoszczę się na Martę, a ona nie robi nic innego jak powtarza to, co ja zrobiłam. I wtedy klika mi dopiero co jest grane. Wiesz dobrze, że w ogóle kojarzę. A nie zawsze tak było…Ale na szczęście wskoczyło na miejsce i teraz wiem, że muszę się pilnować.

  • Jakie to niesamowicie ważne! Pozwolić dzieciom być sobą. Ale jakie trudne. Niestety każdy z nas ma ambicje i snuje plany wobec swoich dzieci. To też jest motor napędzający machinę porównań. Bo Natalka się dobrze uczy wiec będzie lekarzem. A Ty? Ty będziesz rowy kopał. W obawie przed ewentualnymi porażkami staramy się dziecko Motywować. Często kosztem jego małej- wielkiej psychiki. Nie da się nie kopiowac. Bo ciężko cale życie tak potwornie się pilnować.

    • Kilińska

      Jeśli nie czytałaś kochana, to polecam Ci ogromnie Juula. Ale na pewno czytałaś… ogromnie zaczęłam się nad sobą i nad nami, rodzicami, zastanawiać. Kapitanie właśnie pisze, dlaczego tak ważne jest żeby dziecko uznać za kompetentne, zdolne do samodzielnego myślenia, nie czekając aż skończy osiemnaście lat, ale dużo, dużo wcześniej. A co, jeśli kopanie rowów go uszczęśliwi?? wiem, mnie też to wydaje się teraz bez sensu: kopać rowy??? ale..jako nastolatka poznałam mężczyznę, w wieku gdzieś 60 lat. I on całe swoje życie pracował jako pomoc w stajni. Sprzątał i oporządzał stajnię, konie, opiekował się zwierzętami w gospodarstwie. Patrzyłam na niego i on cały był tą właśnie stajnią, tymi końmi i tymi zwierzętami. Wiedział o nich wszystko. One traktowały go jak członka stada. Ten pan miał dwie córki. I pamiętam, że jako dziecko, ciężko mi było zrozumieć, skąd u tych dziewczynek, wtedy w moim wieku, taka duma z tego ojca. Mówiły o nim wyłącznie „tatuś”. Wpatrzone były w niego jak w obraz. Słuchały go jak wyroczni. Pomagały mu przy tym gnoju i przy koniach. Nie zapomnę tej rodziny nigdy. Spędziłam z nimi dwa tygodnie wakacji. A dzisiaj wiem, bo wtedy kompletnie z tego nie zdawałam sobie sprawy, że gdybym wtedy potrafiła wyciągać z tego wnioski, to byłaby to lekcja na całe życie. I całe szczęście, że dzisiaj to pamiętam.

      • Wzruszyłam się… Dlatego, że ostatnio akurat wpadła mi „przed oczy” ta reklama: https://www.youtube.com/watch?v=PuaTyH9RyEM . I to, o czym napisałaś to zupełnie inna sytuacja. Szacunek. Jego powinno się uczyć w pierwszej kolejności. Ale nie wbijając do głowy definicje, a pokazując czym szacunek jest.

        • Kilińska

          piękne.łzy wyciska. no właśnie, pokazywać, nie opowiadać.

  • etatowamatka

    Bardzo dobry tekst! Sama byłam porównywana i pamietam ze szczerze nienawidziłam tych dzieci które były takie idealne a z drugiej strony chciałam by taka jak one. Sama pracuje teraz nad samą sobą i nad tym by nie zrobić tego samego mojemu synowi

    • Kilińska

      o widzisz, to kolejna ciemna strona porównywania: niechęć do tych, do których jesteśmy porównywani. a przecież czemu oni winni, prawda? no co winien taki Jaś, że lepiej skacze w dal, a ja na przykład lepiej rysuję??? ale dawaj, muszę być taka jak Jaś w skoku w dal…koszmar. byle właśnie tak jak Ty, wiedzieć i nie przenosić. Robić wszystko, żeby nie przenosić. Jasne, że tak się nie da czasami, ale lepiej wiedzieć i unikać niż nie wiedzieć i w czambuł porównywać.

  • Porównywanie to karygodny błąd, niestety powtarzany nie tylko przez rodziców ale też w szkole, przez nauczycieli, wychowawców. Nie będę przytaczać głupich porównań jakich byłam świadkiem w szkole. Ma to ogromny wpływ na to, jacy jesteśmy w dorosłości. Jestem za tym aby uświadamiać jak najczęściej w tym temacie.

    • Kilińska

      no właśnie. to bardzo ważne co mówisz o szkole. cały system ocen w klasach 1-3, gdzie jest to pierwsze praktycznie, zetknięcie się dzieciaczka z oceną tego co robi właśnie w porównaniu z tym, jak robią to koledzy…woła o pomstę do nieba czasami. każdy z nauczycieli powinien przechodzić kurs Montessori, gdzie nie ważna jest ocena, miejsce, wyścig, porównanie, a samo to, że dziecku udało się wykonać zadanie. smutno jest kiedy ośmiolatek przybiega z płaczem i mówi, że pani oceniła jego rysunek na tróję, a Basi na piątkę. Kto w ogóle ocenia prace plastyczne i artystyczne, które nie zalezą od wyuczenia się, a od zdolności i talentu?? Jak można oceniać talent i to u ośmiolatków???

Przeczytaj poprzedni wpis:
JAK MÓWIĆ O WŁASNYCH SUKCESACH

Witam Cię w pierwszym odcinku cyklicznych spotkań przy mikrofonie pt.: "Kwadrans motywujący". Dzisiaj powiem o tym ... W tym podcaście...

Zamknij