ŻEBY BYŁA SZCZĘŚLIWA?

Nieszczęście … przed tym chronię moje dziecko. Tak samo przed smutkiem, żalem, bólem, nudą i wszystkim, co jednoznacznie kojarzy się z czymś na „nie”. A w sumie dlaczego? Jakiś czas temu złapałam się na tym, że słowo „szczęście” odmieniam przez wszystkie przypadki, przez wszystkie pory dnia i nocy, kiedy myślę o Marcie.  Że wszelkimi sposobami staram się, jak dzika jakaś nawet czasami, uchronić ją przed tym, co jest na „nie”. Kiedy jest w kiepskim humorze, nie bardzo skupiam się na tym, dlaczego tak się dzieje, a na tym, żeby jej ten humor poprawić. Krótko mówiąc, moim celem jest mieć szczęśliwe dziecko. Czy jednak to jest dla niej najważniejsze?

Szczęście jako suma

Szczęście mojego dziecka ma z czegoś wynikać. Być następstwem, skutkiem, wynikiem, sumą, metą. To ciągłe „a może pójdziemy na lody”, kiedy jest smutna; „może pójdziemy obejrzeć zabawki”, kiedy nie chce wyjść na spacer z psem; „to może zadzwonimy do cioci Kasi, żeby przyszły do nas”, kiedy siedzi w pokoju smutna i wyraźnie się nudzi. Pod nos podtykałam jej wszystko, co miało poprawić jej humor. Jako mama, uczyłam ją trzech rzeczy: po pierwsze, że pocieszenie przychodzi z zewnątrz, po drugie, że to szczęście znajduję za nią ja, a po trzecie, że życie bez szczęścia jest nie fajne, jest złe. I szczerze mówiąc, kompletnie nie wiem skąd mi się to wzięło, takie parcie na szczęście? Skąd mi się zagnieździło w tej mojej łepetynie, że szczęście to to, czego ona powinna doświadczać non-stop i też to, co ja, jako rodzic-matka, mam obowiązek jej zapewnić. A to nie tak.

I, kiedy już zrozumiałam, że coś mi tu nie styka w obwodach  … a właśnie, kiedy to się stało? Ano wtedy, kiedy Marta zaczęła po pierwsze domagać się pocieszenia, a po drugie zauważyłam, że coraz mniej rzeczy zmienia jej nastrój. Ot takie zmęczenie materiałem. Ile razy można jeść lody, ile razy można chodzić oglądać zabawki albo do papiernika?? I właśnie wtedy, kiedy zaczęłam się zastanawiać, co oprócz lodów i zabawek mam w zanadrzu, to był ten moment. No i na szczęście, wtedy zapłonęła żarówa!

Bo co mi stanęło przed oczami: oczywiście ona, kiedyś, zaraz, jako nastolatka, jako dorosła kobieta. I wyobraziłam sobie te wszystkie rzeczy, które przed nią. Radosne, cudowne, wspaniałe, ale i te gorsze, złe, bardzo smutne. Czy jeśli nic nie zmienię, ona będzie w stanie z jednej strony doceniać to, co dobre w jej życiu, a z drugiej udźwignąć to, co będzie uwierać? No skąd. No jak? Przecież niczego innego jej nie nauczyłam oprócz tego, że mamusia zawsze pocieszy i to szybciej niż córeczka zdąży uronić pierwszą łzę.

No więc co robić? Ja wróciłam do źródła, czyli do siebie. Do lustra, przed którym ona stoi i patrzy, obserwuje, koduje. Do mnie.

Co innego oprócz szczęścia?

I jaki z tego wniosek? Skoro szczęście ma być konsekwencją, to czego?

Ano

  • miłości, przede wszystkim tej do siebie;
  • radości z rzeczy małych, bo z nich składa się codzienność, a najtrudniej je zobaczyć;
  • prawdy, szczerości, bo tylko one obronią się na dłuższą metę;
  • szacunku, miłości i dbałości o rodzinę i swoje korzenie, bo jest dzięki nim;
  • pozwolenia sobie na popełnianie błędów, bo dążenie do perfekcji zasłania obraz tego, co dzieje się obok;
  • umiejętności podnoszenia się po upadku, błędzie, porażce, bo to jest sztuką i za każdym razem podniesie się silniejsza;
  • pewności siebie, żeby potrafiła oprzeć się stereotypom i iść za tym, w co wierzy, dokonywać wyborów zgodnych z jej sumieniem i walczyć o to, co uważa za godne takiej walki;
  • dystansu do siebie, żeby nie brać siebie i świata tak strasznie i zawsze poważnie;
  • ciekawości świata i ludzi, bo to z nimi i na nim będzie żyć i się rozwijać;
  • spełnienia, realizacji siebie, bez względu na to, jak inni będą widzieli jej przyszłość i teraźniejszość;
  • eksperymentowania, odwagi do robienia rzeczy nowych, czasem ryzykownych, bo dzięki temu może odkryć coś totalnie zaskakującego;
  • głodu wiedzy i nauki, bo to wartość, której nikt jej nigdy nie odbierze;
  • pokory, żeby umiała uczyć się od tych, którzy wiedzą i potrafią więcej, a nie odwracania się od nich w geście zazdrości i własnych kompleksów;
  • szacunku do drugiego człowieka, bo to wraca; bycia dobrym człowiekiem, bo to wraca przede wszystkim;
  • empatii i umiejętności postawienia się na miejscu innych, bo to da jej możliwość życia w każdym otoczeniu, wśród ludzi o innych niż jej poglądach;
  • hojności i bezinteresownej pomocy innym, bo to będzie świadczyć o jej wielkości;
  • korzystania z własnej inteligencji i mądrości wobec jej kobiecości, żeby wiedziała, co czyni ją pięknym człowiekiem, a co robi z niej atrakcyjną kobietę;
  • szaleństwa, oddania się pasji, bo dzięki temu będzie mogła zdobywać więcej niż myśli i pokonywać własne lęki;
  • szacunku do pracy, własnej i innych, żeby wiedziała, że choć marzenia są piękne i trzeba je mieć, same się nie spełnią;
  • świadomości konieczności dbania o zdrowie, swoje i najbliższych, bo życie i zdrowie nie mają ceny;
  • potrzeby dbania o świat i środowisko, w którym żyje, żeby umiała dostrzegać nierozerwalną zależność między nią, a nimi;
  • uporu, żeby nie zatrzymywała się na pierwszym zdobytym szczycie, żeby chciała iść po następne.

Tak wyobrażam sobie kogoś, kto posiadając te umiejętności i w ich konsekwencji, będzie w pełni świadomym swojej wartości człowiekiem. Człowiekiem spełnionym. A to sprawi, że poczuje się szczęśliwa.

Czy to uchroni ją tym samym przed nieszczęściem? Skąd. Nic ani nikt nie ma takiej mocy sprawczej, żeby dziecku dać wyłącznie szczęście. Moja rola, jako rodzica, matki, polega również na tym, żeby dać jej swobodę przeżywania własnego życia. Żeby nie wkręcać jej w sztuczny wir powszechnie trwającej szczęśliwości. To nienaturalna spirala, która powoli będzie zaciskać się na jej szyi. A w rezultacie doprowadzi do tego, że wszystko, co nie wywoła u niej poczucia szczęścia, doprowadzi do jej rozpaczy, załamania, zwątpienia.

Zależy mi na tym, żeby moje dziecko potrafiło znajdować źródło swojego szczęścia w samej sobie. Kiedy tworzy, łączy i odkrywa. To ma pochodzić z niej. Nie z zewnątrz.

Czego w takim razie tak bardzo, najbardziej chcę dla mojego dziecka? Tego, czego chcę dla siebie. Poczucia bycia pełnym człowiekiem. Spełnionym w swoich uczuciach, pragnieniach, dążeniach, marzeniach, przyjemnościach, obowiązkach, szaleństwach, słabościach i pewności siebie. Chcę miłości. Czasami może i śmiesznej, niewygodnej, niepopularnej czy nieszczęśliwej. Ale szczerej i prawdziwej. Nie muszę w za wszelką cenę być szczęśliwa. Nie muszę wbijać siebie w ciasne ubranko niczym nie zmąconej szczęśliwości w poczuciu, że wyłącznie to mam do zdobycia.

Szczęśliwe dziecko to za mało

Zwykłe „chcę żeby moje dziecko było szczęśliwe” jest dla mnie ogromnym uproszczeniem. Łatwym do powielania banałem. Sloganem powtarzanym z pokolenia na pokolenie bez świadomości braków jakie pozostawia ono w dorosłym już człowieku. Z czasem każdy rodzic zauważy, że dziecko przestaje sobie umieć radzić wtedy, kiedy szczęścia nie czuje, albo kiedy sytuacja nie układa się po jego myśli. Nie umie, bo rodzice za wszelką cenę starali się go uchronić właśnie przed takimi momentami. Bo dziecko zawsze miało być szczęśliwe. Sama to widziałam u Marty. Wykształciła sobie sama całą masę mechanizmów obronnych właśnie na takie okazje: bunt, krzyk, panika, agresja nawet czy jakieś drobne natręctwa. Tak mocno zakodowałam w niej nieumiejętność radzenia sobie w chwilach najmniejszego smutku, że ona sama broniła się przed nimi zanim na dobre zdała sobie sprawę, że jest smutna. Na szczęście dla niej, bardzo szybko, bo już jakoś kiedy miała ze dwa, trzy lata, zdałam sobie sprawę, jak gigantyczny błąd popełniałam. Mamy swoje kody. Mamy sposoby na przeżywanie braku szczęścia. Mamy też swoje metody, żeby to szczęście przeżywać jak najbardziej intensywnie się da. Marta potrafi, raz lepiej raz gorzej, znajdować przede wszystkim w sobie to, co daje jej szczęście. I co pomaga jej wtedy, kiedy czuje, że szczęście ją opuściło.

Życie moje i jej jest wartościowe i warte przeżywania bez względu na to, czy jest w nim szczęście, czy nie.  Życie każdej z nas i wszystkich naszych dzieci warte jest tego, żeby przeżywać go w pełnej świadomości własnej wartości i spełnienia. Czy wtedy będziemy szczęśliwi?? Jestem pewna, że tak!

 

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Masz rację dziecko należy oswajać ze wszystkimi emocjami, kiedy jest smutno, pozwalać mu się posmucić, kiedy jest złe, pozwolić mu totupać i pokrzyczeć. Maluchy muszą wiedzieć, że świat nie jest usłany różami i że bywa różnie. Co więcej naleźy je uczyć jak radzić sobie z emocjami. Kiedy ktoś mi fajnie powiedział, że w szkołach uczą wielu rzeczy ale nikt nie wpadł na to, żeby uczyć emocji, a to jest nieodłączny element naszego życia. To emocje kreują naszą rzeczywistość, Ja staram się uczyć swoje dziecko tych rzeczy i pozwalam mu się wypłakać i wykrzyczeć jeśli tego potrzebuje. Szczęście jest bardzo ważne ale bez tych gorszych chwil, nie potrafimy docenić szczęścia. Bardzo fajny i mądry tekst! Pozdrawiam Cię serdecznie! http://www.geeway.pl

    • Kilińska

      Och jak pięknie to napisałaś, że „bez gorszych chwil, nie potrafimy docenić szczęścia”. No lepszego podsumowania dla tego tekstu chyba nie ma. Dziękuję:) Ja też pozdrawiam mocno.

  • Dla mam szczęście to najczęściej chyba oznacza rodzinę. U mnie tak jest, to jest moje szczęście. Choć nie staram się uszczęśliwiać moich dzieci za wszelka cenę. Smutek tez jest potrzebny.

    • Kilińska

      no właśnie ja tak miałam zanim zrozumiałam. chciałam ją uszczęśliwiać na siłę. ściskam

  • Moje szczęście, to zapewnienie dziecku dobra, radości i wielkiej miłości. Szczęście to ona, po prostu!

    • Kilińska

      piękne. dziękuję

Przeczytaj poprzedni wpis:
KIM JESTEM

Co za durne pytanie, no błagam...Aaaaale, może wcale nie takie durne. Szczególnie kiedy pytanie "kim jestem" zadaję sobie ja, matka....

Zamknij