SPADEK MOCY

No czasami się zdarza. Nie zawsze mamy chęć się prężyć. Nie zawsze mamy na to siłę. Nie zawsze nam się chce. Nie, nie w chceniu tutaj jest problem. Bo chcieć można. Ale co po chęci, kiedy czujemy, że skrzydła nam opadły. Albo nawet ktoś lub coś je podcięło. To skąd wziąć wtedy motywację do tego, żeby dalej? Jak wykrzesać z siebie choć cień pozytywnego nastawienia?

Dlaczego jest mi źle?

Oj tam, takie sranie w banie. Serio. Po co to się rozmieniać na drobne? Jest źle, to jest źle i już. A dlaczego?? Matko, może nie być kawy w słoiku, mogę mieć wkurw, bo napięcie przedmiesiączkowe, może być syf za oknem, a może świeci słońce, a ja akurat dzisiaj wolałabym deszcz. Po co to szukać, szperać? Lokalizować źródło?? Bo żeby zatamować wyciek, po pierwsze trzeba zatkać dziurę, prawda? A potem dopiero można drążyć, skąd ta dziura się tam wzięła. I tak jest z tym: najpierw skupiam się na tym, żeby było mi lepiej. Później, już w lepszym nastroju, mogę pomyśleć, co było powodem tego spadku mocy. Bo jeśli czując się źle, zacznę jeszcze drążyć, dlaczego i dlaczego, i skąd, to się już tak totalnie zdołuję, że pozostanie mi wyłącznie położyć się i leżeć. I czekać aż samo przejdzie. No to też jest metoda, tylko szkoda życia na to.

Czy to chwilowe?

No to już jest robi się ciut bardziej istotne, od tego, z czego to wynika. Choć też nie jest jakieś zasadnicze. Dobrze jest dostrzec czas trwania naszego gorszego stanu. Bo o ile da się określić, w miarę precyzyjnie, ile będzie trwało syfiaste samopoczucie, jakie towarzyszy napięciu przedmiesiączkowemu czy brakowi kawy w słoiku, to gorzej jest na przykład z tym, jak długo będzie nam towarzyszył brak sukcesu. No bo skąd wiesz, kiedy sukces znowu lub w końcu się pojawi? Chyba, że jesteś wróżką? Jesteś wróżką? Osadzanie tego w klinach czasowych nie jest bezzasadne. Chodzi bowiem o to, czy i jakie działania zaczniemy podejmować, w zależności od tego, ile te syf będzie trwał?  Bo jeśli mamy do czynienia z przyczyną, która lada chwila minie, to nie ma co robić jakichś gwałtownych ruchów. Bo zaraz i tak jej nie będzie, więc nawet może zanim zaczniemy coś robić, to już będzie po robocie. To po co masz się napinać po próżnicy? Możesz stosować jakieś doraźne, natychmiast działające środki lecznicze typu lampka wina czy środki przeciwbólowe, drzemka, kąpiel, spontaniczny seks. Ale jeśli to na przykład, ten nasz brak sukcesu, to nasza bezczynność lub te krótko działające wspomagacze, mogą jedynie pogłębić Twój dół. W takich przypadkach musisz wkroczyć od razu i zdecydowanie. I z długim okresem przydatności do spożycia.

No to jak poprawić samopoczucie?

I tu na dwoje babka wróżyła. Bo zawsze można powiedzieć, że nie wszystko działa na każdego. Że do innego rodzaju spadku mocy potrzebujemy innego rodzaju środka dopingującego. Ale ja mam kilka takich tricków, które działają zawsze i na wszystko.

przyjmuję do wiadomości, świadomości i godzę się z tym, że mogę mieć stany gorszego samopoczucia, braku motywacji i negatywnego nastawienia, czy nawet wkurwu. Że nie jestem robotem, któremu zawsze poziom zadowolenia świeci na zielono i zawsze gęba ma mi się wykrzywiać w banan;

skupiam się na tym, że ma być mi lepiej; nie drążę powodów mojego gorszego stanu;

nie ukrywam swojego nastroju; nie kryję się po kątach, nie udaję, nie unikam życia w chwilach, kiedy jest mi gorzej. Ale też nie afiszuję się z tym. Nie rozpowiadam wszystkim, że czuję się źle. Na pytanie "co słychać?", nie odpowiadam "chujowo", co nie pozostawiłoby wątpliwości, że raczej nie mam dobrego dnia akurat. Mam prawo, również przy dziecku, czuć się gorzej. I moje dziecko nie musi widzieć mnie non-stop zachwyconej i uśmiechniętej. To nienaturalne, sztuczne i nie uczy dziecka zdolności do przeżywania również własnych emocji;

biorę motywację z samej siebie; sumuję to wszystko, dzięki czemu czuję się, czułam dobrze i co daje mi ciągłą moc: moja rodzina, moje dziecko, moje prywatne osiągnięcia, zawodowe sukcesy. Wyobrażam sobie to wszystko jako trampolinę, od której mam się odbić do góry. No bo w dół od trampoliny to nie bardzo da radę, co? I tu wkracza siła wizualizacji, o której pisałam w poprzednim wpisie. Zaglądam w siebie i widzę, jak cholernie świetna jestem. Mam absolutną pewność, że do tej pory pokazałam zaledwie ułamek tego, co naprawdę potrafię, a i tak dotarłam już bardzo daleko. Wizualizuję sobie, jak będzie wyglądał mój świat, kiedy w końcu odkryję moje wszystkie karty – o ja żesz nie wytrzymam, jak tam jest wspaniale!!!

szukam drobiazgów. Wszystkiego, co może poprawić mi humor. Malutkich rzeczy, gestów, które będą w stanie wywołać u mnie pozytywne nastawienie: chwila ciszy, dobra kawa, ciut słońca, kolor nieba, uśmiech dziecka, uśmiech pani w kiosku, słowa "dziękuję, proszę, na zdrowie", uścisk dłoni, buziak od przyjaciela, "cześć, co słychać" w słuchawce. Z takich właśnie malutkich rzeczy, drobiażdżków, składa się moje życie. To one razem zebrane mają super moce. Im bardziej będziesz umiała czerpać z tych maleństw motywację i pozytywne nastawienie, tym prędzej, łatwiej i szybciej będziesz potrafiła sama poprawić sobie samopoczucie;

czerpię z sukcesów innych. Nigdy, przenigdy nie cieszą mnie czyjeś porażki, ani nie czuję się zdołowana przez sukcesy innych. To by znaczyło, że sama mam się za nic. A uwierz mi, takie nastawienie jest jak najbardziej możliwe. Sama doświadczyłam czegoś podobnego. Dopóki mnie było źle, jej było super. I między nami wszystko było cudownie. Jej zaczęło być źle, mnie nie mogło być lepiej. A, ku jej rozpaczy, u mnie zaczęło się wszystko układać cudownie. Nie wolno mi było, w jej opinii, mieć lepiej niż jej. Mogłam mieć tak samo źle jako ona lub gorzej. Ja mówię sobie zawsze "jeśli oni mogą, to i ja mogę". Zwracam Twoją uwagę, że nie mówię "udało", a mogą. Mogą zacząć się starać, mogą się podnieść i coś robić, mogą wystartować. Czy im się uda, a przy okazji i mnie, to już zupełnie inna para kaloszy.  Jeśli śledzisz mój profil na Insta, to wiesz, że kilka miesięcy temu umieściłam tam zdjęcie pana, starszego jegomościa, który dzień w dzień, obojętne na pogodę, maszeruje z kijami po wale. Patrzyłam na niego i mówiłam sobie "on, stary może?? to ja nie będę mogła???" I  mogę!. Dzisiaj, z zabandażowaną nogą w kolanie, chodzę i liczę kroki. Nakręciłam się tym, że ktoś inny może. Mogę więc i ja;

→ nigdy nie wykluczam, szczególnie jeśli czas trwania syfiastego nastroju wydaje się być dłuższy niż konieczny, zwrócenia się o pomoc do innych. W pierwszej kolejności szukam pomocy po przyjaciołach. Jeśli mam dobre układy, to po rodzinie. A jeśli to nie pomaga, walę do pozostałych. Okupuję księgarnie, poradniki, sieć, kursy, warsztaty, webinary i podcasty. Szukam miejsc, gdzie znajdę kogoś, kto był w podobnej sytuacji i sobie z tym poradził. Bardziej interesuje mnie ich doświadczenie niż wiedza. Mam większe zaufanie do kogoś, kto przeżył to, co ja, uporał się z tym, dał radę i chce się tym podzielić ze mną, niż do kogoś, kto skończył siedem uniwersytetów, zrobił sześć doktoratów, sypie formułkami, ale nigdy nie dotknął ziemi w tym miejscu, co ja;

rozdaję dobro. To jest totalnie skuteczny mechanizm podnoszenia się z każdego, nawet najbardziej podłego samopoczucia, wprost do góry. Działa jak różdżka. I jest całkowicie darmo. Wystarczy, że zrobię dla kogoś coś dobrego. Komuś pomogę. Zaproponuję pomoc. Będę uprzejma, nie na wyrost. Ot po prostu. Pogratuluję komuś sukcesu. Podzielę się z kimś czymś. Oddam coś. Podaruję coś. To jest tak odpalone w kosmos uczucie, kiedy czujesz, że po drugiej stronie komuś po pierwsze było to potrzebne, po drugie, że zrobiłam temu komuś przyjemność, po trzecie, że temu komuś będzie dzięki temu lepiej. Szczerze mówiąc, nic więcej mi nie trzeba później. To ma przeogromny ładunek emocjonalny. Pozytywny, rzecz jasna. I wiesz jak to jeszcze działa?? Zapominam, że było mi źle. Ot, co!! … I co jeszcze?? Dobro wraca. Zawsze.

odrzucam autohipnozę polegającą na zaklinaniu siebie przed lustrem tekstami "jestem wspaniała. jestem mądra. jestem pewna siebie". Zamiast tego staję przed lustrem i mówię, tylko raz "jestem ok. taka, jaka jestem". Bez względu na to, że dzisiaj czuję się źle. Bez wględu na to, czy jestem mądra czy mniej mądra. Bez znaczenia, że nie potrafię zrobić tego, czy tamtego. Bez względu na to, czy osiągnęłam więcej niż chciałam, czy mniej. Bez względu na to czy umiem pływać, czy nie. Bez znaczenia, że mam cellulit jak stąd do Kielc i stopy a'la Quazimodo. "jestem ok. taka, jaka jestem". Tego chcę od siebie. Tego jestem pewna. To jest moje poczucie własnej wartości. To da mi siłę, żeby przezwyciężyć te gorsze dni. To da mi pewność siebie. Nie potrzebuję się hipnotyzować. Ani teraz, ani w przyszłości. To nie szkodzi. Skąd. Ale ja wybieram działanie, nie hipnozę;

→ akceptuję to, że dla równowagi, być może wcale nie potrzebuję podniesienia się z tego stanu już, natychmiast, teraz. Że czasami lepiej jest na chwilę się "pogrążyć w rozpaczy" – jak mówiła Ania Shirley, niż cały czas spinać się jak dzika, żeby czuć się lepiej i dobrze;

No i co z tym dalej?

Ano radość. Radość, że sama jestem w stanie znaleźć sobie źródło motywacji do tego, żeby poczuć się lepiej. To ułamek całej, wielkiej księgi, jaką jest samomotywacja. Można się tego nauczyć. Można to wyćwiczyć. Można dojść do poziomu "master" mając pozytywne nastawienie do wprowadzenia zmian we własnym życiu. To nie dzieje się ot tak. Ale da się. Ale zanim to, to te sposoby, którymi z Tobą się właśnie podzieliłam, spróbuj wykorzystać, kiedy poczujesz to ściągnięcie ust w geście przypływu gorszego nastroju, spadku mocy czy poczucia, że coś mogło pójść lepiej, a nie poszło.

I pamiętaj "jesteś ok. taka, jaka jesteś".

A jakie są Twoje sprawdzone sposoby na gorsze samopoczucie? Gdzie i jak znajdujesz motywację?


[FM_form id=”5″]

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
ZAWSZE MYŚL O KOŃCU

Jak osiągnąć sukces? Jedna z porad brzmi "wizualizuj sobie swój cel". No jasne. Siądę teraz i sobie będę wizualizować. Nie...

Zamknij