POZWÓLCIE ŻYĆ

To najsilniejsza z potrzeb każdego człowieka: móc żyć własnym życiem. Wbrew pozorom, bo często to, co robimy wcale na taką potrzebę nie wskazuje. Dobrze nam, kiedy inni za nas decydują. Dobrze nam pozostawiać innym decyzje jak będzie wyglądało nasze życie. Z jednej strony bardzo chcemy żyć własnym życiem, a z drugiej strony nie mamy w sobie na tyle odwagi, żeby wziąć za nie odpowiedzialność.

No i przychodzi taki moment, kiedy zostajemy rodzicami. Dla naszych dzieci chcemy wszystkiego, co najlepsze. Ale … dla kogo najlepsze? Kto o tym decyduje? No wiadomo, że do pewnego wieku nie ma kto rozsądzić, co jest dla dziecka najlepsze i jeśli dziadkowie, przyjaciele, znajomi, pani Jadzia spod siódemki nie wejdą nam buciorami w nasze życie, to jest to wyłącznie nasza decyzja, co dla naszych dzieci jest najlepsze.

Od kiedy dziecko ma własne zdanie?

Jesper Juul w swojej książce „Twoje kompetentne dziecko” opowiedział przepiękną historię o rodzinie, w której córka, kilkuletnia dziewczynka, była niejadkiem. Rodziną jadali przeważnie w restauracjach. Obiad dla córki zamawiała zawsze matka nie pytając córki o zdanie. Mała nie jadła, skubała. Matka w furię, że jak nie zje to to czy tamto. Przy stole atmosfera żadna. Aż w końcu, któregoś dnia, kelner przyjmując zamówienie zwrócił się do dziewczynki „a na co młoda dama miałaby dzisiaj ochotę?”. „to ja mogę zamówić co chcę????” spytała dziewczynka z wypiekami na twarzy. „oczywiście!!” odparł kelner. Mała nie dość, że wsunęła cały obiad, to przy każdej następnej wizycie cała rodzina zdawała się być coraz bardziej otwarta na siebie. Juul pisze, że tata nawet rozluźnił krawat.

Proszę, mądry, spostrzegawczy kelner pozwolił dziecku mieć własne zdanie i co więcej, sprawił, że to dziecko poczuło się ważne i szanowane. Że ktoś liczy się z jego zdaniem. Nie liczy się zatem wiek, od którego powinniśmy uszanować prawo do własnego zdania. Liczy się fakt, że rodzice potrafią dostrzec w dziecku kogoś, kto takie zdanie ma i pokazać mu, że się z nim liczą. No jasne…zaraz rozlegną się krzyki „ale to dziecko ma teraz decydować o wszystkim??”. Oczywiście, że nie. Dziecko, obok wszystkiego, potrzebuje wytyczonych granic, w których będzie się czuło bezpiecznie. I ma wiedzieć, że to my tym sterujemy. A nie ono.

Chcę, ale się boję

Ale co by było, gdyby ten właśnie kelner nie pracował w tej restauracji? Jak potoczyłyby się losy dziewczynki, gdyby wtedy się minęli albo i nigdy więcej nie spotkali? Matka z pewnością nie poprzestała by jedynie na wyborze menu. Mogłoby zdarzyć się tak, że większość decyzji podejmowałaby za córkę. Mała nie miała by prawa do własnego wyboru. Z czasem, przyjęłaby taką postawę jako sposób na życie. Tak samo decyzje w jej dorosłym życiu podejmowaliby za nią inni: partnerzy, partnerki, mężowie, żony, wciąż rodzice. Ona mogłaby jedynie im towarzyszyć. Przyzwyczajenie do chodzenia ścieżkami wytyczonymi przez kogoś innego byłoby tak silne, że myśl o pójściu własną drogą paraliżowałaby ją ze strachu. Z jednej strony furia, że o niczym sama nie może zdecydować. Z drugiej paniczny strach, że nie potrafi, że się nie uda.

Nie umiem sama

Nic wtedy nie jest proste. Nawet kiedy pójdzie według wskazówek wzdłuż wytyczonej ścieżki. Każdy kamyczek na niej, każda kałuża będzie nie do przejścia. Proste, najprostsze czynności okazują się niemożliwe do wykonania. Z jednej przyczyny: strach. Obłędny, paraliżujący, wyniszczający. Rodzice nie nauczyli bowiem jej niczego innego jak słuchać ich, nie siebie. Nauczyli ją, jak żyć własnym życiem, ale pod ich dyktando. Wpoili w nią złudną nadzieję, że całe jej życie będą ją wyręczać i nigdy nie będzie musiała sama za siebie brać odpowiedzialności. Aż przychodzi moment, kiedy ona sama zostaje mamą.

Historia się powtarza

Ale wbrew wszystkiemu co rozsądne, nie powiela się układ jej matka-ona. Ona sama wciąż nie zdolna jest do tego, żeby o czymkolwiek decydować. Kontrolę powierza więc dziecku. Od małego to ono ma decydować za mamę. „jak uważasz, jak chcesz, jak myślisz”. Dziecko rośnie w przekonaniu, że jego mama nie potrafi zdecydować o niczym. Przestaje więc o cokolwiek pytać. Mama przestaje być również tą, która może cokolwiek doradzić, poradzić, zaradzić. Pojawia się również strach. Ale inny niż ten, z którym żyje matka. Strach przed powiedzeniem matce czegokolwiek złego, niedobrego. Bo nie wiadomo, jak mama sobie z tym poradzi. Dziecko zaczyna ukrywać przed matką wszystkie swoje troski. Na każde pytanie „co słychać?” odpowiedź zawsze jest taka sama „dobrze mamusiu”. Matka natomiast, nie nauczona jak radzić sobie w ciężkich sytuacjach, nie jest w stanie być szczera wobec dziecka, kiedy z taką sytuacją trzeba się mierzyć. Obydwie strony pozostają w świecie całkowicie sztucznej egzystencji obok siebie, nigdy razem. Razem są wyłącznie wtedy, kiedy jest dobrze. To, co złe, albo jest ukrywane przez obydwie, albo opowiadane komuś zupełnie obcemu.

Kto zawinił?

Nie wiadomo jaki koniec miałaby ta historia, gdyby nie ów kelner. Czy błąd popełniliby rodzice? Tak. Czy byliby temu winni? Nie! A skąd oni mieli wiedzieć, że tak jest źle? Skąd mieli tego się dowiedzieć, skoro ich rodzice prawdopodobnie w taki sam sposób wychowywali własne dzieci? Czy można ich winić za to, że tak a nie inaczej zostali wychowani? Być może na ich drodze nie stanął nigdy kelner, który pokazał im, że można inaczej. I że to działa. Być może nasza mała dziewczynka nie spotkałaby nigdy kogoś, kto powiedziałby jej „teraz jest wszystko w Twoich rękach. Ty decydujesz. To zależy od Ciebie”. I nie miałaby szansy na to, żeby własne dzieci móc wychować w pełni świadoma ich odrębności i szacunku do ich zdania. Jak mówi Jesper Juul „Zachowanie dziecka jest zawsze produktem jego relacji z rodzicami”. Nasi rodzice też byli dziećmi i ich rodzice zaszczepili w nich pewne schematy zachowań i relacji rodzinnych. I w następnych pokoleniach tak się również będzie działo. I po wieki wieków. Nie ma więc sensu obwinianie kogokolwiek.

To co z tym zrobić?

Ogromne znaczenie ma to, z czego my zdamy sobie sprawę. Jak my zrozumiemy relacje z naszymi rodzicami w przełożeniu na to, w jaki sposób my wychowujemy własne dzieci.

Czy szanujemy ich odrębność?

Czy dajemy im szansę na podejmowanie ich własnych decyzji już od najmłodszych lat?

Czy pozwalamy im odczuć, że szanujemy ich wybory?

Czy oddajemy im odpowiedzialność za ich decyzje?

Czy pozwalamy ponieść im konsekwencje ich wyborów?

Czy rozmawiamy z nimi jak z kimś, kogo szanujemy i widzimy jako ludzi, a nie z pozycji siły, wieku i doświadczenia?

Czy uświadamiamy im, że sami mogą podjąć decyzje odpowiednie do ich wieku, a my to uszanujemy bez względu na to, czy te decyzje będą zgodne z naszym wyobrażeniem?

Bądźmy zatem tym kelnerem

Tym, który pozwolił dziewczynce wybrać z menu to, na co ma ochotę. Tak jak ja muszę pozwolić mojej Marcie samej się uczesać i iść do szkoły w lekko potarganych włosach. I nie wolno mi się zżymać „o matko, o matko, to co sobie o mnie, jako o matce, pani pomyśli”. Bo tak właśnie często na swoje dzieci patrzą rodzice, o czym też pisze Juul. Że wybory rodziców wobec dzieci często podejmowane są przez pryzmat tego, jak oni sami będą postrzegani przez otoczenie.

Niech Marta sama się ubierze. Niech, jak pewna cudowna dziewczynka, która ubrała się sama i poszła do przedszkola w tiulowej spódniczce nałożonej na … piżamkę, będzie mogła sama się ubrać. Jakie to ma znaczenie?? Żadne. Dla mnie żadne. Dla niej wielkie. To, że ubierze się sama, sama wybierze sobie sukienkę, dobierze rajstopki. Ja mam przypilnować, żeby mi w zimę nie wyleciała w krótkich gaciach na pole. I żeby to, co nosi było czyste, w miarę uprasowane, nie dziurawe. Całą resztę muszę jej oddać. Ma osiem lat i doskonale wie, co jej się podoba, a co nie. Ma swój gust, który jeszcze sto razy się zmieni, ale zmieni się na jej, nie ma się zmienić na mój.

Posłuchaj teraz Twojego dziecka

Tak, jak ja staram się jak najczęściej słuchać mojej Marty. Słucham tego, co mówi mi gdy pytam ją „a co Ty byś wybrała?”, „na co masz ochotę?”, „jak Ci się to podoba?”, „myślisz, że to będzie dla Ciebie dobre?”, „wybierzesz sama?”, „czy wiesz co się stanie, kiedy się na to zdecydujesz?”. I zawsze, ale to zawsze, Marta ma coś do powiedzenia. Zawsze ten własny wybór smakuje jej lepiej. Mam nadzieję, rośnie w niej przekonanie, że ją szanujemy, że ją dostrzegamy jako człowieka. Że rośnie w niej poczucie własnej wartości i wiara w siebie. Że my jesteśmy ciekawi, co ona już jako dziecko, ma do powiedzenia. Jakich i dlaczego dokonuje wyborów? Mam również nadzieję, że doskonale wie, że zawsze może na nas liczyć, kiedy nie będzie wiedziała na co ma się zdecydować. Pozostawienie jej decyzji nie odbiera nam obowiązku wyznaczania granic, poza które nie wolno jej wykraczać.

Ucząc się samodzielności ma się czuć przede wszystkim bezpiecznie, a to zagwarantować mamy jej my, jej rodzice. W pełnym poszanowaniu tego, jakim ona jest człowiekiem.


A jak daleko Ty pozwalasz swojemu dziecku żyć własnym życiem?

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Wieki temu czytałem książkę Korczaka – i to mi zapadło w pamięć, że trzeba słuchać dzieci.

Przeczytaj poprzedni wpis:
BIERZ PRZYKŁAD Z ADASIA…

... popatrz jaki grzeczny chłopczyk z niego". Ile razy stawiamy naszym dzieciom za wzór do naśladowania inne dzieci, z ich...

Zamknij