WSZYSCY WIEDZĄ LEPIEJ

To jest apel. Mój, jako matki, w imieniu własnym, a doskonale wiem, że sporo innych matek, przyłączyłoby się do niego. I nie chodzi o zrywy jakieś, o wychodzenie przed szereg, o jakieś nastawianie się rogami do otoczenia. To bardziej płacz i błaganie przez łzy. Bo przychodzi taki moment, kiedy po prostu się ulewa. Kiedy każda twarz na ulicy zdaje się być wrogiem, choć tak przecież nie jest. Ale przez jedną, drugą, piątą durną czy durnego, inni po prostu stają się tacy sami, albo bardzo podobni. Bo oni wszyscy wiedzą lepiej.

Na dobrą sprawę po urodzeniu dziecka, co druga matka mogłaby oddać je na wychowanie średnio co trzeciej napotkanej obcej kobiecie.

Tyle ich przeciętnie doskonale wie, jak dziecko powinno zostać wychowane, co z nim zrobić w danej chwili i w sumie, to jak ona powinna żyć, choć zwykle matki w młodym wieku dziecka postrzegane są zwykle jako tło. I im, rzeczone panie, poświęcają dużo mniej uwagi…ale o ich dzieciach wiedzą wszystko!! I zawsze mają rację!!

Autobus. Wsiadam z Martą. Zima jest, więc jesteśmy ciepło ubrane. W środku również ciepło. Mówię, żeby zdjęła czapkę. Zresztą zupełnie bez sensu, bo sama ją zdejmuje. Staję tyłem do kierunku jazdy, a przodem do niej siedzącej przy przejściu. Jedziemy może dziesięć sekund. Nagle czuję jak coś mnie tyka w dłoń, którą trzymam przeciwległy słupek. Spoglądam w twarz kobiecie, tak koło pięćdziesiątki. Czyli prawie ja. Ona się uśmiecha. Patrzy na Martę. Kiwa głową w jej stronę, a do mnie mówi „A może niech niunia założy czapkę, bo przecież się przeziębi. Zimno jej pewnie, przecież zima jest”. I tak kiwa do mnie głową, jakby mi przytakiwała. Sobie raczej chyba. Szczerzy zęby. Nie mam pojęcia dlaczego.

Patrzę na Martę. Nie słyszy tego. Obserwuje świat za oknem. Spoglądam na kobietę. I już mam powiedzieć coś w stylu „nieee, ciepło przecież w środku”, gdy przypominam sobie przecudowny monolog Jurka Kryszaka z czasów komisji Rywina. A że grymas szczerzenia nie schodzi kobiecie z twarzy, wzbiera we mnie jakaś moc niezwykła. Mrużę oczy i rozpoczynam natarcie, uprzednio przenosząc ciężar ciała w stronę ofiary.

„A pani jak wchodzi do domu, to ma pani kuchnię po lewej, czy po prawej?”

Ona przestaje się szczerzyć. Lekko dębieje. Zaczynam szczerzyć się ja. Ona odwraca głowę ku mężczyźnie, który siedzi obok. Chyba szuka ratunku albo odpowiedzi na pytanie „O co jej chodzi?”. Kiedy jej oczy ponownie schodzą się z linią mojego wzroku, ponawiam atak:

„A duży pokój? Gdzie ma pani duży pokój? Za kuchnią? Na lewo? Czy razem z kuchnią, taki salon jakby może?”

Bardzo powoli głowa kobiety zaczyna przemieszczać się do tyłu w powolnym ruchu egipskich posągów. Podbródek zbliża się do linii szyi, a oczy wyraźnie wchodzą w fazę wytrzeszczu. Płuca napełniają się powietrzem, które zapewne ma  posłużyć jako siła odśrodkowa dla słów, jakie już lada moment z siebie wyrzuci. Uprzedzam ten moment, miażdżąc ją totalnie ostatnim pytaniem:

„A jak kochanieńka z wypróżnieniem u pani? Regularnie, czy po ziółkach??”

Przechylam głowę na bok w triumfalnym geście wytrącenia kobiety z równowagi.

I to jest jej koniec. Policzki nabrzmiewają. Dosyć szybko nabierają barw od różowej do czerwonawej miejscami. Zakrywa usta dłonią, uprzednio wypuszczając balon nieco stęchłego oddechu przez mocno ściągnięte wargi.  Łapie się za poręcz siedzenia przed sobą i chropowatym, gardlanym głosem furczy w moją stronę:

„To oburzające!!! Chamskie!!! A co Panią to interesuje?? No wie pani!!!”

Na co ja, lekko już wycofana, spokojna, cicho acz stanowczo odpowiadam „Wzajemnie droga pani, wzajemnie”.

I tu nasze drogi się rozchodzą. Nasz przystanek. Wysiadamy.

Skąd w ludziach taka przemożna chęć dopieprzenia się do tego, co robię z własnym dzieckiem, pod warunkiem, że nie obijam jej kołem metalowym na środku skwerku??

Jakim prawem zupełnie obca kobieta zwraca mi uwagę, żebym założyła czapkę mojemu dziecku?

Dlaczego, kiedy Marta była jeszcze malutka i woziłam ją w wózku autobusami, co kilka przejazdów natrafiałam na kogoś, kto zwracał mi uwagę, że a to Marta przegrzana, albo że to chyba za wcześnie na mleko z butelki, bo „niunia by cycucha possała pewnie, cio???”.

Dlaczego, kiedy kobieta na forum pyta czy ktoś nie ma pożyczyć dvd, bo dzieci chorują i dostaje szału więc puściła by im jakąś bajkę, znajdzie się co najmniej pięć osób, które czują się w obowiązku uświadomić kobiecie, że

  • oglądanie bajek ogłupia,
  • ma sobie internet kupić,
  • ma włączyć telefon i dać dzieciom,
  • ma pożyczyć od sąsiadów wi-fi ??

Dlaczego własne ciotki, koleżanki, niekiedy i matki, babcie, siostry, wiedzą doskonale co jest najlepsze dla mojego dziecka przy czym mnie traktują jak wyrwaną z kontekstu, co to nie wie gdzie lewa, a gdzie prawa ręka, o nogach już nie mówię.
Dlaczego wszyscy wiedzą lepiej ode mnie co jest dobre, lepsze i właściwe dla mojego dziecka? A właściwie dlaczego wszystkim się wydaje, że wiedzą to lepiej niż ja?

Jakim prawem pytam??

Dlaczego nie pada pytanie, czy w ogóle ja chcę, żeby mi ktoś coś powiedział, poradził, doradził?

Dlaczego nie czeka się na to, aż ja w ogóle o taką pomoc, opinię, radę poproszę?

Dlaczego obcy ludzie uzurpują sobie prawo do oceny mojego, a dla nich zupełnie obcego dziecka?

Dlaczego pani w szkole zwraca matce uwagę, że jej dziecko ma za dużo zajęć pozaszkolnych?

Dlaczego wszyscy wiedzą lepiej, ale nikt nie chce się dowiedzieć, czego ja chcę i potrzebuję?

Czy zatem brak doświadczenia w opiece nad dzieckiem i wychowaniu dziecka sam w sobie daje prawo albo wręcz narzuca innym obowiązek do uświadamiania matki co i jak powinna robić?

Czy urodzenie dziecka zakłada wyzbycie się własnego zdania?

Czy ja mówię pani w czapce, żeby ją zdjęła? Czy ja mówię dziewczynie w pepegach na mrozie, że ma natychmiast wracać do domu i założyć kozaczki? Czy ja sprawdzam, czy Ania z klatki obok założyła ciepłe gacie żeby nie przeziębić sobie nerek, tudzież innych narządów?? Nie! Bo to nie mój interes jest! I takim pozostanie dopóki Ania, na przykład, nie spyta mnie „Proszę pani, a dzisiaj to mnie podwieje, czy pogoda spoks?”.

A z drugiej strony: matki, wewnątrz własnej społeczności, są, jak już wielokrotnie pisałam, najbardziej zwalczającą się grupą. Nie popuści jedna drugiej, choćby jej się styki miały przepalić. A, że głupia i leniwa w domu siedzi, a mogłaby się do roboty wziąć. A, że nic potrafi, a zabiera się Bóg wie za co. A, że zła matka, bo dziecko butelką karmi. A, że nie wie co to poród, bo cesarkę miała. A, że jak może krzywdzić dziecko dając mu na imię Zygmunt. A, że mogłaby poćwiczyć, bo coś ta oponka rośnie, a na zdjęciach kolejna czekoladka…no jasna cholera, no. Żadna inna grupa tak się wewnątrz nie zjada!! Dlaczego??

My, matki, mając i tak już przesrane na zewnątrz, powinnyśmy się jakoś, nie wiem, wspierać może, czy jak? Ale nie zwalczać. Nie łapać się za łby i nie jeździć na sobie jak na łysej kobyle. Mało mamy pod górkę zaraz za progiem własnych domów? A i w środku często z górki nie jest.

Na koniec zapewniam panią, pani z autobusu: będzie Pani pierwszą osobą, do której podejdę, jeśli będę chciała zasięgnąć porady u obcych, czy mojemu dziecku jest zimno, czy ciepło. Ale, jeśli będę chciała. A do tego czasu, pozwoli Pani i inni, którzy wszyscy wiecie lepiej, że pozostanę w błogim przekonaniu, że sama jestem w stanie podjąć rozsądne decyzje odnośnie własnego dziecka i że moja córka sama również takowe decyzje podejmować potrafi. Ale to wciąż mają być nasze decyzje. N-a-s-z-e.

Dziękuję za uwagę, życzę udanego dnia.

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Haha. Nie wierzę, serio? Tak powiedziałaś? 🙂 😉 No to szacun 🙂
    a co do uwag, ja chyba zabijam wzrokiem, bo od pewnego czasu nikt nie próbuje się wtrącać

    • Kilińska

      Dziękuję:) No tak powiedziałam. Wielokrotnie zbywałam takie uwagi milczeniem, albo przytaknięciem, lub też grzecznościowym zwrotem. No to tym razem miarka się przebrała…:)

  • Nikt nie lubi głupich komentarzy, zwłaszcza od głupich od ludzi. Ale…

    Stoją w sklepie, gorąco jak…, czapka, rękawiczki w plecaku, kurtka w garści i widzę jak matka zdejmuje dziecku zdejmuje mu czapkę, rękawiczki a potem rozbiera dziecko z kombinezonu. Srsly, patrzę i nie wierzę. Patrzy się na mnie i mimochodem mówi, że gorąco… a ja dopiero się zorientowałem, że bezczelnie się gapiłem. Przeprosiłem i wyraziłem jedynie zdumienie, że rzadko widzę, by matki robiły to co ona. Ona: Najgorzej jest w autobusie, kiedy grzeją jak opętani. A matki? Niech pan spróbuje zwrócić uwagę…

    Po wyjściu ze sklepu ubrałem się i widzę jak inne dziecko, również w wózku, rzuca w błoto czapkę. Matka nie reaguje. Pcha wózek biodrami i jest zajęta smartfonem. Olałem. Wiesz czemu? Bo ilekroć podałem rękawiczkę, czapkę, smoczek, zabawka najczęściej słyszałem, że to nie moje dziecko i żebym spadał.

    • Kilińska

      Czasami wtargnięcie nawet w najbardziej neutralny teren jakim jest podanie rękawiczki jest wiesz, nie wiadomo jaką ingerencją. Dla mnie to niezrozumiałe, ale każdemu wg uznania. I nie chodzi o to, że nikt nie może nic powiedzieć nic o moim dziecku, czy zwrócić mi uwagę. Chodzi o to, żeby nie wiedzieli lepiej ode mnie już na starcie. Jasne, że są ludzie, którzy wiedzą lepiej i chętnie z ich wiedzy skorzystam, tylko nie zawsze tego potrzebuję i chcę.

  • Tak, tak niech niunia założy czapke w autobusie, zapoci się a jak wyjdzie na mróz to szlag ja trafi…….noż k..mać mądrzejszej „rady” dać ci babcia nie mogła!

    • Kilińska

      Pewnie ta szkoła, co to w lecie w domu dzieci zostawia, żeby na dworzu się nie przegrzały.

  • Ja jeszcze nie urodziłam, a już słucham od wszystkich jak będzie lepiej… Wiem, że wciąż jestem zielona w pewnych kwestiach i sama mam wiele wątpliwości, ale takie pouczanie niekoniecznie pomaga. Czuję się jeszcze bardziej zagubiona i zdezorientowana. I czuję że nie podołam. Bo kurczę, tak ciężko uwierzyć w mój instynkt i że dziecko mi pokaże co i jak i że sobie dam z nim radę??

    • Kilińska

      Jak będzie tego nie wie nikt i nikt nie wie jak sobie z tym poradzisz. Ale z całą pewnością możesz uwierzyć w to, że zrobisz wszystko co w Twojej mocy, żeby dać sobie radę. A jeżeli nie, to będziesz miała w sobie tyle siły i pewności siebie, żeby poprosić o pomoc. Ja też miałam całą masę znaków zapytania. Co było najgorsze w zderzeniu z rzeczywistością, to to, że zakładałam, że będzie wyłącznie różowo. Że wszystko będzie cium, cium. Nikt mi nie powiedział, nie przygotował na to, że wśród tych odcieni różu będą również ciemniejsze kolory. Miałabym wtedy szansę na to, żeby przygotować się na to emocjonalnie, psychicznie. Żeby później nie czuć się źle, podle, że sobie nie radzę, że zaskoczenie, że „o, nie idzie”. Z drugiej strony nikt też mnie nie przygotował na to, że ta miłość do dziecka będzie tak niebywale wielka, codziennie większa, niezależna od niczego, niekwestionowana. I dzisiaj, po ośmiu latach wiem, że to właśnie jest w macierzyństwie piękne: ta równowaga. Że obok tego, co jest nie do końca dobre, jest też przepiękne. A rady innych są czasami potrzebne, nawet niezbędne. Ale wtedy, kiedy inni szanują granice ingerencji w nasze życie, jakie my wytyczymy. Jeśli kiedykolwiek poczujesz, że potrzebujesz zapytać, powiedzieć, zachwycić się, ponarzekać, daj znać. Ściskam mocno

  • Jakie to prawdziwe. Ech…
    Jak moja pierwsza córa miała około roczku w końcu polubiła wózek, do tego stopnia że chciała tylko jeździć twarzą do kierunku jazdy (podziwiała sobie świat – mamę i tatę podziwiała poza wózkiem ;)) Pamiętam jak na jakimś spacerze podeszła do mojego męża starsza kobitka i dała mu – ni z tego, ni z owego – wykład na temat jego nieodpowiedzialności. Że przecież dziecko musi ciągle być w kontakcie z rodzicem (opiekunem), że on jej nie kocha i inne takie. Nie pamiętam natomiast co jej odpowiedział, ale teraz widując nas na spacerze zawsze odwraca wzrok. 😉

    • Kilińska

      No nie gadaj??!!! Coś niesamowitego! Ja nie mogę. Mam nadzieję, że tak powiedział, że do tej pory czuje to w piętach!!

  • Monika Kampczyk

    uwielbiam dobre rady! Tu jak nic pasuje stwierdzenie, że wychowawanie dzieci jest proste, dopóki nie ma się własnych…

    • Kilińska

      Prawda??? Genialne!

Przeczytaj poprzedni wpis:
POZWÓLCIE ŻYĆ

To najsilniejsza z potrzeb każdego człowieka: móc żyć własnym życiem. Wbrew pozorom, bo często to, co robimy wcale na taką...

Zamknij