WŁASNE REGUŁY

Jest taka piękna scena, na koniec pierwszej części „Sex w wielkim mieście – film”, kiedy Carrie czyta fragment kolejnej swojej książki. I pada tam takie zdanie, że nie może przestać się dziwić, że napisali ich własne przysięgi małżeńskie, a ich własne reguły, według których będą razem żyć. No właśnie? Dlaczego by nie spróbować żyć w związku, wychowywać dzieci, rozwijać się, realizować zawodowo według własnych reguł, a nie narzuconych standardów? Gdzie kończą, a gdzie zaczynają się nasze własne reguły gry?

W sypialni są jak dzicy

To, co się dzieje w sypialni jest cichą tajemnicą pana i pani domu. Nikt nie ma tam dostępu. Nikt nie wie, co tam się dzieje. Tam możemy wszystko, albo nic. Tam możemy przywdziewać maski albo je zrzucać. Tam w końcu, nie obowiązują żadne reguły. Wcale nie trudno jest mi sobie wyobrazić, że na pozór spokojna, cicha, lekko wycofana mama, którą mijam w parku czy pod szkołą, w sypialni, za zamkniętymi drzwiami, zamienia się w dziką panterę. Przywdziewa zwiewne fatałaszki. Na oczy zakłada kocią, koronkową maskę. Do ręki bierze pejcz i smaga nim swojego kociaka po pośladkach. On, na co dzień ostry macho, z wysoko podniesionym czołem, na którym w słoneczny dzień, opierają się okulary typu „Top Gun”, leży wniebowzięty u jej stóp błagając „królową dżungli” o litość i wybaczenie, bo był niegrzeczny i nie przyniósł jej ofiary z antylopy.

Taki scenariusz wcale nie musi być oderwany od rzeczywistości. Oni, panna cicha i pan macho, spisali swoje własne reguły. Żyją tak, jak im jest najlepiej. Mają zasady, których nie łamią. Granice, które przekraczają tarzając się w dzikiej rozkoszy świadomości wychodzenia poza schematy. I jest im z tym dobrze. Tak im się podoba. A nam, nic do tego.

Własne reguły

Czy w takim razie tak wszystko i każdemu wolno? Skąd. Znaczy, jasne, że tak. Pod warunkiem, że nikogo nie krzywdzimy, nie ranimy, nie łamiemy prawa. To jedyne ograniczenia. Wszystko inne się nie liczy. To, czy to się komuś podoba, czy nie. To, czy moje dziecko pójdzie w dwóch różnych skarpetkach do szkoły. To, czy ubierze paski do kwiatków. To, czy będzie chodzić na piłkę czy na balet. To, czy będziemy zabierać ją na wakacje w czerwcu. To, czy ją ochrzczę. Czy pójdzie do komunii. Czy będę karmić piersią, czy butelką … to wszystko są moje i nasze wybory. Reguły, według których postanowiliśmy żyć razem ze sobą. I dopóki każde z nas, bezpośrednio zainteresowanych, godzi się na nie, dopóki tak właśnie będzie wyglądać nasze życie. W przedpokoju, w sypialni, w pokoju i w kuchni.

Nie muszę się tłumaczyć

„Ale dlaczego nie chrzcicie dziecka?”. ” No bo … w sumie to nie muszę się z tego tłumaczyć”. Tak właśnie brzmi odpowiedź za każdym razem, kiedy ktoś pyta o coś, co jest moją prywatną sprawą i w całej rozciągłości nie dotyczy nikogo innego, oprócz mnie i nas. Z żadnej takiej decyzji ani ja, ani my, ani Ty nie musimy się tłumaczyć. Oczywiście, ciekawość tego, kto pyta, jest zwykle dużo dłuższa niż nasza odpowiedź. Ale, metodą zdartej płyty, możemy powtarzać tę regułkę bez końca: „Nie muszę się z tego tłumaczyć”. Daję gwarancję, że w końcu odpuszczą. Bo jeśli zaczniemy szukać kolejnych i kolejnych usprawiedliwień naszych decyzji, damy innym do ręki broń w postaci szukania kolejnych powodów, dla których mogliby przekonywać nas, że zrobiliśmy źle. Prędzej czy później zaczniemy się zapętlać. I kto wie, być może ustąpimy. A tak? W kółko i to samo. Możemy na końcu jeszcze przypieczętować to mówiąc „jeśli rani to Twoje uczucia, przykro mi”. Ta, daaaam … Koniec, kropka.

Pusto przy stole

Czy obstawanie przy swoim, życie według własnych reguł, walka o to, co dla nas ważne, skazuje nas na ostracyzm? Z czasem zostaniemy sami? Odwrócą się od nas, bo jesteśmy inni? Kto wie kochani, kto wie, czy tak nie będzie. Inność kole w oczy. Bycie wiernym swoim przekonaniom, ideom również. Zrobią z nas albo dziwaków, albo niespełna rozumu, albo takich, co to chcą zbyt dużo. Żyjemy dzisiaj wstawieni w ramy, w reguły obowiązujące w danym środowisku, danej społeczności. Myśląc o odstępstwach od tych reguł, zastanawiamy się wyłącznie nad tym ile i jakie zasady złamiemy, nie czy zrobimy tym komuś jakąś krzywdę. Przyjmujemy z góry, jako pewnik, że inaczej nam nie wolno. Bo takie przecież obowiązują reguły. A właśnie o tym nie powinniśmy myśleć. Bo nie ma znaczenia, że nie wypada, kiedy dziewczynka idzie charatać w gałę, a chłopiec tańczyć w balecie. Że jako para mamy się pobrać. a jako rodzice to już absolutnie. Bo inaczej będzie bękart, a ona pewnie nie nadaje się na żonę i to on prędzej czy później ją zostawi. Rzadko kiedy pierwsza myśl jest taka, że to kobieta nie chce małżeństwa, a o dziecko starali się latami. I po prostu ślub nie ma dla nich żadnego znaczenia dla tego, czy będą razem czy nie, czy się kochają, czy nie. A to, co myślą o tym inni … „jeśli rani to Twoje uczucia, przykro nam”.

Zawsze można ulec

To jest jedna z własnych reguł, o której często zapominałam. Wydawało mi się bowiem, że uległość jest zła. Że podporządkowanie się czemuś lub komuś podważy moją niezależność. A to błąd. To jest wybór. To powzięcie odpowiedzialnej decyzji. To poddanie pod wewnętrzne głosowanie wszystkich za i przeciw. Bo są rzeczy, które robimy dla kogoś, a które jednocześnie są wbrew nam. Ale przysłowiowy kapelusz z głowy nam nie spadnie, kiedy ulegniemy. Być może nawet złamiemy własne reguły. Ale nie to będzie wtedy najważniejsze. Po prostu, zrobimy coś, co naszym zdaniem sprawi komuś przyjemność, będzie dla kogoś ważne, a my przy tym nie stracimy szacunku do samych siebie, nie oddamy tego, co dla nas najważniejsze: poczucia własnej wartości. Nie będziemy mieć tak zwanego „moralniaka”, jakiego się ma po nocy z żoną własnego przyjaciela, kiedy nie wiemy czy bardziej nienawidzimy siebie, bo zdradziliśmy kumpla, czy że nie mamy wyrzutów sumienia.

Dlatego piszmy własne reguły, jak Carrie. Bądźmy autorami własnego życia, scenarzystami filmu, w których my gramy główne role. I, tak jak w kinie, zawsze znajdzie się taki, który da nam Oscara i taki, który przyzna Złotą Malinę. Wszystkim nie dogodzimy. Dlatego zróbmy wszystko, żeby chociaż sobie zrobić jak najlepiej.


A Ty masz listę własnych reguł?

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Ja Zwykła Matkaa

    Pewne zdarzenie w życiu mojej rodziny odmieniło Nas na zawsze. Było traumatyczne, a my zrozumieliśmy że chcemy żyć dla siebie :), tak jak nam się podoba. A co inni o tym będą myśleć to ich sprawa, problem itd. Bardzo dobry tekst 🙂

    • Dziękuję Klaudia @jazwykamatkaa:disqus. Przykro mi, że przeżyłaś traumę. Współczuję. No właśnie, to nasze życie, prawda? Co powiemy na koniec? Oj, trzeba było po swojemu? Szkoda, że tak cały czas pod dyktando? Och, jeszcze nie wytłumaczyłam się z tego…? Nie. Chcę powiedzieć „niczego w życiu nie żałuję i nażyłam się własnym życiem”. Ściskam

  • Mam. Pierwsza i najważniejsza jest taka, że to ja żyję moim życiem. I nikt, absolutnie nikt, nie przeżyje go za mnie… Więc za wszystkie dobre rady, narzucane ideały i ludowe mądrości pięknie dziękuję – zarówno mamie (jakkolwiek to nie brzmi – ale i ona za mnie życia nie przeżyje), teściowej, koleżance i sąsiadce. Wysłucham – owszem. Podziękuję – owszem. Ale później zrobię po swojemu. O dziwo, odkryłam to mając dopiero 20-parę lat…

    • @rudabloguje:disqus no moje gratulacje. Mnie się udało zacząć myśleć w ten sposób gdzieś koło czterdziestki. Czyli, gładko licząc, jesteś połowę mojego czasu do przodu! Ha, wszystko przed Tobą <3 i wg Twoich reguł. Ściskam

  • Najgorsze w tym wszystkim jest to, że trzeba komuś się tłumaczyć z własnych przekonań i reguł. Bardzo jest to dla mnie irytujące. Każdy ma prawo żyć wg własnego scenariusza. Dobrego dnia 🙂

    • Dziękuję Madzia, wzajemnie. Widzisz @madziar:disqus, no właśnie nie trzeba. Można w sposób nie ujmujący nikomu odciąć się od tłumaczenia siebie i swoich wyborów. Naprawdę nikomu nie musimy się z nich tłumaczyć, dopóki nie ma jakichś wiesz, specjalnych okoliczności. Cała reszta, czyli to, co dotyczy tylko nas, jest naszą sprawą, I nikomu nic do tego. Ważne jedynie, żeby nikogo nie ranić, szanować siebie i zdawać sobie sprawę z tych wzajemnych relacji. Cudnego <3

  • Graf Zer0

    Nie ma czegoś takiego, jak własne reguły, zasady, tak samo, jak nie ma ludzi kompletnie wolnych. Można dostosować rzeczy pod siebie, ale zdecydowana większość rzeczy jest już z góry narzucona. W innym przypadku byłby chaos.

    • No widzisz, a wg mnie przeciwnie. Co więcej, uważam, że doskonale można się z tymi własnymi regułami odnaleźć w dzisiejszym świecie. Masz rację, że zdecydowana większość rzeczy jest z góry narzucona. Ale nie wszystkie. Wiele rzeczy sama biorę takimi, jakie są. Bo wiem, że po prostu nie ma jak inaczej. Ale pozostawiam, pozostawiamy sobie, rodziną, dosyć sporą przestrzeń na własne zasady. Wiele osób ma podobnie. Nie znaczy też, że każdy musi mieć te własne reguły. Ja, my znajdujemy w tym ogromną siłę napędową. I jest nam z tym po prostu dobrze. Tak, czujemy się chyba troszkę bardziej wolni. Pozdrawiam i dzięki za komentarz.

  • mam własne reguły i żyję po swojemu, a jak! zawsze chyba tak było, jednak bym się przestała z tego tłumaczyć.. nooo to już była praca nad sobą.

    • Kochanie, miałam podobnie. I teraz czasami wracam do tego. Ale pracuję nad sobą. Codziennie staram się sobie powtarzać ” W sumie nie muszę ci się z tego tłumaczyć”. Plus zrozumienie dla czyichś uczuć i mamy sprawę zamkniętą. Wkraczamy kochanie na wyższy poziom komunikacji. Z szacunkiem do siebie i innych, acz z zaznaczeniem naszych granic. Ot, co. <3 uściski

Przeczytaj poprzedni wpis:
SĄ TACY LUDZIE I SĄ TAKIE MIEJSCA

Że wchodzisz i czujesz, że jesteś jak u siebie. Znacie to uczucie? Tak, jakbym przekraczała próg własnego domu tylko jakoś...

Zamknij