WARTOŚĆ MIERZONA WYGLĄDEM

„Wiesz, musi mnie bardzo kochać, skoro z taką mną chce jeszcze być”, „Schudłam wiesz? Teraz dopiero ma za co mnie kochać”, „Nie wiem co on we mnie, takiej grubej widzi”, „Gdzie on miał oczy, kiedy się we mnie zakochiwał?”, „Muszę schudnąć bo nie będę jego warta” … większość z tych zdań powiedziałam ja sama, bo tak siebie widziałam. Swoją wartość mierzyłam tym, jak wyglądałam.

Dzieci bywają okrutne i nie bierze się to znikąd

Urodziłam się z polidaktylią. Wadą, która u mnie była szóstymi palcami u stóp i u jednej dłoni. Operowana byłam w wieku trzech i siedmiu lat. Po operacjach zostały mi koślawe palce u stóp, krzywe palce dłoni i poorana szwami skóra na ciele. I okazało się, że to wystarczy, żeby dzieci wołały za mną „dziwak, pokraka, paluch”. Na koloniach siedziałam na plaży zawsze gdzieś na uboczu. Palce u stóp wbijałam w piach, a dłonie zaciskałam w piąstki. Patrzyłam na siebie oczami tych wymuskanych słońcem, idealnie proporcjonalnych dziewczynek i chłopców. Wiedziałam, że ja nigdy taka nie będę. Rozumiałam też, że moja inność robi ze mnie kogoś gorszego, mniej wartego od nich. I byłam w tym zupełnie sama.

Co inni powiedzą?

Bardzo dużo czasu w dorosłym już życiu spędziłam na zabieganiu o aprobatę innych. Zależało mi strasznie na tym, żeby być lubianą. Robiłam w związku z tym rzeczy, których dzisiaj najzwyczajniej w świecie się wstydzę. Bałam się jak ognia tego, że ktoś może mnie nie polubić. Piętno „dziwaka” wypaliło tak wielką dziurą w moim poczuciu własnej wartości, że zaczęła ona zależeć od tego, co myślą i mówią o mnie inni. Moim chlebem powszednim stało się wyłuskiwanie z tego co słyszę fragmentów, które w jakikolwiek sposób potwierdzałyby to czy ktoś mnie lubi, czy nie. Kiedy usłyszałam coś miłego, skakałam jak dzika. Kiedy nic, albo wręcz przeciwnie, wpadałam w depresję. Rzucona przez długoletniego chłopaka wyszłam nawet za mąż za człowieka, którego ani nie kochałam, ani nie znałam, ani nie chciałam z nim być, ale żeby jako żona poczuć się bardziej wartościowa i pokazać wszystkim, że ktoś mnie chce.

Co waży więcej dla naszego sukcesu: nasze ciało czy to jak mocno w siebie wierzymy?

Wartość mierzona kilogramami

Obsesja bycia szczupłą przyszła z wiekiem, trendami, presją otoczenia i koleżankami mierzącymi swoje obwody centymetrami. Każdy dodatkowy kilogram wiercił mi kolejną dziurę w mojej samoocenie. Z każdym z nich, nawet jeśli tyłam w przysłowiowych uszach, czyli jakoś dekagramami, w środku mnie robiło się coraz bardziej pusto. Zdarzały się lepsze miesiące, lepsze lata. Ale w środku wiatr hulał coraz śmielej. Moje kilogramy i centymetry traktowałam jak papierek lakmusowy dla poczucia własnej wartości: im ich było mniej tym papierek barwił się na bardziej intensywny, fioletowy kolor. Trzy razy pojechałam na wczasy odchudzające. Miałam wtedy schizę bycia ciągle szczuplejszą, choć wcale nie miałam nawet nadwagi.

W końcu schudłam

W dniu porodu ważyłam 99 kilogramów. Przy wzroście 164 cm już nie chodziłam, a się toczyłam. Jasne, że brzuch, dziecko itd. Ale byłam jak słonica. I to taka w końcowej fazie bliźniaczej ciąży. W pół roku po porodzie schudłam 35 kilogramów. Ani w ciąży, ani w tych pierwszych miesiącach po ciąży, ani razu nie pomyślałam o tym, że muszę schudnąć. Patrzyłam na moje ciało i nie widziałam ani jednego kilograma nadwagi. Miałam piersi, brzuch, pośladki, uda, łydki. W głowie ucichły głosy. Przestałam musieć się podobać i być lubianą. Wtedy jeszcze nie wiedziałam dlaczego. Wiedziałam jedynie, że jest mi dobrze. Coraz lepiej. A to, że chudłam, było naturalnym wynikiem zmiany trybu życia i diety. Ale nie dlatego, że narzuciłam sobie drakońską dietę-cud, ale zwyczajnie nie jadłam tego wszystkiego, czego nie może jeść kobieta karmiąca.

Nie ciałem robisz różnicę, a tym ile dla siebie jesteś warta.

Ten moment

I przyszedł w końcu ten moment. Ta chwila Ten klik, kiedy klepy wskoczyły. Ta jedna minuta, w czasie której zrozumiałam, że moja Marta będzie dokładnie taka sama, jak ja. Że ona patrzy na mnie i uczy się nie tylko jak czesać włosy, ale też jak siebie kochać. Ale był też taki moment, kiedy wróciły demony przeszłości i kiedy zaczęłam patrzeć na siebie nie swoimi oczami. Ale tym razem były to oczy mojego dziecka. I zobaczyłam siebie piękną. Zrozumiałam, że moje piękno dla niej znaczy to, jakim jestem człowiekiem, jak siebie traktuję, jak traktuję innych, a nie ile ważę, ile mam w obwodzie i jaki kolor mają moje włosy. I dokładnie tego samego chcę nauczyć ją.

To jest proces

I też nie jest tak, że od tamtego momentu wszystko się zmieniło. Pstryknęłam palcami i już. Od tego, że zrozumiałam czym jest poczucie własnej wartości i że nie zależy od tego, czy mam rozmiar S czy L, do tego żebym traktowała siebie właśnie w taki sposób, jest długa droga. Bo minęło jeszcze jakieś cztery czy pięć lat, zanim wyszłam na plażę z poczuciem, że mam gdzieś to, co myślą o mnie inni. Przestałam zakrywać się szalikami, żeby przejść pięć metrów z koca do morza. Otwarcie powiedziałam o swojej wadzie i wadze, i tym, jak czułam się jako dziecko.

We wszystkim najważniejsza jest równowaga

I nie chodzi o to, że leżę i mam wywalone na to, jak wyglądam. Nie chodzi o to, że założę dresy i zdejmę je po tygodniu, bo nie ważne jak się noszę, a jak się czuję. Nie chcę przestać dbać o siebie. Ale nie chcę dbać o swój wygląd, bo traktuję go jako wykładnik poczucia własnej wartości czy wręcz przeciwnie, jako powód dla którego zaniżam samoocenę i karmię niechęć do siebie. Dbam o siebie bo siebie kocham, lubię. Traktuję siebie jak dobrego przyjaciela, dla którego chcę dobrze. I biorę go takim, jakim jest. Kocham go bez względu na to ile waży, mierzy czy ile ma zmarszczek. Uważam i mówię mu o tym, że jest piękny, niesamowity, wspaniały i odpalony w kosmos. Zawsze go wspieram, nigdy nie deprecjonuję jego wartości, nigdy źle nie życzę. Nie rywalizuję z nim, a dopinguję do działania. Towarzyszę mu w chwilach zwątpienia i pocieszam, kiedy tego potrzebuje. Szanuję jego decyzje i staram się zrozumieć ich powody. Ale wiem, że nie muszę ich rozumieć za wszelką cenę. Muszę pozwolić mu żyć własnym życiem. I zawsze mówię mu „stać cię na dużo więcej niż ci się wydaje” zamiast „a kim ty jesteś, co umiesz i co potrafisz?”.

Nie trzeba zostać matką, żeby siebie pokochać

Moja Marta będzie mamą, albo nie. Wybierze takie życie, jakie będzie dla niej najbardziej odpowiednie. Czy będą w nim dzieci? Nie wiem. Ale bez względu na to, czy te dzieci będą czy nie, chcę żeby to wszystko, czego ja na nauczyłam się od niej w wieku czterdziestu paru lat, ona nauczyła się ode mnie dużo, dużo wcześniej. Już teraz. Kiedy rodzą się jej pierwsze przyjaźnie i znajomości. Kiedy zaczyna mówić o sobie, że się sobie podoba. Kiedy ma swoje pierwsze sukcesy i porażki. Kiedy widzi, że interesuje się czymś, co nie jest wpisane w kanon zainteresowań dziewczynek bo nie jest baletem, ciuchami, spinkami czy kokardkami. Widzę jak bardzo wtedy potrzebuje kogoś, kto powie jej, że bez względu na wszystko, jest z niej dumny i ją wspiera. I dziękuję komu tam trzeba, jej chyba najbardziej, że to ja umiem jej to powiedzieć i znam wagę tych słów. I z pewnością ważą dużo więcej niż wszystkie kilogramy razem, które kiedyś zrzuciłam, a których dzisiaj mam za dużo.

Miłość do siebie, bez względu na to jaki rozmiar ubrań nosimy, to najgorętszy trend w modzie, jaki kiedykolwiek został przez kogokolwiek wymyślony i jedyny, który pasuje każdej z nas.

Ja Ciebie kocham taką jaką jesteś. A Ty? Kochasz siebie?

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
JESTEM INNA

Z cyklu opowieści wakacyjnych, bo teraz u nas taki czas właśnie, przypomniał mi się ten tekst. A życie pokazuje, że...

Zamknij