TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ

Jest jak silnik odrzutowca czy rakiety kosmicznej. Ma nieziemską moc, która uwolniona w odpowiednim kierunku wynosi nas w nadprzestrzeń. Miłość, ta którą czujemy w trzewiach, sprawia, że stajemy się po prostu lepszymi ludźmi. I obojętnie jaka to miłość, kogo kochamy czy przez kogo jesteśmy kochani. Miłość, jako taka, dodaje nam pierwiastka piękna, lekkości, uroku. To jakby skrzydłem, piórkiem ze skrzydła, musnął nas anioł, w wersji mniej uduchowionej, jakby trafił nam w serce słup światła wysłany ze słońca.

Miłość to chęć zestarzenia się razem. Razem ze sobą i z tymi, których pokochamy.

I to każda jedna. Bez wyjątku.

MIŁOŚĆ DO SIEBIE

To najważniejsza, ale najtrudniejsza ze wszystkich rodzajów miłości. Bo, zakładam, nie kocham za coś, a kogoś. Zatem siebie również kocham nie za cokolwiek, ale za to, że w ogóle jestem, istnieję i toczę się po tym świecie. A to z kolei oznacza, ni mniej ni więcej, że siebie akceptuję. Że podaję sobie rękę. Że mówię sobie „jesteś ok. taka jaka jesteś”. A to czasem jest strasznie trudne. Trudne, bo siebie nie znamy. Bo nie chcemy siebie poznać. Nie mamy czasu, nie chce nam się, uznajemy, że nie ma po co, skoro jesteśmy matkami. A jaka ja jestem? Albo jaka nie jestem, a chciałabym być, jeśli miałabym problem z tym, żeby siebie kochać? Na te wszystkie pytania muszę sobie odpowiedzieć, jeśli chcę umieć siebie zaakceptować. I dlatego jest to takie trudne, bo często właśnie tutaj, tylnymi drzwiami, zakradają się oczekiwania innych. Z jednej strony bardzo chcę im nie ulegać, z drugiej czasem zdarza mi się naginać właśnie dlatego, żeby zadowolić innych. Ale szybko mówię „a w dupę tam”. I pomaga. Miłość własna wraca i rozkwita. Do momentu, kiedy nie spojrzę w lustro … bo wzrok jest pierwszym zmysłem, który rejestruje nasze emocje. No jest jeszcze węch, bo trudno pokochać coś, co po prostu wali. Ale pomińmy aspekt powonienia i skupmy się na miłości, wciąż tej własnej. Bo już kiedy opadną emocje wywołane spojrzeniem w lustro, to zaczynamy zaglądać do wewnątrz. I bardzo często to, jak wypadamy przed sobą w trakcie tych kilku chwil przed lustrem, ma bardzo proste przełożenie na to, czy potrafimy akceptować i kochać siebie takimi, jacy jesteśmy, czy nie.

SKĄD PRZEKONANIE, ŻE PO WSTRZYKNIĘCIU SOBIE JAKIEGOŚ GÓWNA POD SKÓRĘ, WZROŚNIE NASZA SAMOOCENA I POKOCHAMY SIĘ BARDZIEJ?

Czego brakuje nam, w naszym środku, że musimy tę dziurę wypełniać mililitrami płynnej ułudy atrakcyjności? Skąd taki strach przed zestarzeniem się ze sobą? Dlaczego tak strasznie boimy się siebie, jako ludzi wyglądających staro? Dlaczego nie potrafimy zaakceptować faktu, że z wiekiem zmienia się nasz wygląd? Czego brakuje nam w miłości do siebie, uwielbienia dla własnej duszy, że tak bardzo chcemy zasłonić się maską, która prędzej czy później, nie dość, że upodobni nas do setek tysięcy innych „wypełnionych”, to jeszcze odbierze nam naszą własną wyjątkowość i niepowtarzalność? Dlaczego sztuczne utrzymywanie siebie w formie „wciąż trzydziestka” mylimy z brakiem umiejętności życia ze sobą w zgodzie? I dlaczego w końcu wzdrygamy się na myśl o choć jednej więcej zmarszczce na naszych policzkach czy czołach, a powieka nam nie drgnie wobec setek tysięcy cierpiących z powodu głodu, wojny czy codziennego okrucieństwa? Nie nasza sprawa, nie nas dotyczy, co nas to obchodzi, przecież to ich życie, mam swoje podwórko i o nie dbam?? Może i tak … tylko, co nam zostanie z tego na starość? Jakich siebie będziemy kochać mocniej: zdeformowanych operacjami plastycznymi i zabiegami kosmetycznymi czy ze świadomością, że nie potrafimy przejść obojętnie obok krzywdy ludzkiej? Co z tego pomoże w przyszłości naszemu dziecku czuć się im spełnionym człowiekiem?

Jeśli wyobrazimy sobie, że nasze życie to dom, to ten dom stoi na czterech fundamentach: akceptacja siebie, miłość do siebie, poczucie własnej wartości, wiara w siebie. Na tym, tak samo pewnie stanie maleńka chatka, jak i drapacz chmur.

Miłość do siebie jest naszą kartą gwarancyjną: daje nam pewność, że obojętne co zrobimy, zawsze będziemy w stanie sami się obronić, ubezpieczyć, wesprzeć na wypadek, gdyby ten krok okazał się błędem.

MIŁOŚĆ DO BLIŹNIEGO

Ta wymaga największej dawki tolerancji. Kręcą mnie ludzie, powtarzam to od zawsze. Kocham inny byt jako taki, bo to dla mnie niesamowite wyzwanie jest. Inny człowiek, kompletnie inaczej niż ja uformowany. Zupełnie z innej parafii. Teoretycznie, poza tym, że jesteśmy z tego samego gatunku, czemu towarzyszą nierozłącznie te same atrybuty życia, nic nas nie łączy. A jednak funkcjonujemy w jednej czasoprzestrzeni. Jak to jest możliwe? Na jakiej zasadzie łączymy się w pary? Dlaczego między jednymi iskrzy przy pierwszym starciu, a inni choćby przesiedzieli sezon w jednej celi, nigdy nie poczują między sobą chemii? Od czego to zależy? Dlaczego dzisiaj, tak bardzo wyraźnie, miłość do bliźniego zaczyna się i kończy na kolorze czapeczki, jaką nosimy w trakcie demonstracji naszych poglądów czy przekonań? Grupujemy się wokół czyichś haseł, nawoływań, oskarżeń.

DZISIAJ ODBIERAMY SOBIE PRAWO DO WŁASNEGO ZDANIA, BO WYGODNIEJ NAM JEST GO NIE MIEĆ, NIŻ GO BRONIĆ.

Mam ciocię, nie taką prawdziwą w sensie więzów krwi. To przyjaciółka mojej mamy, z którą znają się, uwaga, już prawie sześćdziesiąt lat. I wciąż utrzymują ze sobą dosyć ścisłe kontakty. A my, ona i ja, od czasu do czasu ucinamy sobie pogawędki przez telefon. Owa ciocia ma skrajnie różne poglądy polityczne od moich. Jest w tej grupie ostrego hardcoru sprzymierzeńców obecnego rozdania politycznego, więc totalnie nam nie po drodze razem. I … kocham ją po kosmos i z powrotem. Mam w dupie to, co ona i ja myślimy wiadomo o kim i o czym. Ponieważ obydwie wyznajemy pewną zasadę: otóż dopóki żadna z nas nie rzuca w drugą tekstem „jeśli nie zmienisz zdania, przestanę się z Tobą zadawać”, to jest to nam kompletnie obojętne. Po prostu o polityce nie gadamy. Ale ile jest takich jak my dzisiaj? Ilu z nas potrafi pokochać innych takimi, jacy oni są, a nie z kim tamci trzymają? Czy możliwe jest, że przyjaciele z dzieciństwa, Staszek i Kazek, będą w stanie dzisiaj podać sobie rękę, wspierać się, wypić kufel piwa pomimo, że jeden dzisiaj stoi pod sejmem, a drugi na Nowogrodzkiej?? Jakiej miłości do bliźniego uczą się od nas nasze dzieci? Skąd u siedmiolatka bierze się hasło „won z PISem?”. Co taki siedmiolatek zrobi, kiedy kolega z ławki powie „a ja lubię Kaczyńskiego?”. Jakiej miłości uczymy się od rodziców?

MIŁOŚĆ DO RODZICÓW

Ta, jak dla mnie, jest najbardziej skomplikowana. Chciał nie chciał, zostałam na nią skazana. W sensie, tej nie wybierałam. Nie mogłam sobie urządzić konkursu na moją mamę i tatę,  i wybrać sobie takich, którzy będą mi najbardziej odpowiadać. Ot, dostałam ich w prezencie naprawdę urodzinowym. A swoją drogą, wybrałabym dzisiaj właśnie ich. Są moimi producentami, napisali scenariusz moich pierwszych kilku, kilkunastu lat życia. Dzisiaj dopisują jeszcze jakieś pojedyncze sceny, choć często już nie przechodzi to do produkcji bez mojej korekty. Moja miłość do nich nie należy do tych najłatwiejszych: potrafi być oschła, cięta w słowach, często wyniszczająca emocje do cna. Ale wiem jedno: tak jak oni mnie kochają, nie robi tego nikt. I nie, że o jena, klaszczą, przyklaskują, głaszczą. Skąd. Czasem mam ochotę, i czasem to robię, pieprznąć słuchawką i mieć gdzieś to, co mówią. Ale tacy jesteśmy i tacy się akceptujemy. Wiem, że ani ja, ani oni świadomie nigdy nie będziemy chcieli świadomie siebie skrzywdzić. Że ich miłość dzisiaj ma też postać ogromnego wsparcia mnie i mojej sister. Obojętne bowiem czy nasze wybory są zgodne z ich wyobrażeniem o naszym życiu, stają za nami murem. Ja natomiast przestałam bać się ich reakcji na te moje wybory. Bo kiedyś … uch, to miękkie nogi. Dzisiaj czuję się wobec nich bezpiecznie sama ze sobą. Nie mam do nich pretensji o cokolwiek.

BO NIE PO TO STAŁAM SIĘ DOJRZAŁYM CZŁOWIEKIEM, ŻEBY ODDAWAĆ ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA MOJE ŻYCIE WŁASNYM RODZICOM.

Nie po to klepy mi wskoczyły, żeby wciąż ciągnąć za sobą ich jako winnych moich takich czy innych kroków życiowych. Co więcej, w ciągu ostatniego roku, mam takie wrażenie, zrobiłam więcej we wzajemnych relacjach niż w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Serio. Gdybym dzisiaj miała siąść z nimi do takiej wielkiej, emocjonującej dyskusji o moim dzieciństwie, życiu itd., to pewnie niewiele miałabym im do powiedzenia, bo wszystko już wiedzą. No prawie wszystko. Ale te najważniejsze rzeczy, te tzw. kamienie milowe, mamy przewalone. I wiem jeszcze jedno: żaden dorosły człowiek, który w domu rodzinnym nie czuł się do końca komfortowo, a który zdał sobie z tego sprawę w czasach, kiedy już zrozumiał więcej niż mniej, nie jest w stanie mieć spełnionego życia, do momentu kiedy nie „rozliczy się” z przeszłością. Jeśli rodzice żyją, każdy musi zrobić to w pierwszej kolejności z nimi. Unikanie takich rozmów, zamknięć na stałe lub nowych otwarć – bo nie wiemy czym to się może skończyć, kosztuje niewiarygodnie dużo energii emocjonalnej. Spalanie jej na wiecznym odgarnianiu na bok tego, co uwiera, zabiera nam tę energię z miejsc, w których jest ona nam potrzebna. I w końcu stajemy w blokach, bez paliwa, bo poszło nie w ten silnik, co trzeba.

TO PRZYSŁOWIOWE „PRZEPRACOWANIE” RELACJI Z RODZICAMI MUSI ODBYĆ SIĘ Z NIMI, NIE OBOK NICH.

Czułam się nijak, wciąż w tej samej papce, oblepiona tą stęchlizną tego ciemniejszego dzieciństwa, które nosiłam w sobie do momentu, kiedy nie wyrzuciłam tego z siebie w ich stronę. Na szczęście dla mnie, to było nowe otwarcie, a nie zaryglowanie drzwi na głucho. Mam ich i siebie. I dzięki temu mogę być bardziej otwarta w relacjach z własnym dzieckiem. Otwarta ta jej potrzeby, na jej osobisty język, na jej odrębność. Na to, jak cenna dla mnie jest jej szczerość wobec mnie. I wiem, że im, moim rodzicom, jest dużo łatwiej w ten sposób. Że mają pewność, że nic co nas razem dotyczy, nie wyniosę gdzieś za ich plecami i nie rozdam tego światu. Ze strachu, wstydu, nie wiem zażenowania całą sytuacją. Dla nich i dla mnie to sygnał, znak-sygnał, że oto jestem w pełni świadomą siebie kobietą, nie zawsze szczęśliwą, nie zawsze zadowoloną, nie zawsze zaspokojoną, ale zawsze pewną własnej wartości, która pozwala mi mówić im o tym, co może nie jest do końca wygodne dla nich i dla mnie, ale jest prawdziwe, szczere i mówione z miłości. Ostatnio miałam dokończyć zdanie „czego będę żałować mając 60, 80 i 100 lat”. Odpowiedź moja była jedna i aktualna już dzisiaj, kiedy mam 45: za rzadko mówiłam moim rodzicom i pokazywałam im, jak bardzo ich kocham. Czy mam jeszcze czas żeby nie powiedzieć tak za piętnaście lat?

MIŁOŚĆ DO DZIECKA

Oooo, ta jedyna jest absolutna. Bezwarunkowa. Z dnia na dzień coraz większa i silniejsza. Najmocniejsza i najtrwalsza ze wszystkich. Nie powodowana niczym innym tylko faktem, że stało się sprawcą nowego życia. Miłość do własnego dziecka jest pierwszą miłością, która nie stawia żadnych wymagań temu, kogo się kocha. Bo jakkolwiek kocha się kogoś, a nie za coś, to zawsze pozostaje to, co się dzieje po pierwszym rzucie, tak zwanym. Oprócz miłości do rodziców, których zaczyna się kochać nieco bezwiednie. W miłości do dziecka, nie ma tego momentu decydującego, tego po pierwszym rzucie. Ta miłość nie jest w stanie stopnieć na intensywności pod wpływem jakiegoś impulsu, wydarzenia, zachowania dziecka. Ta miłość jest również tym momentem, kiedy odkrywam w sobie umiejętność kochania ponad wszystko i poza wszystkim. To stan, w którym zdaję sobie sprawę, że nigdy w życiu nawet nie podejrzewałam siebie o miłość tak czystą. I że będę w stanie tak pokochać. To, w trzydziestym ósmym roku życia, było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Wiedziałam, że będę ją kochać. Ale nigdy nie sądziłam, że byłabym w stanie dla miłości zabić lub nosić w sobie takie uczucie, które z dnia na dzień jest coraz silniejsze, mimo, że każdego dnia wydaje mi się, że mocniej już nie mogę. A z drugiej strony nie jest to miłość wyniszczająca, zaborcza, zazdrosna, niewolnicza, roszczeniowa, na pokaz. A taka też może stać się miłość do dziecka. U nas każda z nas ma swój odrębny teren. W każdej z nas jest tyle potrzeby odrębności, ile na daną chwilę potrzebuje. Nie kocham jej bardziej, kiedy jest grzeczna. Ona nie kocha mnie mniej, kiedy wyjeżdża z tatą na weekend, a ja zostaję w domu. Nie muszę robić rzeczy, które matka powinna robić, żeby pokazać innym, że kocham własne dziecko. Mam gdzieś, czy inni tak myślą, czy nie. Nie muszę być na każde jej skinienie, żeby ona była pewna, że ją kocham i, że będę z nią zawsze i do końca.

FAKT, ŻE KOCHAM MOJE DZIECKO NIE OZNACZA, ŻE KOCHAM WSZYSTKIE INNE DZIECI. TO NIE JEST MIŁOŚĆ UNIWERSALNA. POWIEDZIAŁABYM NAWET, ŻE BARDZIEJ WYBIÓRCZA NIŻ POWSZECHNA.

MIŁOŚĆ W PRZYJAŹNI

Ta jest niezbędna, jeśli chce się przeżyć. Obojętne co jest na zewnątrz, obojętnie co się dzieje w środku, trzeba mieć przyjaciela. Kogoś, kto zna nas nawet lepiej niż my sami siebie. Kogoś, kto bierze nas w całości. Kogoś, kto pierdolnie nami o ścianę wtedy, kiedy sytuacja tego wymaga. Bo nikt inny tego nie zrobi. Taka jest prawda. Rodzice już dawno nie są zainteresowani. Dzieci albo są za małe, albo uważają nas już za zgredów. Znajomi, cóż, uśmiechną się, powiedzą „oj, to widzisz, cudowna jesteś, o jaka fantastycznie cudowna, no jasne, że świetnie to robisz” i pójdą dalej. Partnerzy, zawsze najpierw widzą w nas miłość, którą nas obdarzają. Jedynie przyjaciel będzie w stanie powiedzieć Ci … prawdę. To przyjaciel trzyma Cię za rękę, kiedy opłakujesz niespełnioną miłość. To przyjaciel podsuwa Ci kieliszek wina, kiedy chcesz zapomnieć. To przyjaciel postawi Cię do pionu, kiedy ukryta pod kołdrą opłakujesz swoją klęskę. Najpierw przytuli, pocałuje, zapłacze z Tobą, żeby potem wziąć Cię za rękę i wyjąć na światło dzienne. To przyjaciel odbierze od Ciebie telefon w nocy, kiedy pijana będziesz siedzieć w kiblu i nie będziesz wiedzieć czyja to łazienka. To przyjaciel zrobi publicznie z siebie kretyna, żeby skupić na sobie uwagę i odwrócić ją od Ciebie, która właśnie się skompromitowałaś. To przyjaciel będzie z Tobą zawsze w chwilach, które dla Ciebie są ważne i najważniejsze, choćby dla niego oznaczało to rzucenie wszystkiego w sekundę. To przyjaciel powie „nie rozumiem Ciebie, ale skoro to dla Ciebie jest takie ważne, dla mnie również jest takie”. To przyjaciel zawsze i bez względu na wszystko, będzie wobec Ciebie szczery chyba, że ta szczerość, akurat w tym momencie, będzie dla Ciebie mniej ważna. Wtedy usłyszysz od przyjaciela to, czego oczekujesz. To przyjaciel nie będzie zabijał Twojej próżności, a będzie starał się olśnić Ciebie tym, ile jesteś warta. Miłość do przyjaciela ma w sobie wzajemny szacunek, wsparcie, podziw, oddanie, bezinteresowność, brak wstydu. Nie ma zazdrości, złorzeczenia, czarnowidztwa, konkurencji, złośliwości. To rodzina, jaką wybieramy sobie zupełnie świadomie. Nie tak, jak rodziców, których dostajemy z przydziału. Przyjaciel to ktoś, przed kim stoimy kompletnie goli, bez żadnej maski i nie czujemy potrzeby, żeby kiedykolwiek, jakąkolwiek maskę włożyć. Mądrzy, głupi, leniwi, grubi, szczupli, starzy, młodzi, aktywni, ambitni, bez ambicji – przyjacielowi jest totalnie wszystko jedno. Bo kocha nas, a nie nasze. A co się dzieje, kiedy przyjaciel jest jednocześnie partnerem?

MIŁOŚĆ W ZWIĄZKU

Ta najbardziej romantyczna. Z motylami w brzuchu. Z bezsennymi nocami i dniami na głodzie drugiego ciała. Z fizycznym bólem w mostku, kiedy ten drugi znika za rogiem mimo, że są razem już dwanaście lat. Z przekonaniem, że ten drugi jest tym, z kim chce się zestarzeć. Ze spokojem duszy, kiedy zaczyna się myśleć o podbojach miłosnych, że już nie trzeba i nie ma po co. Miłość w związku nie musi być usłana różami. To miłość przedziwna, bo z jednej strony zesrana w awanturach, a z drugiej strony pewna tego, że to właśnie ten jedyny i ostatni. Miłość, dla której w pewnym momencie własnego życia, człowiek rano wstaje, robi siku, myje się, idzie do pracy, wraca z pracy, kładzie się spać. Nic innego nie powoduje wtedy życiem, niż miłość do drugiego człowieka.

To taki etap w życiu, kiedy nie znajdujemy żadnego innego, rozsądnego powodu, dla którego w ogóle żyjemy. Tylko tę miłość.

Ona oczywiście ewoluuje. Zmienia się. Przyjmuje bardzo różne postaci, formy. Ale tak, jak na początku, tak i przez ten cały czas wiem, że on jest dla mnie, a ja dla niego. Czy kochałabym tak samo, gdyby nie było Marty? Tak. Bo to dwie różne miłości. Jedna wprawdzie bierze się z drugiej, ale nie kocham jego dlatego, że kocham ją.

MIŁOŚĆ DO ŻYCIA

Najbardziej emocjonująca i nieodgadniona ze wszystkich. Bo można i łatwo się na niej spalić, jak i rozwinąć skrzydła. Ja się nią grzeję. Ogrzewam. Uwielbiam moje życie i wszystko, co się w nim dzieje. Każdy uśmiech, każdą łzę. Każdą zmarszczkę, każdy siwy włos, każde przetrącone żebro. Bo to właśnie są ślady mojego życia. Takie piętno nosi moje życie. I to piękny odcisk jest. Najpiękniejszy. Nie wiem czy Bóg istnieje. Chcę w to wierzyć, ale nie wiem tego. Wielu rzeczy, które dzieją się wokół nie rozumiem, nie pojmuję. Wielu rzeczy nawet nie próbuję sobie tłumaczyć. Bo gdybym choć zaczęła o nich myśleć, wniosek byłby jeden: Boga nie ma. A Niebo i Bóg to zawsze jakieś rezerwowe rozwiązanie jest. Ale ja mam jedną szansę, bez względu na to, kto rozdaje karty. Jedną, w tej świadomości. W świadomości bycia sobą, bycia mamą Marty, partnerką Maćka, córką moich rodziców, siostrą Ewy, przyjaciółką Grzegorza. Żadne inne życie nie będzie bardziej pasjonujące od mojego. Żadne też nie da mi więcej możliwości niż to moje. Jestem częścią, jakimś ułamkiem. Ale kochając siebie robię z mojego życia potężną twierdzę, zamek, warownię, bastion, cokolwiek, co dumnie stoi świadome tego, kim jest, ale i z pokorą patrzące na tych, którzy potrafią i wiedzą więcej.

Mogłabym jeszcze wymieniać tak długo, ale nie w ilości siła. Siła jest bowiem wyłącznie w jednej z nich: w miłości do siebie. Nie ma żadnej innej, tak wartościowej i tak znaczącej, niż ta. To ona determinuje wszystkie inne. Bez niej nikogo byśmy nie pokochali i nic w życiu byśmy nie osiągnęli. Ból w tym, że tak jak już powiedziałam, to najtrudniejsza z miłości. Ale, jeśli już uda się nam zaakceptować siebie takimi jakimi jesteśmy, wszystko inne idzie gładko. Bez wysiłku, a jedynie z ciężką pracą, która nie tyle nas męczy, ile przenosi na wyższy stopień satysfakcji z tego, kim jesteśmy. Warto dla tego chcieć siebie pokochać.

A Ty? Kochasz siebie?


[FM_form id=”5″]


Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Zastanawiałam się co będzie z moją matczyną miłością gdy pojawi się kolejny maluszek. Przekonałam się że to prawda Miłość matki jest niesamowita bo mnoży się gdy się ją dzieli.

    • Kilińska

      o jezu, jak pięknie. dziękuję Ci za ten komentarz. Ściskam Cię mocno.

  • Pamiętam, jak kolega który został tatą stwierdził, że nie wyobrażał sobie, że taki rodzaj miłości istnieje, ze miłości do dziecka nie da się do niczego porównać. CO do przepracowania relacji z rodzicami w pełni się zgadzam. Niewiele osób jednak się tego podejmuje.

    • Kilińska

      no właśnie. myślę wiesz, że niewiele osób zdaje obie sprawę z tego, jak bardzo to jest ważne i jak bardzo to ciąży na relacjach z własnymi dziećmi. znam rodziny, w których wciąż obecni są terapeuci, psychologowie, pedagodzy. Problemy z dziećmi nie kończą się, a narastają. Natomiast nie ma mowy o tym, żeby spojrzeć za siebie. Na to, co łączyło z rodzicami. Szkoda i to strasznie przykre jest. Ale wiesz co? Myślę, że właśnie dlatego, że to wymaga pracy ze sobą, a to ostatnie miejsce, my sami, gdzie szuka się przyczyny. Ściskam

  • Bardzo ciekawy artykuł. Szczególnie teraz, przed świętami. Bez miłości nie ma magii świąt… 🙂

    • Kilińska

      dziękuję i dokładnie tak samo myślę. Ściskam

Przeczytaj poprzedni wpis:
SUKIENKA KSIĘŻNICZKI

Mała dziewczynka dostaje sukienkę księżniczki. Zakłada ją. Uśmiecha się cała: oczka się śmieją, buzia się śmieje, a serduszko zaczyna bić...

Zamknij