SZCZERZE O MACIERZYŃSTWIE

… słodko, różowo i radośnie. Sam cukier. Nic tylko rodzić te dzieci i rodzić. Uśmiech na twarzy przez dwadzieścia cztery, siedem dni w tygodniu. Tylko, że  to … mity. Stereotypy. Mity o macierzyństwie, które mają budować nasze wyobrażenia i oczekiwania odnośnie tego, co nas czeka począwszy od „mistycznego porodu”, przez „uwznioślone karmienie piersią”, aż do „błogosławionego daru macierzyństwa”. Te mity przyjmujemy jako pewnik dla naszej przyszłości. Ma to być nasza prawda o macierzyństwie. Zaraz po przeczytaniu tego czy innego tekstu o cudzie bycia mamą, jesteśmy przekonane, że tak właśnie u nas będzie. Czy wolno zatem mówisz szczerze o macierzyństwie?

I nie dlatego, że jesteśmy niuniami bez własnego zdania i łykamy wszystko jak pelikany, ale dlatego, że świat, jaki stawiany jest nam przed oczami jest na tyle atrakcyjny, słodki, pełen nadziei, szczęścia i miłości, że wchodzimy w niego jak w gąbkę.

Zastanawiasz się jak być i chcesz być najlepszą, najszczęśliwszą, najwspanialszą matką na świecie?  Zadziwiające, że Twojemu dziecku wystarczy jak będziesz … mamą.

Kilińska

Jeżeli masz kogoś, komu będziesz mogła wysmarkać to wszystko, co Cię gryzie, boli, uwiera czy wkurwia, to przeżyjesz. Kogoś, kto nie dość, że wytrze Ci te gile, to jeszcze przekona, że jesteś super matką, że każdy syf minie, że na to wszystko są sposoby, że czasami trzeba olać i, że innym nic do tego, jaką matką jesteś i będziesz.

Jeśli jednak jesteś sama, masz niewielkie szanse na to, żeby bez szwanku emocjonalnego przetrwać, szczególnie te pierwsze miesiące. Wtedy pozostaje Ci szukanie miejsc, w których odnajdziesz choć jedną wysuniętą do Ciebie rękę. Wtedy złap się jej, trzymaj kurczowo i nie puszczaj. Bo taka ręka, wyciągnięta do Ciebie nie do dziecka, to najcenniejsze czego możesz się chwycić.

Uwaga! Może zdarzyć się również tak, czego z serca Ci życzę, że dostaniesz egzemplarz w wersji limitowanej. Znaczy taki, który faktycznie będzie wywoływał wyłącznie róż, biel i błękit, a słońce w jego pokoiku nigdy nie zagaśnie. Wtedy, kochana moja, na kolana i do Częstochowy dziękować za taki przydział. Rozpromieniona i rozpieszczona urokami macierzyństwa korzystaj, póki możesz, z darów otrzymanych i bądź czujna, bo licho nie śpi, a równowaga w naturze istnieje i kiedyś o swoje upomnieć się może.

A ja, póki co, rozliczę się z moich mitów. Stereotypów. Z tego, czym byłam karmiona i co łykałam zanim zrozumiałam, że wprawdzie dobrze jest słuchać rad i wskazówek innych, ale najlepiej usłyszeć te … własne. Te wypracowane z moim dzieckiem, z moim własnym zdrowym rozsądkiem i spojrzeniem na mnie z każdej strony, nie tylko z tej, z jakiej inni patrzą na mnie.

Być matką to rola, do jakiej zostałam powołana

„no zobacz córeńko, u ciotki Janki to już troje wnuków jest, a u nas?? no kiedy zostaniemy dziadkami, co? Jarek nie chce, tak?” – wypłakała mi kiedyś do słuchawki znajoma po zaledwie trzech miesiącach od własnego ślubu. Sytuacja, w której to kobieta nie chce mieć dzieci, graniczy dla większości z absurdem. „jak to nie chcesz mieć dzieci?? wszystkie kobiety chcą mieć dzieci. taka nasza natura. nie pleć bzdur”. No, ale nie. Znam kobiety, których dzieci nigdy nie kręciły, nie zamierzają ich mieć i ani na jotę nie chcą swojego życia zmieniać. Znam też takie, które wprawdzie myślą o dzieciach, ale ich życie bez nich dalekie jest od absurdu. Ale niech spróbuje któraś podzielić się tym ze światem. „egoistka, suka, zdzira, bez krztyny miłości w sercu, nie wie co mówi, skąd może wiedzieć, skoro dziecka nie ma?” – to najczęściej usłyszy deklarując, że matką nie zostanie. Niestety, często presja jest tak wielka, że na świat przychodzi dziecko niechciane i jako takie funkcjonuje w świecie, w którym od najbliższej osoby jaką powinna być matka, nie czuje nic. To jest dopiero absurd sytuacji i dramat. I jestem tego samego zdania, co Katarzyna Miller „A ja zawsze będę mówiła, że powinniśmy mieć jak najmniej dzieci, ale jak najbardziej chciane”.

Bez dziecka będę nieszczęśliwa

To jest ściśle powiązane z pierwszym mitem. No bo jeśli zostałam stworzona do bycia matką, to nic innego mnie nie uszczęśliwi, jak wyłącznie dziecko. Moje zdanie jest takie, że życie, nawet nieszczęśliwe, warte jest tego, żeby o go przeżyć. Bo każdy dzień może być okazją, żeby to szczęście swoje znaleźć. Z dzieckiem czy bez, moje życie byłoby szczęśliwe. Jeśli nie miałabym Marty, robiłabym wszystko, żeby czuć się szczęśliwa na tyle, ile mogę. Ale szczęśliwa. Szczęście jest pojęciem względnym i dla każdej kobiety może oznaczać co innego. I nawet jeśli trudno sobie wyobrazić, że kobieta może czuć się szczęśliwa nie będąc matką, to tak jest i tak się dzieje. I raczej należy przekonywać kobiety, że jest to możliwe, być szczęśliwą bez dziecka, niż uogólniać, wrzucać wszystkie do tego samego wora i wkładać do głowy, że jedynie dziecko uszczęśliwi. Na samym początku, w sytuacjach ekstremalnego wyczerpania fizycznego i emocjonalnego, zadawałam sobie pytanie, czy nie byłabym szczęśliwsza bez dziecka i na co mi to było? I pamiętam, że zwierzyłam się z tego pewnej koleżance. Dodam, że matce. Usłyszałam, że nigdy, przenigdy nie wolno mi o tym nikomu powiedzieć, bo to grzech śmiertelny. A ona nigdy w życiu nie odezwie się do mnie więcej. I się nie odezwała.

Dziecko nada sens mojemu życiu

To tak jakby moje życie bez dziecka sensu nie miało. Jakbym miała te moje trzydzieści osiem lat wywalić do śmieci, bo żadnego w nich sensu nie było. Studia, praca za granicą, szesnaście lat doświadczenia w zawodzie, wszystko to, czego się w międzyczasie nauczyłam, co przeżyłam, czego doświadczyłam, to wszystko ma nie mieć kompletnie żadnego sensu. Nie godzę się na to i nigdy nie godziłam. Życie z dzieckiem czy bez dziecka, szczęśliwe czy nie, zawsze ma sens. I zawsze jest warte tego, żeby walczyć o nie. Kiedyś moje dziecko dorośnie. Zacznie własne życie. Pójdzie na swoje. Jak dzisiaj zawalę jako matka, to nawet nie powie mi „na razie” na pożegnanie. Taka jest brutalna prawda. I nie chcę, za te kilkanaście lat, obudzić się któregoś ranka, wejść do jej pokoju, zobaczyć, że jej nie ma i nie wiedzieć, co mam ze sobą zrobić, bo przecież ja tylko potrafię dzieckiem się zajmować i to ona nadawała mojemu życiu sens. Największą dumą mojego życia jest i pozostanie bycie jej mamą. Ale obok tego jestem kobietą, która ciężko pracowała i dalej pracuje na to, kim jest i co może. Nikt inny oprócz mnie nie jest w stanie nadać sensu mojemu życiu. Gdybym przerzuciła na Martę odpowiedzialność za to, czy moje życie będzie miało sens czy nie, czy będzie wartościowe czy nie, czy będzie szczęśliwe czy nie, ona w życiu by tego nie uniosła. To na mnie spoczywa obowiązek nauczenia jej i pokazania jej czym jest życie w poczuciu własnej wartości i wiary w siebie. W odwróconej konfiguracji to nie działa.

Poród do przeżycie mistyczne

Walcie się wszyscy, którzy przekonywaliście mnie, że tak właśnie będzie. Na szkole rodzenia, o ciemnych stronach porodu, słyszałam jakieś ciche wstawki o „dyskomforcie przy bólach partych i skurczach porodowych”. Ale poza tym to miał być prawie pobyt w spa. Tak? Szesnaście godzin męki. Siedem godzin bez znieczulenia. Ból, ryk, „kurwy” i „chuje” lecą do każdego, kto się nawija. Lewatywę robi mi mój własny facet, gdzieś kątem w kiblu.  Dwadzieścia minut jakaś obca kobieta trzyma swoją rękę w moim kroczu. Skurcze bolą tak, jakby ktoś na żywca, bez znieczulenia, przez pochwę, wyciągał ze mnie wnętrzności. Po trzynastu godzinach męki zanika tętno dziecka. Prawie umieram. A doktorek w okularach, oparty o stół, ze stoickim spokojem spogląda na zegarek i mówi „no, trzynasta godzina, to może jeszcze poczekamy ze dwie i wtedy podejmiemy decyzję o cięciu”. Znachor jebany. Wiozą mnie na salę operacyjną, gdzie podłączona do aparatury prawie schodzę po raz drugi. Nie mogą mnie ciąć, bo muszą najpierw ustabilizować mi ciśnienie. W końcu wyjmują Martę w kolorze śliwki węgierki. Podduszona, nie płacze. Umieram po raz trzeci. Słyszę ją dopiero po jakichś czterech, pięciu sekundach. Postanawiam jednak nie umierać.

Moje dziecko pokocham od pierwszego wejrzenia

„patrzyłam na niego i myślałam, że trzymam na rękach Obcego. nie dość, że brzydki, to jeszcze jakiś taki nijaki. nie mówi, nie nic. nie mam pojęcia, co mam z nim robić”… to słowa mojej znajomej w kilka godzin po porodzie. Po raz pierwszy poczuła coś do swojego syna gdzieś po siedmiu, ośmiu miesiącach. Wcześniej podchodziła do niego jak do obowiązku opieki nad bezradnym, bezbronnym stworzeniem. Ta miłość do dziecka nie jest więc czymś, co zawsze dostajemy w pakiecie razem z trzema kilogramami masy, jaką wypchniemy, bądź którą z nas wyjmą. Jednak przyznawać się do tego nie wypada. Nie wolno.  Obowiązuje zmowa milczenia na ten temat. Nie istnieje coś takiego jak przyzwolenie na nie kochanie własnego dziecka. Nie istnieje również wsparcie dla takich deklaracji. Szybciej usłyszymy „no co Ty w ogóle mówisz? jak można nie kochać własnego dziecka” niż „bardzo chcę żebyś o tym mi powiedziała. być może będę mogła Ci jakoś pomóc. a jeśli nie, to na pewno Cię wysłucham”.

Ja wiem najlepiej, co dla mojego dziecka jest najlepsze

A to ciekawe, bo ledwo co tylko Marta się urodziła wszyscy dookoła wiedzieli to ode mnie dużo lepiej. Gdzie i z czym mam z tym dzieckiem robić, jak ją wychowywać, co jest dla niej najlepsze? Tak, jakbym z oddaniem światu noworodka, wydaliła również sporą część własnego mózgu. Jak karmić, jak spać, jak ubierać, jak przebierać, jak nosić, jak wozić, kto ma się opiekować dzieckiem itd. Po dwóch, trzech miesiącach zaczęłam się zastanawiać, czy ja w ogóle cokolwiek wiem o własnym dziecku, nie, przepraszam…czy ja w ogóle cokolwiek mam prawo wiedzieć o własnym dziecku? Ja, matka dziecka.

I w tej lawinie rad dla młodej matki zabrakło mi najważniejszego: pytania. jak ja się, kurwa, z tym czuję? Z tym macierzyństwem?? Pamiętam rozmowy telefoniczne „cześć to ja, no i co słychać??” – myślałam „o ja, w końcu kogoś obchodzi co u mnie” po czym, gdy ja już na wdechu gotowa do opowiedzenia o sobie, słyszę „jak tam Martusia? dobrze wszystko??”… i posrały się nadzieje.

Jako matka nigdy nie będę już samotna

Może sama to nie, ale samotna bywam. Samotność matki to jedna ze smutniejszych stron macierzyństwa. Samotność przychodzi najczęściej razem ze słabościami . Kiedy pozostaję osamotniona z moim strachem o dziecko, kiedy przychodzi niemoc, ta fizyczna, ale przede wszystkim ta emocjonalna. Kiedy po prostu nie daję już rady, kiedy wiem, że poniosłam klęskę. Matka pozostaje samotna najczęściej wtedy, kiedy potrzebuje najwięcej wsparcia. Często nie ma ani siły fizycznej, ani psychicznie nie czuje się na tyle silna, żeby poprosić o pomoc. Matka, szczególnie na samym początku, jest tłem dla dziecka. Uwagę, zainteresowanie, troskę przykuwa osesek. Ona, matka przecież nie ma powodów do trosk, bo”tiu, tiu bobasek” pojawił się w jej życiu, więc czego jeszcze kobieta może chcieć od życia? Zauważyliście jak witane są matki podczas pierwszych spotkań z nią i z nowo narodzonymi? No właśnie. Rzadko kiedy pamięta się o tym, żeby spytać świeżą mamę „a jak Ty się czujesz? co u Ciebie słychać? chcesz o czymś porozmawiać? mogę Ci w czymś pomóc? może coś mogę dla Ciebie zrobić? może coś Cię gryzie? chciałabym wiedzieć, czy u Ciebie wszystko w porządku?”. Matkę, szczególnie małego dziecka, traktuje się często jako źródło informacji o tym, co się dzieje z dzieckiem, dopóki ono samo o tym nie umie opowiedzieć. A matka? No przecież żyje, stoi, siedzi, gada. To o co jeszcze pytać?

Wszystko jest kwestią organizacji

Mhm, ciekawe jakie triki organizacyjne mogłabym zastosować przy dziecku, które ani jednego momentu nie chce być samo? Od jakiegoś drugiego, trzeciego miesiąca musiałam zabierać ją na moje siku, pod prysznic, na depilowanie, golenie. Wszędzie. Określenie intymność ograniczała się od lekko uchylonych drzwi, kiedy musiałam się wysrać. A i tak było to sranie akustyczne, bo przy wtórze ryku niemowlaka, który przez dziesięć sekund matki nie widzi, a słyszy tylko „jestem kooooochanie, jestem. zaraz przyyyyyjdę”. A kiedy była starsza, też nie zostawiałam jej samej ze strachu, bo jako super ruchliwe dziecko, gdzieś wlezie, coś ściągnie, wyjmie itp.. Organizacja jest rewelacyjna, tylko po pierwsze na papierze, a po drugie czasami po prostu nie ma na nią siły i bierze się to, co dane. Moja bratnia dusza, Beata, mama o wyjątkowym talencie pisarskim, napisała:

„Jeśli myślisz, że bredzę, a dzieci nie masz, to ja, siląc się mocno na grzeczną odpowiedź (bo się z teoretystami wszelkiej maści mało lubię), powiem tylko, że na ten moment wysikanie się w samotności wpisałam na swoją listę „before I die”.

Mam słuchać instynktu, on wszystko mi powie

„jak to nie będziesz wiedziała? każda matka wie. to instynkt macierzyński”. Koleś o imieniu Instynkt miał znać odpowiedź na każde moje pytanie. Mija już osiem lat, a ja kompletnie nie wiem, czy on chociaż zajrzał do mnie w przelocie. Nie wiedziałam nic. Kompletnie. Paraliżowała mnie myśl o wszystkim, czego nie byłam w stanie przewidzieć. Sytuacje nagłe wywoływały u mnie paranoję graniczącą z obłędem. Zdarzało się, że stałam nad wrzeszczącą Martą i sama zaczynałam krzyczeć „przecież cię przewinęłam, najadłaś się, ubrana jesteś…to co się dziejeeeee?????”. Czego nie zdążyłam przeczytać we wszystkich mądrych książkach, szukałam wśród znajomych z dziećmi. Czasem jednak przerażała mnie sama myśl o tym, że mam zadzwonić do kogoś i spytać o to na przykład, jak mam przestać bać się o własne dziecko? Bo bałam się o nią od pierwszej minuty jej życia. A z każdą następną strach był  coraz większy. Coś takiego więc jak instynkt jest, albo go nie ma.

Dziecko jest po to, żeby na starość ktoś mi podał szklankę wody

Smutna prawda jest taka, że to gówno prawda. Pewnego razu, kobieta z dwóją dzieci, postanowiła zwierzyć się przypadkowej osobie. Powiedziała „Wiesz co, mimo, że mam ich dwoje, doskonale wiem, że na starość będę musiała zatrudnić pielęgniarkę, bo żadne z nich nawet palcem nie kiwnie, żeby się o mnie zatroszczyć”. Okrutna niestety prawda jest taka, że miała rację. Dzisiaj faktycznie płaci komuś za to, żeby pomógł jej w jej niedołęstwie. A wnuki widzi raz na ruski rok. Przekonanie o tym, że dzieci zajmą się nami, kiedy my będziemy już pchali balkoniki przed sobą jest najbardziej mylnym ze wszystkich wyobrażeń o rodzicielstwie. Zainteresowanie rodzicami nie wynika z więzów krwi, a z tego w jaki sposób dziecko zostało przez rodziców wychowane, w jakich uczuciach dorastało, jakie nawyki wyrobiło sobie w dzieciństwie. Jak, my rodzice, zachowywaliśmy się wobec naszych rodziców, czy najbliższych. Zależy od tego, jak silne więzi rodzinne zostały w dziecku zakorzenione, a nie od tego, co na metryce urodzenia.

Dobra matka karmi dziecko piersią

Presja bycia „dobrą matką” pod warunkiem karmienia piersią bywa tak olbrzymia, że leżąca na przeciwko mnie, na poporodowej, młodziutka dziewczyna po cesarce i z brakiem choć kropli mleka w cyckach, była tak strasznie zdominowana przez laktacyjną (którą była wówczas siostra „w imię Ojca i Syna” zakonna!!), że cisnęła te pierchule przez dwie doby do siniaków. I nic. Dzieciak się drze z głodu wniebogłosy, ta ryczy, bo nie leci, a święta gania do niej co pół godziny i „kwiatuszku, nie trać nadziei. dobra matka karmi dziecko piersią”. Kurwa no. Wzięłam tę młodą którejś nocy za koszulę, zawiozłam na tzw. noworodki, gdzie krzykacz się nażarł tak, że spał dwanaście godzin. Młoda mnie prawie na rękach nosiła, bo w końcu, od trzech dób, mogła iść spać. I kiedy, niedawno nawet, opowiedziałam tę historię na forum laktacyjnym, jaki mnie spotkał komentarz? „Twoje doświadczenie może być szkodliwe”. O, i taka właśnie jest ta rzeczywistość laktacyjna, w której kobieta, która z przeróżnych przyczyn nie może karmić piersią, choćby nawet chciała, ma tak ogromne wyrzuty sumienia z tego powodu, że zaczyna myśleć o sobie jako o matce, która robi krzywdę własnemu dziecku podając mu sztuczny pokarm. A wykrzykniki „Bądź jak Matka Boska: karm w miejscach publicznych!!!” mają zachęcić młode matki do pójścia w ślady Najjaśniejszej Panienki. No argument nie do zbicia, powiem szczerze. Bo która nie chciałby być jak Ona???

„My ci wszyscy pomożemy, zobaczysz”

Taaak?? A to niespodzianka. Deklaracji pomocy wszelakiej, zanim dziecko się urodzi, jest taka masa, że hej. Począwszy od najbliższej rodziny, a skończywszy na instytucjach publicznych, wszyscy aż rwą się do pomocy.  A potem „widzisz cholera, może następnym razem, co?”. I o, zostałam sama z bolącymi cyckami, rwącą macicą, zesranym tiszertem. A w sumie potrzebowałam jedyne czterdziestu minut na samotną kąpiel w wannie.  A instytucje?? Mhm…cóż. Sposobów, żeby namówić nas do rodzenia, są tysiące. Ale żeby pomóc nam w wychowywaniu tego już narodzonego, to niewiele. Jeśli uda Ci się dostać do rejonowego żłobka za pierwszym podejściem, to możesz śmiało powiedzieć, że to wino z wody w Kanie Galilejskiej to czysty szwindel był, a to Ty potrafisz skręcać cuda. Bo inaczej, tak bez cudów, to najmniej przed Tobą rok czekania. Z przedszkolami podobnie: albo wywalasz jakieś tysiąc dwieście na prywatne, albo siedzisz z dzieciakiem w domu przez sześć czy pięć lat. Pomoc z zewnątrz to mrzonki. Jeśli sama się tym nie zajmiesz, począwszy od ojca dziecka/męża/partnera, a skończywszy na łapówce za miejsce w przedszkolu, to siedzisz i dziergasz te papucie na drutach z berbeciem w kojcu zanim pójdzie do szkoły, gdzie przyjąć Was muszą.

Własnego dziecka nigdy nie będę miała dosyć

No u mnie to „nigdy” to sześć tygodni było. Do pierwszego skoku wzrostowego. Po dwóch dniach chciałam wywalić wieeeelki transparent na balkon z napisem „oddam dziecko w dobre ręce na 5 do 7 dni. jeśli trzeba zapłacę”. Miałam tak serdecznie jej dosyć, że nie byłam w stanie się do niej uśmiechnąć. Zmęczenie fizyczne, znikąd pomocy, no bo kto inny ma ją karmić bez żadnej przerwy, myśli samobójcze jakieś…to wszystko przerosło moje najśmielsze wyobrażenia o macierzyństwie. Przecież miało być tak różowo, tak pachnąco, tak słodko! A to?? Śmierdzę, mam brudne włosy, powieki mi się nie otwierają ze zmęczenia, a ta w kółko chce żreć!!! Wtedy po raz pierwszy doszłam do ściany. Wtedy pamiętam po raz pierwszy pomyślałam, że to wszystko, co o macierzyństwie słyszałam, to stek bzdur. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że jeśli nie pogodzę się z tym i nie przestanę się okłamywać, że to takie słodko-pierdzące będzie, to oszaleję, albo zrobię krzywdę najpierw jej, potem sobie. Wtedy też zrozumiałam, że mogę nie lubić być z własnym dzieckiem. Że mogę, że mi wolno chcieć być samej. W ciszy, w hałasie, obojętne. Ale bez niej. Uświadomienie tego sobie i przyjęcie tego za normalny stan, było najlepszym prezentem z okazji końca tego jej pierwszego skoku razem z gratulacjami, że przeżyłam ja i przede wszystkim ona.

Nikt tak mnie nie zrozumie, jak druga matka

Miałam wrażenie, że jakoś tak właśnie też po pięciu, sześciu tygodniach bycia mamą, zrozumiałam, że matki to najmocniej zwalczająca się wewnętrznie grupa społeczna. Nigdzie indziej nie znalazłam tyle zajadłości, wylewanej na siebie żółci, zaciekłości, jak właśnie wśród matek. I nie wiem, czy to niezaspokojenie w poszukiwaniu szczęścia i spełnienia, czy może właśnie rozczarowanie tym, że „bo miało być tak pięknie, a tu się posrało, a mnie nie wolno się przyznać, więc od środka toczy mnie żółć, którą od czasu do czasu muszę wyrzygać na inną matkę, której zazwyczaj zazdroszczę, bo ma tak, jak ja chciałam”, czy to, że własne dziecko jest brzydsze niż to obok w piaskownicy … to wszystko powoduje, że zacietrzewienie i wzajemna niechęć matki do matki aż bije po oczach. Mnie samej inna mamusia proponowała spalenie na stosie. Jeszcze inna przy pierwszym poznaniu znienawidziła moje dziecko, do czego przyznała mi się po pijaku kilka lat później, bo uznała, że „ona jes szy razy ładniejsza od mojej i nie sierpie tej jej ładnej buśki”. Paradoks polega na tym, że jej dziecko jest prześliczne, ale niestety okazało się być nie takie, jakie ona wyobrażała sobie przez całe życie. Inna znowu w jawny i bardzo wyraźny sposób zakwestionowała moje doświadczenie jako matki. I również nieprawdą jest, że matkę zrozumie wyłącznie matka. Wiele razy zrozumienie i wsparcie znalazłam wśród kobiet, które dziecka nie mają, a ze strony kobiet, które są mamusiami usłyszałam słowa, które sprowadziły mnie głęboko w dół.

Rodzice zawsze muszą mówić jednym głosem

Powiem Ci szczerze, że tym byłam opętana najdłużej. Bo zaledwie jakieś kilka miesięcy temu dotarło do mnie, że to zupełna bzdura. Wszyscy, wszędzie mówili, pisali, że przy dziecku nie wolno mówić dwugłosem, bo zgłupieje i nie będzie wiedzieć kogo słuchać. Że to kwestia budowania autorytetów u dziecka. W rzeczywistości…po pierwsze nie da się tego zrobić na 49 metrach kwadrat. Bo nie ma jak tłumaczyć sobie po kątach wszystkiego, co nie jest tak samo, tak żeby dziecko tego nie usłyszało. Po drugie, nie o to chodzi, żeby mówić jednym głosem, ale żeby dwugłos nie był prowadzony w braku poszanowania innego zdania, z zarzucaniem głupoty i braku dojrzałości do bycia rodzicem. Dziecko nie musi wysłuchiwać chóru. Może posłuchać solistów. Ale nie może odnieść wrażenia, że każdy z nich śpiewa tak, żeby tego drugiego w ogóle nie było słychać.

Nie jest łatwo przeciwstawić się wszystkiemu, co się słyszy, widzi i przeczyta zanim zostanie się rodzicem. Ekscytacja samym faktem, że rodzicem się zostanie, może spowodować, że przestajemy myśleć rozsądnie. Na początek wystarczy może jedynie mieć świadomość tego, że macierzyństwo, czy rodzicielstwo w ogóle, nie jest pasmem wyłącznie tych pięknych chwil. Takich w nim jest cała masa. Oczywiście. I ani ja tym tekstem, ani nikt przy zdrowych zmysłach, nie będzie zaprzeczał, że bycie matką jest najpiękniejszym doświadczeniem dla kogoś, kto taką matką czy ojcem chciał zostać. Oczywiście zdarza się też, że dzieci nieplanowane dają tej radości rodzicielskiej pełne worki. I też jasne, że zdarzają się rodzice, którym jeśli by przeczytać to, co powyżej, puknęli by się w czoło i powiedzieli, że to kompletne bzdety są i że ich dziecko czy dzieci, nigdy czegoś takiego im nie zgotowały. Jasne, że tak.

Ale tak być nie musi i nie dzieje się tak zawsze, kiedy rodzi się dziecko. I dlatego należy po prostu o tym mówić. I ośmielać kobiety, matki, żeby pytały, mówiły, zastanawiały się, miały wątpliwości. Że można pozbyć się strachu o ostracyzm. Że są też normalni ludzie, którzy nie wyzwą od bezdusznych i egoistycznych suk, albo nie zaproponują samospalenia. Trzeba namawiać kobiety, żeby nie przyjmowały wszystkiego w czambuł za prawdy jedyne. Żeby wiedziały, że nie ma jednego, sprawdzonego, najlepszego modelu bycia matką. Że każda z nas matek taki model macierzyństwa dzierga sobie od pierwszego dnia urodzenia dziecka. Każda kobieta powinna też wiedzieć, że tak, jak o drogę na Kalatówki może spytać o to, czym naprawdę jest macierzyństwo i czego może się po nim spodziewać. A życie samo zweryfikuje to, czy to, co usłyszy będzie jej, czy nie.

Największy lęk, jaki towarzyszył mi zanim pierwszy raz powiedziałam o tym, że mam dosyć Marty, był o to, że ktoś posądzi mnie o brak miłości do niej. O to, że jej nie kocham. A to byłoby dla mnie jak gwóźdź do trumny. Ale na szczęście i w porę zrozumiałam jedną, bardzo ważną rzecz, mianowicie: to, co czuję do mojego dziecka jest niekwestionowane. I nie ma nic wspólnego z fizycznym i emocjonalnym odczuwaniem macierzyństwa. Na miłość do mojej córki nie ma wpływu to, czy chce mi się wyć, bo jestem zmęczona byciem z nią, czy mam chęć pląsania z nią po łąkach i lasach w wiankach na głowie. Miłość do mojego dziecka jest. Po prostu. I nic tego nie zmieni, ani nic nie jest w stanie jej podważyć. I to jest również coś, choć innej natury, na co mnie nikt wcześniej nie przygotował: że pokocham kogoś drugiego uczuciem mi kompletnie nieznanym do tej pory. Rosnącym każdego dnia. Każdego dnia odkrywającym coś nowego. Niezależnym od niczego. Do niczego nieporównywalnym. I kompletnie niemierzalnym.

A jakie Ty znasz mity o macierzyństwie?

Zapisz

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Ann

    Doskonale ubrałaś w słowa to, co chodzi mi po głowie, odkąd zostałam podwójną mamą 🙂 Ja nadal męczę się z ostatnim mitem- rodzice mówią jednym głosem. Niestety,m jednym głosem to my najwyżej kłócimy 😉 Mamy zgoła różne spojrzenia na wiele tematów 😉

  • Rozprawiłaś się z mitami bardzo konkretnie. Brawo. Zgadzam się z większością 🙂
    Moje oko na dłużej zatrzymało się na „Wszystko jest kwestia organizacji”. Ja pani analityk, genialnie zorganizowana, z terminarzem w torbie poległam na bliźniakach. Do tej pory, a mają prawie 3 lata, mam organizacyjne wpadki. Nie miewam. Mam.

    • Kilińska

      Agnieszka, dla mnie mamy z dziećmi w liczbie większej niż jedno to niedoścignione mistrzynie organizacji wszelakiej. a już w tym samym czasie, w tym samym wieku, to jest absolutne master class. szacunek wielki dla nich wszystkich i dla Ciebie mam! moja znajoma, z dwoma dziewczynkami bliźniakami w wieku 6 lat, na moje pytanie jak to jest z bliźniakami, odpowiedziała „to jak trzy lata bezustannej grypy, a potem permanentny zawał serca przerywany chwilami rozkoszy, kiedy tracę przytomność”. mimo tego była zawsze tak cudownie uśmiechnięta i taka szczera w opowiadaniach o sobie i tych maluchach. czasem, bo razem pracowałyśmy, przychodziła z jakimś jedzeniem we włosach i kiedy wyjmowałam jej te resztki ona mówiła „przynajmniej nie śmierdzę już rzygami jak wczoraj”. ja wpadki zaliczam codziennie. i za każdym razem mówię sobie „nobody is perfect”. well, coś w tym jest. pozdrawiam Cię mocno

  • Temat rzeka. 😉 Po prostu jestem mamą. W oczach mojego dziecka najlepszą. 😉 Nie dajmy się zwariować stereotypom i wszelkim mitom. 🙂

    • No właśnie. Jesteśmy najlepszymi matkami dla naszych dzieci. Po co starać się być najlepsza w oczach innych??

  • Mimo wszystko uśmiechnęłam się czytając Twój wpis 🙂 Nikt wcześniej tak dobrze nie ubrał tego w słowa. Nikt wcześniej tak bardzo nie dodał mi otuchy. Serio, myślałam, że tylko ja mam „problemy z organizacją” i tylko ja krzyczę z ubikacji do płaczącego dziecka: „Mama robi siku, zaraz przyjdę!” 😀 I że tylko ja średnio raz dziennie mam ochotę wrócić do czasów, kiedy mojej córki nie było. Kocham być mamą, cieszę się, że Zosia jest z nami na świecie, że jest zdrowa i energiczna, ale… czasem mam po prostu dość. Macierzyństwo to nie tylko cukier, to przede wszystkim wyrzeczenia i totalne wywrócenie życia do góry nogami. Ciężko jest się w to dopasować. Dziecko zawsze było moim marzeniem, ale tak naprawdę nie wiedziałam z czym to się będzie wiązało. I mimo że ludzie zawsze się podśmiewali: „jak pojawi się dziecko, przestaniesz istnieć” albo „jak będziecie mieli dziecko to dopiero zobaczycie co to szkoła życia”, nikt nie mówił o tym na poważnie. A poza tym… i tak zrobiłabym po swojemu :p Każdy z nas musi przekonać się na własnej skórze jak to jest być rodzicem. I jeżeli tego chce, przeżywać to na swój sposób.

    • Kilińska

      Iza…właśnie dałaś mi moc na następne „wiecznie”. Dziękuję <3 I nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo, to co piszesz, jest ważne i potrzebne. To właśnie, że każdy na swój sposób musi to przeżyć, przekonać się, doświadczyć. I czy będzie super, czy mniej różowo czasami, to to doświadczenie musi być własne. bo to, co prawdziwe, zawsze jest najpiękniejsze. A że czasem śmierdzi i jest brudne?? co z tego, skoro najważniejsze, że trwa. Ściskam Cię Iza mocno.

  • Miałam nie dość, że depresję po porodową, to jeszcze i … w trakcie ciąży! Fatalnie się czułam fizycznie i zwyczajnie dostałam w łeb. Lądując w końcu w szpitalu z mega atakiem paniki bardzo miły lekarz zadał mi – śmieszne teraz – pytani: czy zdradziłam męża? A ja po prostu bałam się bycia mamą. Bardzo chciałam nią być! Ale i bałam okropnie. Lekarz – mimo swojej sympatii – nie mógł ogarnąć tematu. W końcu pomógł mi psycholog, mówiąc podobne rzeczy o których piszesz. Od tej pory nie kłamię, nie oszukuję, nie ubarwiam – jak mam dość dzieci to mam dość. Nie jestem masochistką. Mimo że je bardzo kocham, nie chcę być z nimi ciągle. I nie lubię po nich sprzątać ani tym bardziej prać ciągle ufajdanych ubrań. I rozumiem też, dlaczego niektóre kobiety (mężatki czy nie) chcą być bezdzietne. Dziecko to nie rzecz z katalogu z nowościami – jak wyjdzie z mody, zrobię sobie nowe. Temat rzeka…!

    • Kilińska

      z tym pytaniem o zdradę to masakra jakaś. ale chyba typowa, w naszej polskiej świadomości? ostatnie, co inni pomyślą o kobiecie w ciąży czy matce, to to, że może mieć albo wątpliwości, albo się bać, albo źle myśleć o byciu matką. najczęściej słyszałam „ale jak w ogóle możesz tak myśleć??!!”. no właśnie o to chodzi, że mogę.

  • Fantastyczny wpis! Ja jestem tą ponadtrzydziestoletnią kobietą, która nie odczuwa potrzeby posiadania dzieci i choć teoretycznie większość osób z mojego otoczenia nie ma z tym problemu, to w praktyce wiem, że niektórzy po prostu gryzą się w język. Nie chodzi wcale o to, że dzieci nie lubię – wręcz przeciwnie, a już strasznie się cieszę, jak słyszę wieści, że jakaś koleżanka jest w wyczekanej ciąży. Mawiam, że moją rolą jest bycie ciocią dla tych wszystkich bąbli, czyli że chętnie wezmę je na parę godzin, żeby mama odpoczęła, przyniosę jakiś fajny prezent, i w ogóle będę wszystkich rozpieszczać, a potem wrócę do swojego cichego domu i poczytam książkę w wannie 😉

    • Kilińska

      Stałaś się moją Panią z Afryki. Uwielbiam Twoją stronę. Kompletnie oszalałam. A apropos tego co piszesz na końcu, to powiem Ci, że mam czasami taki ścisk w dołku, kiedy myślę o czasach gdy wracałam z pracy, styrana jak wół, ale szczęśliwa, bo przede mną tylko kąpiel, kolacja, rzut na kanapę, wino, papieros i jakieś dwie do trzech godzin przez telefon stacjonarny!! Żyłam w starożytności…<3 Ściskam Cię najmocniej,

  • Ja znam jeden: „O macierzyństwie już tyle wiadomo i tyle ci powiedziano, że chyba już nic cię nie zaskoczy!”, który według mnie jest totalną bzudurą ale no cóż…

    • Kilińska

      Zgadzam si Nika, absolutnie. Nie zaskoczy?? To samoodnawialne źródło niespodzianek! Każdego dnia, każdej nocy, bam … i „no tego to ja się nie spodziewałam!!”. Myślę, że ta lista tych niespodzianek się nie skończy. A może właśnie to jest fajne, co? Nudy nie ma w każdym razie

Przeczytaj poprzedni wpis:
SILNE KOBIETY, CZYLI KTO

Mam dość słuchania, że mam się otaczać silnymi kobietami, czerpać od nich energię, naśladować, budować obok nich i z nimi...

Zamknij