POŁAMANIA NÓG

Czyli kiedy marzenia się spełniają. Od dłuższego czasu miałam gdzieś pod skórą takie głębokie przekonanie, że muszę wyjechać, bo inaczej ocipieję. Jeszcze jeden tydzień, dwa, trzy i puszczą mi zawory. Wszystko było nie tak. W domu syf, dziecko jakieś takie niemrawe, jakby niedożywione, ja ledwo co wyglądałam z wciąż rosnącymi nadwyżkami worów pod oczami. Wszystko wkurzało, wszędzie się paliło.

Wystarczyło wtedy, żebym pomyślała, a już była awantura. O wszystko. O to, że nie ma kasy. O to, że w domu brudno. O to, że ja bez pracy. O to, że coś od niego chcę. O to, że wszystko na mojej głowie, a on „tylko” pracuje. O to, że on tyra, a ja „tylko” siedzę w domu. O to, że ja z siatami, w środkach masowej komunikacji jedną ręką chwytam dzieciaka za kaptur bo to przecież nie siądzie, a musi biegać między przystankami, a drugą w tym samym czasie zbieram wypadające kajzry na upieprzoną podłogę. I jakoś daję radę, a on byle zgrzewki wody nie może już drugi tydzień przywieźć autkiem do domu. On źle oddychał, mnie źle rosły włosy na głowie. No wszystko było nie tak.

Próbowałam różnych form perswazji począwszy od dzikich awantur, a skończywszy na nie ruszaniu tego, co oni rozsiewali po całym domu. To miało wywołać u nich działanie oparte na skojarzeniu „patrzę, widzę, koduję, odkładam”. Miałam nadzieję, że na przykład jeśli zaczną się potykać o własne rzeczy, to schylą się, podniosą, zaniosą tam, gdzie tego miejsce. Popełniałam tym samym klasyczny błąd, ponieważ nie ma takiej siły, żeby, szczególnie u mężczyzn, wywołać taki odruch bez komunikacji werbalnej. Jak uczą mnie na studiach, cel musi być przede wszystkim znany, powiedziany. No ten nie był. I jak się okazało, moja misterna prowokacja uknuta w oparach nadziei, że klapy wskoczą, zdała się na nic.

Zwykle kończyło się tak, że wkurwiona do czerwoności, najpierw się zapluwałam, że ja nie jestem jakąś służącą i tym podobne, po czym sama musiałam móc myśleć, zbierać, dźwigać, upychać. I tak do zajechania podeszew.

Aż przyszedł pewien lutowy dzień. Zimno jak w Kielcach. Szczerze mówiąc, nie wiem jaka była wtedy tam pogoda, ale przyjmijmy, że też było zimno. Wysiadłam z autobusu linii 101 na przystanku właściwym memu miejscu zamieszkania. Przeszłam przez ulicę … może pojadę skrótem, bo inaczej godzinka jak nic. Zatem … po przejściu przez tę ulicę bach! wyrżnęłam i złamałam nogę.

I nie ważne co było dalej. Nie ważny ból, jęk, zimno w dupę. Nie istotne. Ważne jest to, że to był właśnie ten dzień, kiedy … przestałam musieć móc cokolwiek.

Nie mogłam sprzątać. Nie mogłam gotować. Nie mogłam iść po zakupy. Nie mogłam zajmować się dzieckiem. Nie mogłam, nie mogłam, nie mogłam. Na prawdę nie mogłam. Dobrze wiemy przecież obydwie, że „nie mogę” w języku matki teoretycznie nie funkcjonuje. Ale tym jednym razem, pierwszy raz od ośmiu lat, ja naprawdę, pod Bogiem, z ręką na sercu, nie mogłam.

I nie powiem Ci, żebyś i Ty sobie nogi łamała … chociaż … tu puszczam do Ciebie oko. Bo pomijając wszystko jest to jednak taki czas w życiu, gdzie podświadomie dziękuje się czemu lub komu trzeba za to, że nic więcej nie możesz. Ale za to wolno Ci się wyspać, wolno nadrobić zaległości w filmach, serialach, czasami kretyńskich albo oglądanych po raz pierdysetny, ale Ci wolno. Wolno również zmobilizować swoje ciało do czegoś, czego nie udało się robić ze sprawnymi kulasami. I aż dziw bierze, kiedy okazuje się, że z nogą w gipsie można dzień w dzień ćwiczyć brzuszki, wymachy i wykręty.

Ale zanim zaczniemy szukać najbardziej stromej górki na dzielni, po czym zaadoptujemy (pamiętaj kupowanie jest w złym tonie) psa żeby mieć za kim zbiegać z tej górki, żeby ta noga mogła się tak, o patrzcie państwo, podwinąć i co najmniej zwichnąć, można zrobić coś jeszcze.

Usiąść i porozmawiać. Ja nie zrobiłam tego nigdy. Wymiana naszych „a ty, a ty” następowała zawsze po fakcie. I byliśmy na siebie już tak wkurzeni, że wystarczyła iskra, a by poszło! wszystko z dymem. Osiem lat, tyle ile ma nasza Marta, czekałam na tę złamaną nogę. Osiem lat miałam nadzieję, że on się domyśli. A on osiem lat czekał, żebym mu to powiedziała wprost. I gdyby nie ta noga być może do dzisiaj on by nie wiedział, co to znaczy musieć myśleć o całym wielkim przedsięwzięciu logistycznym, jakim jest szeroko rozumiany dom. A ja pewnie bym się nie dowiedziała, jak wspaniale on stara się sobie z tym radzić.

A można po prostu, rozmawiać.  Jak córka z ojcem przy stole o alokacji środków finansowych. Bez nerwów, wkurwów, czerwienienia się, plucia, zawałów serca i rwania włosów z głowy. I nie chcieć się za wszelką cenę przekonywać. Na czas rozmowy schować do kieszeni to, że nasze musi być na wierzchu. Zapomnieć, że musi być wszystko po naszemu. Mówić, ale i słuchać. Prosić o pomoc i zaoferować wsparcie. Docenić, ale i wymagać szacunku. Najważniejsza w tym jest informacja. Przekaz. Czy zawsze będzie odbiór? Nie wiem. Ale zawsze warto mieć włączoną krótkofalówkę, żeby w wolnej chwili móc powiedzieć „over” i odpowiedzieć „roger”.

Bo czasem zdarza się, że jest już za późno. On odchodzi, bo żeby iść z nią do łóżka potrzebował jej ciepła, ona bo żeby wykrzesać z siebie ciepło, musiała iść z nim do łóżka. A powiedzieli to sobie w czasie sprawy rozwodowej.

Co nas czeka po zdjęciu gipsu? … Cholera, nie wiem. A może zbyt mocno się osadziłam w tym czekaniu aż on skanerem przeczyta moje myśli? Może przyzwyczajenie jest moją drugą naturą i jest już za późno?

A może zbyt dobrze mi jest teraz, żebym chciała wracać do tego co było? Wciąż przecież niewiele mogę.

Ale czy on ode mnie wie, że ja wciąż nie mogę??

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Ciekawe jet to dokąd same siebie kobiety zapędzamy 🙁 Odkryłam to już jakiś czas temu, ale stale nie wiem co z tym zrobić, bo rozmowa rozmową, a życie pędzi dalej…

    • Kilińska

      No właśnie Kinga. I dlatego to pytanie na końcu. Ale wiesz co? Najważniejsze, że to wiemy. Że jesteśmy tego świadome. Wyobraź sobie co by było, gdybyśmy kompletnie nie wiedziały, co sobie same robimy.

  • A ja dałam sobie na wstrzymanie i nic już nie muszę, choć nie złamałam nogi. I o ile mi lżej, wiem chyba tylko ja. 😉 Szybkiego powrotu do zdrowia i żeby było tylko lepiej 🙂

    • Kilińska

      Dziękuję Karolina. Jeszcze dwa tygodnie. Cudownie. Absolutnie piękny stan.

  • madulaa

    I można by napisac „nie ma tego zlego..”, ale bardzo nie lubię tego powiedzenia. Niestety czasami trudno jest tak po prostu wyrwać się z tej matni pretensjit, stanąć z boku i z o b a c z y ć co tak naprawdę się dzieje a potem porozmawiać. Najczęściej coś musi się wydarzyć, byśmy się otrząsnęli z codzienności i zaczęli od tego, co zawsze powinno być na początku- od szczerej rozmowy, w której nie tylko powiemy co czujemy, ale także cierpliwie wysłuchamy drugiej strony. Pozdrawiam! Magda z sasanki.wordpress.com

    • Kilińska

      Absolutnie. To właśnie mój przypadek. Huknęło, pieprznęło i się stało. Pozdrawiam również Magda 🙂

  • Mama Tosiaczka

    Ech u mnie zdarzają się podobne sytuacje. Nawet jak jestem chora to jestem ZDROWA.:-/ samo sie nie zrobi.Również zdarzały się spiny czasami o pierdoły.Jednak krzyki nic nie dają.Trzeba porozmawiać i wyjaśnić choć i tu nie zawsze dawało radę.Jednak jasny komunikat dawał radę 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
PRAWA KOBIET A POLSKA MAMA

Powoli już cichną odgłosy tego wszystkiego, co działo się z okazji i przy okazji Dnia Kobiet. Wyszłyśmy na ulice z...

Zamknij