PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA ?

Wczoraj ktoś przypomniał mi ten tekst. Pisałam go ponad rok temu i z całą odpowiedzialnością muszę stwierdzić, że dzisiaj w dalszym ciągu tak samo powiedziałabym mojej Marcie. Zaraz początek roku szkolnego. Może warto przyjrzeć się bliżej temu, czego dzisiaj uczą nasze córki w szkołach?

Czy umiesz gotować?

„gotujesz?”. „tak, wodę na herbatę”. That’s it. Przez żołądek do serca? Aha, już lecę. Gdybym dzisiaj była w wieku łowczym, czyli w poszukiwaniu stałego związku z perspektywą na rodzinę, przyszłemu dawcy komórek do rozrodu nie ugotowałabym … nic!! Herbata i kawa to byłby maks, co wyszłoby z mojej kuchni. Niestety, z takim założeniem musiałabym szukać wśród przedszkolaków, których umysły nie są jeszcze skażone stereotypem, że do serca mężczyzny kobieta trafi przez jego trzewia!

Od kiedy pamiętam punkt pierwszy na liście „czym zachwycić mojego przyszłego?” to było „muszę mu ugotować coś pysznego”. No bo przecież musi wiedzieć, że umiem świetnie gotować, bo tak właśnie będzie wyglądało jego życie u mego boku: będę mu gotować, sprzątać domek nasz piękny i wychowywać dzieci.

Księżniczka na garach

No i się w końcu mnie trafiło. Piorun. Błyskawica. To TEN! Jedyny, najcudniejszy. Będzie mój. Musi być mój, bo ja już jestem jego. Od pierwszego spojrzenia. On mnie nie widział, ale ja go tak. Jak będzie wyglądać jego pierwsza wizyta w moim panieńskim mieszkanku: wysprzątane tak, że lśni nawet ściera na kuchence. Pachnie świeżością. Świeże kwiaty w wazonie mimo, że listopad. A w garnkach przepyszne cośtam, gotowe do konsumpcji. Lodówka oczywiście pełna, bo przecież „gospodarna” jestem. A to ważne. No jak nie?

Chodzi o to, że wyszłam z założenia, że on może mnie nie chcieć jeśli nie będę mu gotować, a w mieszkaniu nie będzie lśnić.

Ale … jeszcze zanim. Jakiś tydzień przed planowaną wizytą, zapraszam do siebie moją znajomą coby – uwaga! – OCENIŁA dania, które mam zamiar przygotować przyszłemu. Lampka miga. Przystawka, drugie i deser. Do tego wino. Po zjedzeniu usłyszałam „no, to masz załatwione”. Taż sama znajoma, lata później, kiedy ja już piłam piwo, którego sobie naważyłam przez ten czas i już ciut mi się uszami wylewało, bo „że jak to się dzieje, że ten mój wciąż narzeka, bo ja mu niby nie gotuję, nie podaję i w ogóle tak jakby był ze mną tylko dla moich garów, a przecież jest zawsze ugotowane, bo przecież dla dziecka i siebie robię codziennie obiad dwudaniowy” … i ta owa koleżanka mówi mi tak „bo to nie jest dla niego”. Wyobraź sobie w tym miejscu pierdylion wykrzykników i znaków zapytania. Dziewczyna w moim wieku. Ambitna, pracująca, obyta, wykształcona, matka syna …„bo to nie jest dla niego”??? A dla kogo?? Co to oni muszą „chateaubriand w sosie truflowym”? Czy podane w fartuszku w pozycji lekko przychylnej? Indyk z ziemniakami, marchewką i rosołek w ząbki kole??? Trafiło mnie coś wtedy. Patrzyłam na nią i w duszy ryczałam. Wrzeszczałam do niej „dziewczyno!! wypieprzaj ze swojego związku. zamknij za sobą drzwi i nie wracaj”. Ale siedziałam cicho. Że mnie tak zatkało chyba. A powinnam się odezwać. Powinnam jej to wykrzyczeć,wyrzygać jej to powinnam. Może nie stało by się to, co się stało … Co? To już zupełnie inna historia.

Nasz pierwszy raz

Ale nic. Do brzegu z historią. W końcu ten przyszły MÓJ przyjeżdża. Rozanielona podaję mu te wszystkie frykasy. Zjadł, pochwalił. Ja już wybieram sukienkę ślubną. Rano przepysznie wymyślne śniadanie. Jestem pewna, że jak zje, to ja już mogę rezerwować miejsce w przedszkolu dla naszych berbeci. I taka właśnie sielanka trwa jakiś czas. Jako, że związek jest na odległość, niewielką, ale nie mieszkamy razem, do każdej randki mogę się wcześniej przygotować. Zwykle przyjeżdżał w piątki wieczorem. A ja już od środy miałam sraczkę. Sprzątanie, zakupy, co ugotować. Przecież zostanie do niedzieli, więc wypadają co najmniej dwa obiady, śniadanka i kolacja. Mieszkanie znowu musi lśnić i pachnieć. „o matko, matko, jak ja to wszystko ogarnę??”

Pamiętam, kiedy pewnego razu, a miał już klucze, dzwoni do mnie i taką niespodziankę mi niby robi, że „właśnie wychodzi z pracy i mknie ku mnie, bo tak kocha”. „super, super. to będę wieczorem” – odpowiadam i przed oczami staje mi burdel w łazience, bo jakieś trzy prania temu miałam włączyć pralkę i nie włączyłam. A tam gacie, staniki i taki ogólnie lekki nieporząd. „ja pieprzę … to on mnie rzuci jak to zobaczy”. Co robię??? (wybacz mi mamo, błagam). Dzwonię do mojej mamy i proszę ją, żeby w te pędy grzała do mnie, na drugi koniec miasta i ogarniała ten bajzel. I ta moja biedna mama narzuca paltocik, wsuwa buciki i w godzinę jest u mnie. Upycha do pralki, szaf, gdzie się da. Ogarnia resztę i ucieka. Jestem uratowana. Nasze dzieci idą już do szkoły. Dzisiaj … kiedy to piszę nie wiem czy się śmiać, czy płakać. Żal mi siebie tak bardzo, że chyba się przytulę.

Ale ja lubię gotować przecież

I nie o to chodzi, że wywiesiłam transparent z hasłami równouprawnienia. Nie. Tak jak już mówiłam, uwielbiam gotować, mogę sprzątać choć nie mam pojęcia skąd się bierze kurz i dlaczego codziennie, mimo sprzątania, jest go tyle samo co poprzedniego dnia. I w związku z tym mam permanentny wkurw na ten kurz. I ogromną frajdę sprawia mi gotowanie z myślą o tym, że sobie razem wszyscy, dzisiaj we trójkę, zjemy. Z tym, że jest duża różnica pomiędzy odczuwaniem przyjemności a przymusem. Obowiązkiem. Poczuciem wyższej konieczności. Chodzi o to, że wyszłam z założenia, że on może mnie NIE chcieć jeśli NIE będę mu gotować, a w mieszkaniu NIE będzie lśnić. Że uknułam kompletnie nieprawdziwy obraz tego, w jakim ja świecie żyję. Bo nie codziennie było u mnie lśniąco i pachnąco. Nie codziennie j co jeść. Jadłam w mieście. Albo wcale. W lodówce miewałam butelkę wody, wina i zjełczałe masło. I dało się tak żyć. Dla niego natomiast stworzyłam złudzenie wszechpanującej gospodarności, której jestem absolutnym mistrzem. I jedynym wykonawcą. Wkroczył w świat, w którym ja brałam na siebie pełną odpowiedzialność za porządek, zaopatrzenie i dogadzanie mężczyźnie. Podkreślam: on się o to nie prosił. Nic nie sugerował. Nie przebąkiwał zanim przyjechał, że lubi jak kobieta taka „ustawna” jest. To ja. Ja, ja i ja.

Przez żołądek do serca

Miałam tak głęboko wpojone to cholerne „przez żołądek do serca” z całą towarzyszącą temu filozofią, że zmyśliłam siebie jako mega zaradną i ogarniętą. A byłam zupełnie inna. Smacznie wychodziły mi jakieś trzy może cztery dania. Dobrą kawę też robiłam. Ale nie znosiłam sprzątać. Nie potrafiłam utrzymać porządku dłużej niż dwie godziny. W szafach masakra. Ciuchy poupychane. Prania ze sznurów nie ma gdzie składać, bo bałagan w szafach. Leżą i piętrzą się na krzesłach i fotelach. Chomikuję, więc na regałach zalegają rzeczy sprzed stu lat. W piwnicy jakieś starożytne pudła z czasów nastoletnich. Jedna wielka masakra. Taka byłam. Uwielbiałam porządek, ale nie potrafiłam nad nim zapanować. Ba, do dzisiaj mi to zostało. I po co?? Powiedz mi, po co?

Czy gdybym faktycznie umiała ugotować wyłącznie wodę na herbatę, miała w domu jako taki porządek z przewagą nieładu, od czasu do czasu fruwające koty z kurzem, pokochałby mnie mniej?? Nie zostałby ze mną?? Wszedłby i wyszedłby? Rzuciłby mnie, bo nie zauważyłam zakurzonej szafki?? Tak, ja tak właśnie myślałam. Taką siebie wtedy widziałam. Zobowiązaną do przestrzegania kodeksu dziewczyny, narzeczonej, a potem w końcu żony. Smutne to jest. I dziwne jednocześnie, bo z mojego domu nie pamiętam aż tak wielkiej fiksacji mojej mamy.

W domu rodzinnym

Oboje pracowali. Mama wychodziła do pracy wcześnie rano. To tata przez kilkanaście lat dzień w dzień budził siostrę i mnie, szykował do przedszkola, szkoły, robił pierwsze i drugie śniadanie. Pamiętam tylko, że mama siaty dźwigała. Ale tłumaczyła, że na bazarku. koło jej pracy, to lepiej i taniej jest. Za komuny to był argument. Ale tak na co dzień? Tata sprzątał, prasował. Czasami nawet robił obiad. To on robił najlepsze schabowe na świecie. Także to nie z domu wyniosłam. Skąd zatem? Przede wszystkim z miłości. Tak strasznie byłam w nim rozkochana, że flaki bym se wypruła na rynku, gdyby mnie o to poprosił. I z tej miłości nieba mu chciałam uchylić. A, że byłam zaszczepiona propagandą gospodyni domowej, to tym niebem była kuchnia i ściera do podłogi. Nie, żeby urok mój osobisty nie zadziałał. Ale tak mało w niego wierzyłam, w ten urok, że do tych garów nawrzucałam. Z drugiej strony z rozpaczy. I przerażenia. Że zostanę sama. Że mnie nikt nie zechce. Że mam trzydzieści trzy lata, jestem po rozwodzie, zegar biologiczny nie tyle tyka ile wali. Że skoro nie miałam do tej pory szczęścia do partnerów, to widocznie coś jest ze mną nie halo. Więc muszę się zmienić. Muszę się przestawić. Ale nie. Zaraz. Pamiętam, jak zamieszkałam z moim pierwszym facetem. Miałam dwadzieścia cztery, pięć lat. I też przy garach stałam. W takim ohydnym fartuchu kuchennym. O Jezu, o Jezu, o Jezu …

Wychowanie w tradycji i oparach kuchni

To może jednak gdzieś to latami się odkładało? Może nie tyle nie musiałam tego wyssać z mlekiem matki, ile byłam indoktrynowana przez system? Serio mówię. W szkole podstawowej na Zetpetach uczyli nas, dziewczynki, piec ciasta na przykład; cerować; szyć zasłony, ścierki, rękawice kuchenne, albo jak utrzymać porządek w domu – tu chyba byłam chora. A dlaczego nie jak naprawić silnik samochodowy albo przykręcić zwisające gniazdko elektryczne. Z perspektywy uważam, że opanowanie tych umiejętności o wiele bardziej by mi się przydało niż jak skroić sobie ściereczkę, którą i tak kupię za cztery zeta pod halą u ruskich. Wiem, że takie czasy były. Ale też bez sensu żebym miała dzisiaj pretensję do Gierka.

Wabię mózgiem nie patelnią

A może nie ma na to odpowiedzi? Może po prostu tak się stało. Okoliczności te i inne sprawiły, że taką sobą byłam wtedy dla siebie. Co zrobiłabym dzisiaj na moim miejscu wtedy?? „herbatkę kochanie ci zrobiłam. kawkę mogę zaparzyć, jeśli życzysz. a na obiadek wyskoczymy do miasta. jutro możemy iść na zakupy i zrobić razem jakąś przekąskę albo kolacyjkę z winkiem. co ty na to?” I nie dlatego, żeby pokazać jaka ja jestem wyemancypowana. Skąd. W dupie mam emancypację. Po to, żeby mój najbardziej atrakcyjny wabik – mózg – mógł błysnąć. A ja, żebym nigdy więcej nie oceniała siebie przez pryzmat zawartości własnych garów i stopnia wypolerowania listew przypodłogowych. I żeby mój mężczyzna, poza którym nie widziałam świat wtedy i nie widzę go do dzisiaj (ale nie mów tego nikomu) mógł pokazać, jak wielbi mnie pasjami gdy poruszam moim intelektem, dodaję szczyptę seksapilu i pachnę tajemniczością. A nie smażoną rybą na oleju słonecznikowym.

Z radości, nie z przymusu

Gotujmy, bo potrafimy to robić albo zwyczajnie nas to kręci; bo kochamy dobrze zjeść, uwielbiamy kiedy możemy całą rodziną cieszyć się z pysznego czegokolwiek; bo wspólne pichcenie w kuchni to przepiękne momenty, żeby rozbudzić inne namiętności; bo zwyczajnie sprawia to nam i naszym dzieciom kolosalną frajdę. Ale nigdy nie stawajmy do garów po to, żeby przekonać SIEBIE i INNYCH ile jesteśmy warte. Poza tym nie odbierajmy mężczyznom co męskie: wszak to o nich mówią, że są najlepszymi kucharzami na świecie! Pozwólmy naszym herosom się wykazać. Nie róbmy z nich ułomów nie potrafiących odróżnić lodówki od piekarnika. Oni bardzo chętnie zabłysną zarówno, jako zbawiciele świata jak i kucharze we własnej kuchni. Uwierz mi. Tylko im na to pozwólmy.

Co ma z tego moja córka?

I kiedy moja córka spyta „mamusiu, czy to prawda, że przez żołądek do serca?” powiem jej „nie córeczko. to nie jest prawda. to zupełnie w drugim kierunku się dzieje”. I aż mnie ciska, kiedy czytam, że są matki, które zamierzają przekonywać swoje córki, albo już je przekonały, że trzeba inaczej. Na przykład pani Ohme, psycholog. A piszę o tym tutaj.

Tymczasem lecę bo mi się ziemniaki przypalajo, a jak to mówią: „niunie czekajo” – wiem, że to bez sensu, ale im bardziej jest bez sensu, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że wirtuozeria przy garnkach jest umiejętnością tak zbędną, jak zdolność łączenia ze sobą skrajnie bezsensownych myśli, które nawet przy próbie wytłumaczenia dlaczego są bez sensu, w dalszym ciągu pozostają pozbawione nawet odrobiny znaczenia.

I tego się będę trzymać, a Ty?

Zapisz

Zapisz

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Ann

    Uśmiałam się 🙂 Biedna mama 😉

  • U nas wszystkim się dzielimy – czasami mam dzień gdzie kocham, gotować, a innego tego nienawidzę 🙂 Zalezy od humoru i samopoczucia. Z porządkiem mam dokładnie to samo – uwielbiam jak jest porządek, ale bałaganiara jestem i nie umiem nad tym zapanować.

    • @pokularna:disqus cudnie, że tak macie i się tym cieszycie! A takie właśnie, mam wrażenie, kochamy siebie najbardziej, co? Ściskam mocno

  • Haha biedna mama! Ale jak się poświeciła! Ale powiem Ci, że odważna byłaś 😉 Do mojej bym się nie ośmieliła zadzwonić, żeby mi mieszkanie sprzątała nawet w awaryjnej sytuacji z facetem 😉 A co do jedzenia to gotować bardzo lubię, więc nie mam z tym problemu. Co jakiś czas mąż też coś upichci, ale jak on się dorwie to wtedy tylko i wyłącznie jakieś szałowe dania. Jak to mężczyzna w kuchni- nie zna półśrodków. Albo szał w stylu Pascala albo nic 😉

  • Mi jako singielce brakuje tego, by ugotować mojemu Ukochanemu… a jak byłam w związku to zawsze to robiłam, nie dlatego, że tak trzeba, ale dlatego, że to lubię i nie wymaga to ode mnie absolutnie żadnego wysiłku. Gotuję dobrze i szybko 😉
    Ale miło było czasem dostać śniadanie do łózka, czy obiad (nawet jak nie smakował najlepiej), ważne, że był od serca.

    • Kilińska

      i nie można sobie wymarzyć lepszego połączenia: od serca, ponieważ to lubisz i jeszcze nie sprawia Ci to żadnego kłopotu. a byłam u Ciebie http://www.klinikazdrowegojedzenia.pl i widzę, że to wszystko jest jeszcze przepyszne:)) idealne połączenie

  • Popadanie w taka manię to dziwna sprawa. Niby wiemy, niby rozumiemy, ale i tak zrobimy inaczej, bo „a nuż…” Też tak robiłam. Tez chciałam być panią” mniam mniam” czy „błysk błysk” i szybko przestałam. Im bardziej się staram a ślubnemu nie smakuje, tym większego łapię doła – głupota! Dobrze taką lekcję odebrać, lepiej późno niż wcale. A jak córka zapyta, czy to prawda, że przez żołądek do serca, to powiem, że tak! Ale tylko przez własny żołądek do własnego serca, bo jedzenie ma przynosić też radość!

    • Kilińska

      cudownie z własnym żołądkiem. pięknie:)) no właśnie, jemu nie smakuje, a my mamy dół. nie smakuje, no nie skoczę z radości, ale nie wpłynie to na moje samopoczucie. zaproponuję wspólne gotowanie, niech powie co lubi, nie wiem, spytam co by zmienił. bo przecież chcę żeby mu smakowało. ale nie robi mi to wyniku w mojej samoocenie:)) ściskam

  • U mnie nie ma podziałów, że ja mam gotować, bo jestem kobietą 🙂 Mąż wspaniale gotuje ja też nie najgorzej 🙂

    • Kilińska

      ostatnie Twoje zdania Natalia wymiata ” Mąż wspaniale gotuje ja też nie najgorzej”. uwielbiam

  • Jak dla mnie szokiem jest, że popadłaś w taką manie na samym początku. Ja nadal czuję odpowiedzialność, żeby swojemu chłopakowi ugotować i posprzątać, ale nie przesadzajmy. Jeśli ma być ze mną do końca życia, to musi znać mnie również z najgorszej strony i to akceptować

    • Kilińska

      mania- to chyba najlepsze określenie. tak, mania. zgadzam się. i teraz to mi się nie mieści w głowe. wtedy, wszystko grało i tak należało. ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale.:))

  • 🙂 🙂 🙂 🙂 🙂 jeszcze sie cieszę do siebie jak to piszę XD jesteś niezawodna XD wiesz co? jak przeczytałam Twój wpis to chyba juz też absolutnie chcę „przytulić sama siebie” 🙂 taaaa ja też kiedyś chciałam być „tu i tam” idealna. Dalej staram sie ale inaczej. Tak, żebym i ja to lubiła i żebym była idealna w moim hobby, a nie w tym czego nienawidzę ( mam wieczny cudowny nieład w domu i sterty książek i papierów, z kórych zaraz skorzystam). A co do moich kulinarnych starań z przeszłości… Ugotowałam kiedyś taki tam wyszukany obiad (no chciałam zaimponować) Powiedział wtedy: „ja nie jestem grymaśny, wszystko zjem! ” No to teraz kulinarnie bardziej staram sie dla mojej weganki XD Ściskam Cię!!! Basia

    • Kilińska

      Baśka no… pasjami po prostu, pasjami… o mmmatko…”nie jestem grymaśny, wszystko zjem” ja wiem, ale się popłakałam i nie mogę przestać się śmiać. nie znienawidź mnie. ale poczekaj, dla równowagi…moje dziecko kiedyś, na pytanie „co byś zjadła na obiadek kochanie” powiedziało „coś pysznego”. no więc ja, z garścią konkretów, rzuciłam się w wir. i wysmyczyłam jej jakąś taką zupę ni to pomidorową, bo wiem że uwielbia, ale jeszcze tam mus z pieczonej papryki dodałam, podrasowałam trochę sezamem zmielonym, dodałam cieciorki jako pływające groszki. no niebo w gębie. podaję to jej cała w pąsach, ona próbuje, patrzy na mnie, uśmiecha się i mówi „wiesz co mamusiu, chyba nie do końca tak samo rozumiemy „coś pysznego””……………. od tamtej pory pomidorowa to pomidory, wywar, makaron albo ryż i coś do zabielenia. to jest maks.:)))))))))))) you’ve made my day:))))))))))))))

      • Dzieci… inne znaczenie słowa mają XD XD XD. Mój syn co to już stary koń kiedyś matce swej kieckę doradzał (w kwiatki była cholerna). Spojrzał i : „mamuś ta sukienka to dla ciebie za młoda”. Ściskam wieczornie!!!

        • Kilińska

          szał :)))

Przeczytaj poprzedni wpis:
MODNA MAMA

Pamiętam, jak kiedyś, już zapomniałam przy jakiej okazji, dwóch gości porównuje dwa obrazki, scenki z życia. Na zasadzie skojarzeń. Pierwszy...

Zamknij