NAJLEPSZY PREZENT DLA RODZICÓW

Idziemy w gości. Urodził się maluszek. Cudowne, pachnące bobo. Pierwsza myśl „co mu kupić?”. Lecę do najbliższej galerii. Rzucam się w półki pełne bladobłękitnych rampersów, kaftaników i śliniaczków. Kupuję komplet śpioszków i zabawnego misia. Wydaję jakieś pierdyset, bo nie wypada kupić za dwie dychy przecież. Do tego koniecznie chłopięca torebusia i już jesteśmy gotowi. Jeszcze dla mamy jakąś tradycyjną wiązankę, dla ojca wino w granicach trzydziestu złotych, bo przecież okazja. Prezent dla dziecka jest, prezent dla rodziców też. No, to jesteśmy gotowi. Tylko czy my na pewno wiemy, czego ci rodzice potrzebują najbardziej?

Po necie krąży wyznanie Chrissy Teigen o jej depresji poporodowej. I kiedy to czytam, przypominają mi się własne początki. Nie była to wprawdzie depresja, ale z pewnością nie był to stan normalny. Byłam tak śmiertelnie przerażona tym, co jeszcze przede mną, że odbierało mi to czasem zdolność podjęcia najprostszych decyzji typu czy mam umyć włosy, czy ich nie myć. Wszystko, co proste było trudne. Wszystko, co trudne stawało się niewykonalne.

Sama ze sobą

Dzisiaj słuchałam wywiadu z panią psycholog właśnie w kontekście Teigen. Mówiła o przyczynach, przebiegu i następstwach depresji poporodowej. Usłyszałam jedno takie zdanie, że

Najgorsze dla matki, która przeżywa jakiekolwiek rozterki związane z macierzyństwem jest to, że nie ma komu o nich powiedzieć.

Bo albo presja szaleństwa na punkcie nowego członka rodziny jest tak wielka, że matka boi się przyznać, że tego samego nie czuje. Że nie cieszy się, nie skacze pod niebo, a już przenigdy nie powie głośno, a co się zdarza, że nie kocha. Albo też nie ma wokół niej kogoś, kto zapytałby ją jak ona się czuje, bo wszyscy cipieją na widok berbecia nie zauważając nawet, że przy nim jest jeszcze i matka.

Rada cenniejsza niż złoto?

Albo też doskonale wie, że zaraz po tym jak powie, że coś jest nie tak, rzuci się na nią stado „życzliwych” i każdy będzie mieć dla niej jakąś złotą myśl, radę, przestrogę, ocenę. Pies z kulawą nogą natomiast nie siądzie i nie wysłucha. A tego każda matka potrzebuje najbardziej. Przy wodospadach rozkoszy, jaka zalewa młodą matkę z zewnątrz, ona potrzebuje czasem powiedzieć po prostu „a ja tak nie mam. mnie jest źle. nie wiem, co mam robić. nie rozumiem mojego dziecka. nie radzę sobie. chciałabym, ale nie umiem. mam dosyć. nie wytrzymam dłużej. czuję, że sama nie udźwignę tego”. I nie powie tego dlatego, że chce porady co zrobić, żeby tak nie było. A już w dupie kompletnie ma powiedzenie „wszystko będzie dobrze”. Nie! Nie będzie. Matka, która walczy ze sobą tuż po porodzie, nie dopuszcza do siebie takich argumentów. Są kompletnie bezużytecznie.

Zanim coś powiesz

Nie bez powodu psychoterapeuci rzadko udzielają rad wprost, a naprowadzają na rozwiązania. Pacjent ma sam dojść do wniosków, które podsuną to, co ma robić z tym dalej. Złota zasada milczenia jest również najbardziej cenna w przypadku mam cierpiących na depresję lub czują się bardzo źle w nowej roli. Właśnie brak kogoś, kto często tylko wysłucha, odczuwają najbardziej. Zanim więc cokolwiek powiemy, najpierw zacznijmy słuchać. Nawet jeśli mamy dobre serce i bardzo chcemy pomóc. Najpierw słuchajmy. Bądźmy tymi, które zaoferują swoją obecność i intymność. Albo zróbmy coś, co młodej mamie potrzebne jest tak samo, jak to żeby ją wysłuchać: wejdźmy w jej buty. Wyobraźmy sobie, czego my potrzebowałybyśmy na kilka dni, tygodni po porodzie … ja marzyłam o dobrym jedzeniu. O pysznym śniadaniu, obiedzie, kolacji, które musiałabym tylko wyjąć z lodówki i zjeść. O koszu owoców i warzyw, które będę mogła podgryzać w przerwach między posiłkami. O wyprasowanych ciuchach na zmianę tych utytłanych mlekiem z piersi tiszertów. O pięknie pachnących szamponach do włosów i wymytych przez kogoś włosach.

Bądźmy czujni, depresja nie śpi

Pół roku. Sześć miesięcy po urodzeniu Marty stanęłam przed Maćkiem i powiedziałam „posłuchaj, muszę ci coś powiedzieć: przez ostatnie sześć miesięcy płakałam więcej niż w całym moim życiu. chcę żebyś o tym wiedział. porozmawiaj ze mną”. Kosztowało mnie to masę wysiłku emocjonalnego. Ale … zrobiło mi się lżej. Wyrzuciłam z siebie to, co gdzieś głęboko zalegało w mojej głowie, sercu i żołądku. I już nie ja musiałam myśleć o tym, żeby coś z tym zrobić. Już nie tylko ja czułam, że dalej nie jestem w stanie. Przerzuciłam część tego, co złe na niego. Myślałam „on już wie”. A to bardzo ważne w całej tej walce emocji. Ważne jest, żeby ktoś jeszcze wiedział. Ale nie zawsze jest tak, że mama podejdzie i powie sama. Dlatego trzeba być czujnym. Nie wyczekiwać aż rodzice sami przyjdą i powiedzą. Tak, rodzice. Bo o ile więcej takich historii słyszy się o matkach, ojcowie też nie pozostają z tyłu. Pamiętam, jak kiedyś znajomy ojciec małego szkraba zagadnął mnie, z Martą przy piersi, czy ja się pytałam mojego Maćka, jak on się w tym czuje? Jaka to dla niego jest zmiana? Co on czuje, kiedy ja praktycznie go nie zauważam, a ważna jest dla mnie tylko Marta? Ja się żachnęłam, rzecz jasna na początku, że „no ale jak to, przecież sobie jeździ do pracy, wychodzi z domu, śpi ile chce, nie budzę go, to jak się ma czuć?”. I wtedy zrozumiałam, że kompletnie nie o tym mowa. Co więcej, że siedzi przede mną właśnie facet, który czuje się dokładnie tak, jak sam mówi. I nie interesuje go, jak się czuje z tym mój Maciek, ale właśnie prosi mnie o pomoc.

Warto zatem ustawić radary na bardzo wysoką częstotliwość. Tak, żeby wychwytywały każde, nawet najmniejsze sygnały, że coś jest nie tak. A i sami powinniśmy po prostu pytać. Po prostu.

Prezent dla rodziców

Wakacje zeszłego roku. Jedziemy z Martą nad morze do domku naszych przyjaciół. My, oni i ich półroczny synek. Maluch do zjedzenia. Karmili butelką. Szósta rano. Wstaję. Wchodzę na górę. Cichutko pukam do ich pokoju. Malec już obudzony. Oni półprzytomni. Biorę malca na ręce i schodzę na dół. Tulimy się, chichramy, bawimy, jemy sobie śniadanko. Razem. Po dwóch godzinach malec usypia. Budzi się po kolejnych dwóch. W między czasie wstają rodzice i moja Marta. Wszyscy wyspani i szczęśliwi. Podziękowaniom nie ma końca. A ja mówię im jedno „nie ma za co. wiem, jak to jest”. I to najpiękniejsze, co mogłam im dać. Nie kolejną zabawkę, nie kolejny ciuszek, ale czas. Czas dla nich. Bez dziecka.

Bo jakkolwiek każda mama i każdy tata kocha swoje dziecko i chce z nimi spędzać każdą sekundę, paradoksalnie najbardziej, w tych pierwszych miesiącach potrzebuje czasu bez niego. Nie dni, tygodni, miesięcy. Ale godzin i minut. Na nie przerwany niczym sen, na kąpiel w zamkniętej łazience. Na poczytanie gazety, w zrywach intelektualnych książki.

Zanim więc kupimy następne ciuszki za milion, zamówimy personalizowany wystrój wnętrza pokoju dziecka za kolejne pięćset, wydamy tysiące na gadżety nikomu do niczego nie potrzebne, zatroszczmy się o to, co najprostsze.

A na nasze rady, mówienie, że „wszystko będzie dobrze” przyjdzie czas. Na razie to oni, młodzi rodzice mówią, a my milczymy i robimy. Bez pytania o powody, bez pozwolenia na pukanie do drzwi.

Jesteśmy po to, żeby im było lżej. Powiedzmy im to przy pierwszej okazji.


Jeśli Twoim zdaniem ten tekst może komuś pomóc, udostępnij go proszę. Dziękuję!

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Tego jeszcze nie było- spójrz na tytuł mojego dzisiejszego najnowszego porannego posta,ALE SIĘ ZGRAŁYŚMY 😉

    • normalnie fluidy jakoweś no:)) buziaki ogromne dla Ciebie… i niech sobie te gile do kieszeni wsadzą…<3

  • Super dzieciaczki

    Bardzo, bardzo mądry tekst. Mam nadzieję, że pomoże jakiejś mamie 🙂

    • Dziękuję Ci. Z taką właśnie nadzieją go pisałam. Przez ten dzisiejszy pęd, pośpiech, presję, konsumpcyjnym trybie życia, tak często zapominamy to tym, co jest najbardziej cenne i potrzebne.

Przeczytaj poprzedni wpis:
POŁAMANIA NÓG

Czyli kiedy marzenia się spełniają. Od dłuższego czasu miałam gdzieś pod skórą takie głębokie przekonanie, że muszę wyjechać, bo inaczej...

Zamknij