POLSKA MAMA, A PODKŁADY KOLEJOWE

Pamiętacie dowcipy z serii „polak, rusek i niemiec…”. Ta historia również jest o różnicach kulturowych, ale wewnątrz populacji matek. A wśród nich nasza polska mama.  I nie po to, żeby ją oceniać. Nie po to, żeby na nią narzekać. Ale po to, żeby pokazać, jak jest. I z czym musi się mierzyć na co dzień. Tym bardziej, że czasami nawet nie ma pojęcia o tym, że za tym, jaką jest mamą stoi nie ona, a stereotypy, nawyki czy złe wzorce, które chłonie zupełnie nieświadomie.

Na szczyt i z powrotem

Pewien Profesor psychologii pojawił się na cyklicznym zjeździe naukowców w Austrii. I tam, w czasie wolnym, wybrał się nad jezioro, nad którym położony był ośrodek, w którym owy zjazd się odbywał. Usiadł na ławce. Po chwili dostrzegł, na innej ławce, kobietę z książką w ręku i bawiące się obok niej dziecko, tak na oko 3-4 letnie. Z krótkiego podsłuchu wysnuł wniosek, że to mama i jej syn i , że to Amerykanie.
Tuż obok miejsca, w którym dziecko się bawiło, leżał stos podkładów kolejowych. Po krótkim czasie, owo dziecko zaczęło wdrapywać się na ten właśnie stos. Matka nie reagowała, a tylko raz po raz spoglądała na berbecia. Dziecko w końcu, po nie lada wysiłku, dotarło na szczyt. Mama spojrzała ponownie i wróciła do czytania. Wtedy dziecko zorientowało się, że teraz to chyba trzeba zejść. I zaczęło marudzić, a nawet płakać. Mama oderwała wzrok od książki i zaczęła namawiać malca na samodzielne zejście. Mówiła „jeśli udało Ci się wejść, to uda Ci się zejść. jedną nóżkę połóż o tak, a teraz drugą. pięknie!!”. Malec, popłakując sobie od czasu do czasu, w końcu zszedł sam. Wtedy dopiero mama odłożyła książkę, wstała i zaczęła biec w stronę Maluszka, który przeszczęśliwy biegł do niej z rozłożonymi rączkami. Wtedy ona, z równie szeroko rozłożonymi ramionami i ogromnym entuzjazmem wykrzyknęła „you did it!!!” czyli „zrobiłeś to!!!”.

Własne podwórko

Ów Pan Profesor, poczynił następnie wysiłek i skonfrontował to z polskimi matkami. Co mu wyszło? Ano to, że:

  • po pierwsze, polska mama nie nigdy nie będzie bawić się z dzieckiem nad jeziorem przy stosie podkładów kolejowych;
  • po drugie, polska matka nie czyta w tym samym czasie, kiedy jej dziecko chodzi po drabinkach, drzewach czy tym podobnych; polska matka nie spuszcza dziecka z oczu;
  • po trzecie, polska mama nie pozwoli dziecku wejść na stos podkładów kolejowych;
  • po czwarte, polska mama w chwili, kiedy dziecko woła o pomoc przy schodzeniu, natychmiast się podrywa i biegnie co sił, żeby dziecko zdjąć;
  • po piąte, zanim dziecko wejdzie gdziekolwiek, polska matka użyje dwóch magicznych i nieśmiertelnych argumentów: „zrobisz sobie krzywdę” i „pobrudzisz się”;
  • po szóste, załóżmy, że polska mama zachowała się tak samo jak amerykańska i po wszystkim dziecko biegnie do niej pełne dumy i radości z własnego osiągnięcia. Polska matka w 99 przypadkach na sto powie „udało ci się” zamiast „zrobiłeś to”, co wg Profesora jest najbardziej bezosobową formą podkreślania czyichś zasług i kompletnie nic nie znaczy.

Mamy to w genach?

Ciekawa jestem na ile takie zachowania wynikają nie tyle własnych przekonań polskiej mamy, a z tego do jakiego obrazu matki i dziecka została przyzwyczajona? Co zostało jej wpojone na przestrzeni ostatnich stuleci? I z drugiej strony, czego nigdy jej nie powiedziano? O czym nie wie, że można inaczej? Czy kiedykolwiek usłyszała, że nie potrzebuje dwunastu, trzynastu lat żeby zacząć traktować swoje dziecko jak kompetentnego człowieka? Że jej czterolatek równie dobrze może sam ubrać kurteczkę, spodenki i zapiąć buciki jak dziewięciolatek? Że tak małe dziecko równie dobrze może podejmować samo decyzje i ponosić ich konsekwencje? Bo w ten sposób właśnie uczy się odpowiedzialności, a nie kiedy polska mama powie mu „tak dla ciebie będzie lepiej”.

Skąd się bierze statystyczna polska mama?

Czy polska mama jest taka sama z siebie, czy po prostu matki zawsze takie były, a teraz jej kolej? Czy jej dzień powszedni to egzystencja wśród tego, co zastała w chwili, kiedy została mamą? Czy godzi się na to, bo tak woli, czy wie, że coś jest nie tak, ale boi się wychodzić przez szereg?

Czy statystyczna polska mama rozumie różnicę między „zrobiłaś to”, a „udało ci się”? Czy wie jak działa „zrobisz sobie krzywdę” i „pobrudzisz się” na jej dziecko? Czy wie dlaczego nie siedzi na ławce i nie czyta książki, a leci z zakasaną kiecą na pomoc dziecku przy każdym pisku? Czy poszłaby z dzieckiem nad jezioro, czy zanim wybierze się z dzieckiem na plac zabaw, ściąga z sieci certyfikaty bezpieczeństwa dla dziesięciu placów zabaw w okolicy i wybiera ten, gdzie najwięcej jest pieczątek „full security guaranteed”? Czy zanim wyjdzie z dzieckiem na pół godzinki spaceru spakuje plecak, a w nim w pierdy rzeczy „na wszelki wypadek”, a nie po prostu ubierze siebie, dzieciaka, weźmie psa, telefon, butelkę wody plus paczkę chusteczek?

Czy statystyczna polska mama potrafi powiedzieć, dlaczego jej dziecko nie miałoby wejść na stos podkładów kolejowych? Czy wie dlaczego ona zawsze najpierw zobaczy „krew, krew, flaki i śmierć”, a nie dziecko bawiące się na stosie drewnianych belek? ? Gdzie leży jej granica pomiędzy zdrowym rozsądkiem, a paniką?

I pytanie najważniejsze: czy ona wie jakie to ma konsekwencje dla jej dziecka? Bo, między prawdą a niebem, to, co ona czuje, to sprawa w tym drugorzędna. Kluczowe jest to, czy ona zdaje sobie sprawę, jak to wpływa na dziecko? Czy dodaje mu tym pewności siebie czy odbiera dziecku wiarę we własne możliwości? Czy okazuje mu zaufanie? Czy dostrzega dziecko jako człowieka, a nie to czy ono się pobrudzi czy nabije sobie siniaka? Czy wie, że słaba wiara w siebie i niskie poczucie własnej wartości lub wysoka, ale krucha samoocena u osób dorosłych ma początek właśnie w dzieciństwie?

Ufam tylko sobie

Pamiętam, kiedy pierwszy raz mój Maciek pojechał sam z Martą do babci na weekend. Mała miała wtedy może półtora roku. Całą drogę siedziałam zgięta w pół, kiwając się jak w chorobie sierocej. Myślałam, że oszaleję ze strachu. Zadzwoniłam do nich raz, po jakichś czterdziestu minutach. Marta smacznie spała. Nic złego się nie działo. Wtedy dotarło do mnie, że ufam ojcu mojego dziecka. Zaufałam mu z głębokim przekonaniem, że on sam doskonale będzie potrafił zająć się nią równie dobrze jak ja. Nie, cofam to. Nie chodzi o to, żeby zajął się nią równie dobrze, jak ja. Chodzi o to, że będzie się nią opiekował w taki sposób, że będzie bezpieczna. A czy będzie to robił tak jak ja, czy zupełnie inaczej, to już jest kompletnie nie istotne.

Kwintesencją zaufania innym w opiece nad naszymi dziećmi jest zrozumienie, że nie tylko nam zależy na tym, żeby nasze dzieci były bezpieczne.

Im później tym gorzej

Ale lepiej późno niż wcale. Bo nie o to chodzi, żeby się wycierać metkami „polska czy amerykańska mama”. Chodzi o to, żeby polska mama spojrzała na siebie oczami swojego dziecka. Najczęściej to dziecko aż piszczy, żeby mama pozwoliła mu wykazać się odwagą, determinacją, uporem. Chce, żeby mu pozwalać. Chce się uczyć. Chce doświadczać. Chce poczuć się ważne. Chce czuć, że mama wierzy w to, że samo potrafi podjąć decyzję i że da sobie radę. A to, co mama może zrobić najlepiej, to mu kibicować równocześnie pilnując, żeby nie zostały naruszone granice jego bezpieczeństwa.

A to, co mówią inni, to co radzą, podpowiadają, to do czego przywykłyśmy, to z czym na co dzień mamy do czynienia, to czym karmią nas mass media, wytyczne, nakazy, przykazania, być może i nie zawsze nadaje się do kosza. Ale nigdy nie jest warte aż tyle, żeby zastąpić nasz zdrowy rozsądek i narzucać sposób, w jaki będziemy wychowywać nasze dzieci.

Czy zatem stać nas na to żeby być po prostu matką, a nie statystyczną mamą polską, amerykańską czy duńską?

 

Pragnę nadmienić, że w tekście przywołuję polską mamę, nie „Matkę Polkę”, które to określenie nie zawsze kojarzy się dobrze, a nawet częściej przeciwnie. Nie ulegajmy zatem proszę stereotypowemu myśleniu, że każda polska mama to Matka Polka.

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • heh, na coś się przydało mieszkanie w USA – nie zaliczam się do statystycznych polskich matek 😉
    Poza tym mam (czy miałam, raczej…) dziadków z Francji, Niemiec, Litwy i Polski – ciężko ze mną o bycie statystyczną w jakimkolwiek zakresie 😛 😉
    No i tak poza wszystkim – uwielbiam czytać. Przy dzieciach też 😛

    • Dobre:)) Ja mam korzenie czeskie, litewskie, polskie, ukraińskie. A sama do niedawna jeszcze byłam statystyczną, ale od jakiegoś czasu szkole się w kadrach amerykańskich 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
JEŚLI TYLKO CHCESZ

"możesz w życiu mieć wszystko, czego tylko chcesz, czego zapragniesz"... jeśli tylko chcesz. Zastanawiam się, ile razy powiedziałam tak mojej...

Zamknij