PO CO CI PORZĄDKI

No jasne, że o tym musi być. Od dwóch miesięcy, a nawet dłużej, o niczym innym ze mną nie można porozmawiać, jak tylko o remoncie. Naturalne jest więc, że pierwszy od baaardzo długiego czasu wpis, będzie też o tym. Ale nie o kładzeniu paneli, o "przed i po" i jak malować drzwi? Ale o tym po co w ogóle robić porządki? Po co zabierać się za wynoszenie gratów? Po co wywalać wszystko z szaf, półek i pawlaczy? I to od piwnicy po strych. Po co Ci porządek?

Zanim do mieszkania weszli robotnicy, wynieśliśmy na śmieci TRZYDZIEŚCI PIĘĆ worków, każdy po sześćdziesiąt litrów, wypchanych jak worki świętego Mikołaja na Wigilię. Razem daje to … dwa tysiące sto litrów gratów !!! To były rzeczy, które zalegały w 49-metrowym mieszkaniu, w szafach na ubrania, szafkach kuchennych, szafkach w łazience, regałach z książkami, na balkonie, szafkach Marty. Kiedy teraz o tym piszę, to aż trudno mi uwierzyć, że to w ogóle było możliwe: taką masę syfu mieć pod nosem, na co dzień. A żeby było jeszcze ciekawiej i bardziej przerażająco, każdy z rozpakowywanych wciąż jeszcze kartonów, w połowie trafia do śmieci czy dla potrzebujących.

O WIELE BARDZIEJ EMOCJONALNIE NIŻ WIZUALNIE CZY FIZYCZNIE ODCZUWAM I PRZEŻYWAM TO, ŻE MAMY CAŁKOWICIE INNE MIESZKANIE.

W kwietniu czy marcu robiliśmy porządek w piwnicy. Nasza piwnica to taka tradycyjna klitka blokowa. Przez pięć godzin stałam w kłębach kurzu i syfu. Wtedy już wynieśliśmy stamtąd kilkanaście worów przede wszystkim naszych ciuchów i ubrań po Marcie. Większość poszła do pojemników na używaną odzież. Z kartonów, paczek, worków wyjmowałam moje ciuchy jeszcze z lat 90-tych!! Tego już nawet nie można było nazwać vintage. I pamiętam to uczucie, kiedy zjechana jak opona, wróciłam na górę, usiadłam w kuchni i spojrzałam na swoje ręce, które przypominały ręce górnika po urobku. I pomyślałam wtedy: "Boże, jak mi lekko. lżej. jakby mi z łydek zeszło jakieś piętnaście kilo. coś cudnego". I autentycznie czułam fizyczną lekkość bytu. Zmęczona, brudna, z jakimś pyłem we włosach i piaskiem w zębach, śmierdząca, ale szczęśliwa. Przeszczęśliwa.

Ale wciąż ciążyło mi moje własne mieszkanie. Architektonicznie odmawiało posłuszeństwa już od dawna. Zamykanie drzwi wejściowych powodowało odpadanie listwy przypodłogowej w przedpokoju. Płytki, jakimi były oklejone parapety, ot tak sobie zaczęły odpadać. Panele podłogowe przypominały swoim ukształtowaniem runo leśne z mocno wybrzuszonymi kępkami mchu. Ale nie to było najgorsze.

Najbardziej tragiczna była dla mnie świadomość, stan umysłu, który przyjmował do wiadomości fakt, że gdzieś po kątach poupychane są sterty jakichś syfów, sprzętów sprzed epoki, naczyń, ubrań, pudełek, papierów, papiereczków, starych płyt, popsutych zabawek i temu podobnych. I z miesiąca na miesiąc ta myśl działała jak samozaciskająca się obręcz na mojej głowie. Miałam odruchy wymiotne na samą myśl o powrocie do domu. Nie pomagały nawet kilkugodzinne porządki, które omiatały jedynie to, co głęboko ukryte pokrywało się kolejną warstwą kurzu i ohydy. Czułam się jak w pomieszczeniu pełnym śmieci, z ruchomymi ścianami, które powoli zmierzają ku sobie. Coś jak Leia, Luke, Solo i Chewi w IV części Gwiezdnych Wojen "Nowa Nadzieja". Z tą różnicą, że nie miałam w odsieczy R2D2 i CP3O, którzy w porę zatrzymaliby te ściany. Wiedziałam, że jeśli sama czegoś nie zrobię, zgniecie mnie na kartkę papieru. I tyle ze mnie zostanie.

I tak doszłam do ściany, na szczęście nieruchomej. Pozostało mi albo w jedną, albo w żadną. Zapadła więc decyzja o generalnym remoncie, który miał załatwić trzy podstawowe sprawy: – odgracenie mieszkania, – zamianę kuchni na naszą sypialnię i – doprowadzenie mieszkania do stanu używalności i wyniesienie go na wyższy poziom estetyczny. Wbrew pozorom, że to czynności czysto techniczne, te trzy wyzwania miały jeden, wspólny mianownik: działały terapeutycznie.

Były jak katharsis.

Jak terapia wstrząsowa.

Jak cudowne uzdrowienie bez zażywania środków wspomagających.

Jak wielogodzinna kąpiel w solach oczyszczających.

Jak wizyta w kriokomorze, gdzie wymrażane jest to, co zbędne.

Jak chrzest, który zmywa grzechy zaniedbania czy lenistwa.

I z mojego, bogatego i bardzo na czasie w tym temacie, doświadczenia, wynika kilka wniosków, jakimi oczywiście chce się z Tobą podzielić. Mianowicie:

– nie spinaj się, jeśli należysz do tych, którzy podobnie jak ja: chomikują, nie potrafią sprzątać, w trzy sekundy potrafią zrobić bałagan w każdej szerokości geograficznej i nie potrafią utrzymać porządku dłużej niż 2-3 godziny. Co jest najważniejsze: zdać sobie z tego sprawę, pamiętać o trzydziestu pięciu workach gratów do wyrzucenia w 49-metrowym mieszkaniu, zwizualizować sobie Was wdychających ten cały syf wydobywający się z zakurzonych i zatęchłych zakamarków, działać sukcesywnie acz konsekwentnie. Każdy, nawet mały krok prowadzący do zluzowania Waszej powierzchni, jest Twoim sukcesem;

– obojętnie, czy wydaje Ci się, że masz wszyściusieńko cudownie poukładane, wyczyszczone i cium-cium, koniecznie raz na jakiś czas zajrzyj do WSZYSTKICH zakątków Twojego lokum. Łącznie z komórkami, pawlaczami, szafkami w kuchni, łazienką, za pralką, balkonen, za szafami. Nie uwierzysz jak często nie jesteś w ogóle świadoma tego, że kiedyś tam wcisnęłaś coś w kąt "tylko na chwilę" i tak zostało na wieki;

– działaj bez pośpiechu. Na każde pomieszczenie przeznacz oddzielny czas. Nie spiesz się, bo nie robisz tego na czas, a dla siebie i Twoich bliskich;

– nie wkładaj w to jakiegoś nadludzkiego wysiłku. To ma być poniekąd przyjemność, a nie utyranie się po pachy;

– wszystko, co ciężkie do wyniesienia, pozostaw mężczyznom. Nie rób z siebie gladiatora. Nic w ten sposób nie udowodnisz. Jedyne co zrobisz, to wkurzysz swój kręgosłup;

– nie miej skrupułów: ubrania, sprzęty, papiery, płyty, czasopisma, o których zapomniałaś, a właśnie je znalazłaś, trafią do Twojej niepamięci równie szybko, jak poprzednio. Nie wynoś ich do piwnicy "na w razie czego". To "czego" nigdy nie nadejdzie. Zaufaj mi (patrz: trzydzieści pięć worków !!!)

– wszelkie porządki zacznij od pomieszczeń, w których coś przechowujesz. Wyobraź sobie piramidę, po której poruszasz się od dołu do góry. Tak jakbyś miała zbudować własne poczucie komfortu we własnym domu i zaczynasz od fundamentów;

yacht-club

Wersja dla Ciebie do wydrukowania: TUTAJ

– po każdym etapie, a może być to jedynie przejrzana jedna szafka, zostaw to miejsce w całkowitym porządku. Nie rób kupek, stosików, paczuszek, z którymi chcesz później "coś" zrobić. Wchodząc gdzieś, wyjdź stamtąd zamykając drzwi do końca. Nie zostawiaj ich przymkniętych. To bardzo ważne, żebyś do każdego następnego etapu przechodziła z czystym kontem;

– pamiętaj Kochana: nie od razu Rzym zbudowano. Jeśli nie uda Ci się za pierwszym razem, za drugim będzie już lepiej, aż w końcu wszystko znajdzie swoje miejsce, a Ty i Twoja rodzina odetchniecie czystym powietrzem: dosłownie i w przenośni;

– kiedy będzie już po, podejmij wyzwanie i spróbuj nie wracać do dawnych przyzwyczajeń. Żeby Ci w tym pomóc, daję Ci moje ćwiczenie, dzięki któremu nauczysz się w jaki sposób możesz sama wykreować i kreować na codzień otoczenie, które wpływnie na Ciebie jedynie pozytywnie. Możesz je pobrać TUTAJ;

TWOJE SAMOPOCZUCIE TO TY I PRZESTRZEŃ, JAKA JEST WOKÓŁ CIEBIE. RÓB WSZYSTKO, ŻEBY BYŁA ONA JAK NAJBARDZIEJ OTWARTA NA TO, CO CHCESZ DO NIEJ WRZUCIĆ.

Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo byłam zblokowana tym całym syfem, jaki chomikowałam przez te siedemnaście mieszkania w moich czterdziestu dziewięciu metrach. Jestem przekonana, że oczyszczając to, co wokół mnie, zrobiłam miejsce na nowe. Być może lepsze. Być może na to, co czekam. Na to, za czym tęsknię. Na to, o co walczę. Na to, na czym mi zależy. Świadomość, że mam wokół dużo wolnego miejsca, jest jak zaakceptowanie faktu, że jestem gotowa na następne. To lepsze niż jakakolwiek terapia. Głęboki oddech wzięły nie tylko moje płuca, a również podświadomość.

Powroty do domu, o którym myślałam, że jest zagracony, nie nastrajały mnie jakoś bardzo optymistycznie. Wyobraź sobie dzień w dzień otwierać drzwi i mieć w głowie tylko jedną myśl "o matko, jaki tam jest syf". I nie chodzi o kurz i brud, które zalegają na szafkach. Chodzi o to, czego nie widać. O to, co dzień w dzień zaciskało mi tę obręcz na łbie. O to, co niby niewidoczne, ale bardzo dobrze wyczuwalne przez skórę i emocje. I dlatego właśnie twierdzę, że porządek to stan umysłu, a nie to, jak wyglądają nasze półki.

I mam dla Ciebie propozycję: w związku z tym, że po sześciotygodniowym remoncie wiem dużo więcej o tym, co nazywa się "porządek i odgracanie", być może będę mogła udzielić Ci dodatkowych wskazówek czy podsunąć jakieś pomysły, jeśli takowych akurat potrzebujesz. Z ogromną przyjemnością odpowiem na Twoje pytania, które wyślesz do mnie mailem na adres: poczta@jakuraniedomowa.pl, wpisując w temacie PORZĄDEK.

Moje, nasze życie zmieniło się diametralnie. Dla mnie, jako że najwięcej czasu z domowników przeznaczam na porządki, gotowanie i ogólnie dom, zmiana jakiej dokonaliśmy, to jak przejście Izraelitów przez Morze Czerwone: trafiłam do ziemi obiecanej, do raju, do miejsca, w którym czuję się bezpieczna, szczęśliwa i czuję ogromny komfort mieszkając w miejscu, gdzie czuję się komfortowo.

A poza tym jest prześlicznie 🙂

 

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • A co zrobisz, żeby do „chomikowania” nie wrócić? 🙂

    • Kilińska

      Najważniejsze jest dla mnie Ania to, co zmienię w mojej głowie. Po pierwsze wiem, że to trudne. Szczególnie dla mnie, bo jestem giga bałaganiarą. Po drugie: na szkoleniu z zarządzania czasem dowiedziałam się, że wszystko, co będę powtarzać co najmniej przez 30 dni, wejdzie mi w nawyk. I tak to traktuję. Codziennie staram się powtarzać te same czynności związane z układaniem i porządkami. Tak działa umysł. A potem wchodzą moje zasady odnośnie przechowywania ubrań, dokumentów, sprzętów i akcesoriów. Ułożyłam to sobie wszystko w schematy i tak będę starać się działać. Wiem, że to brzmi jak jakiś regulamin, ale niestety jedynie takie coś działa na kogoś takiego jak ja, kto jest totalnie rozwalony organizacyjnie. Ale kiedy patrzę na to, jak mi idzie po tych dwóch tygodniach w nowym mieszkaniu, wiem że to działa. I jest wielka szansa na to, że mi się uda. Plus jeszcze kilka tricków. Ale najważniejsze: systematyczność, cierpliwość i zacięcie. Pozdrawiam

  • Muszę ten wpis pokazać MałejŻonce – ona zbiera i kolekcjonuje wszystko, na szczęście poza facetami 🙂

    • Kilińska

      🙂 Jacek, pokaż oczywiście. Kolekcjonowanie nie jest samo w sobie złe. Chomikowanie, odkładanie na ” w razie czego”, zbieranie rzeczy typu pudełka po butach, papiery świąteczne, słoiki itp. też nie musi być samo w sobie złe. Problem w tym, że często robimy to we własnych mieszkaniach. Gromadzimy te wszystkie graty w szafach, szafeczkach, upychamy po szufladach. To wszystko tam kiśnie, gnije i zarasta kurzem. A wystarczy dobrze zagospodarowana piwnica, dwie, trzy skrzynki drewniane po warzywach z bazaru i to wszystko może mieć ręce i nogi. U kobiet, największym problemem jest szafa na ubrania…Jacek..tam wszystko przecież kiedyś się przyda!:) Ale na to też są sposoby:) Pozdrawiam i ukłony dla MałejŻonki:)))

  • Oj tak, oczyszczanie swojej przestrzeni z gratów ma zbawienny wpływ na psychikę 🙂

    • Kilińska

      Twój blog jest ODPALONY w kosmos. Rewelacja! Aż nie mogę się oderwać, a powinnam robić u siebie, no. Cudownie <3

Przeczytaj poprzedni wpis:
KIEDY PĘKA BALON

Siedzimy w knajpie. Jeszcze nie wszyscy są, więc głównie czekamy. Nie wiadomo dlaczego czuję lekki stres. Może to nerwy, bo...

Zamknij