MOJE PIĘĆ MINUT

Centrum Warszawy. Upalne, piątkowe popołudnie. Bardzo powoli, zmęczeni duchotą, gorącem, ludzie pracy opuszczają swoje jaskinie biznesu. Wylewają się niepospiesznie na chodniki i ulice ścisłego centrum stolicy czteredziestomilionowego kraju. Ich cudowne, jeszcze dziś rano świeżuteńkie, bardzo drogie uniformy biurowe, niekiedy złagodzone swobodnym stylem piątkowym, o tej porze przypominają zgniecione serwetki bawełniane ciśnięte bezładnie na stół po udanej konsumpcji, gdzieniegdzie nawet dojrzeć można ślady potraw, jakie były jedzone. Ale wciąż bije z nich wysoka cena i świetna jakość.

I w tym tłumie ja. My. Czyli ja, moje dziecko i mój pies. Wyglądamy może nie jak milion dolarów, ale jesteśmy poprawnie ubrane na okazję wizyty w mieście. Ba, ja świeżo po fryzjerze, włoski czyste ułożone, na ręku złota rodowe. Córka w cudownie dziewczęcym stroju pięknie prezentuje nówki-sztuki sandałki prosto od cioci. Pies – jak pies. Ano właśnie…jak pies. I tu zaczyna się właściwa część opowieści.

Otóż pies, jak to pies, bywa, że sra. Ot, tak ma. No i zupełnie nieoczekiwanie mojemu psu-suce zachciało się kupę w tymże centrum. A, że akurat dojrzała, a my dobiegłyśmy, jedyny trawnik w promieniu dwustu metrów, to cudownie wypróżniła się centralnie przed kościołem pod wezwaniem z pewnością szlachetnym. Ja, jako porządny i świadomy obywatel, gówno w folię zawinęłam i szukam…śmietnika, co by gówno tam zostawić. Patrzę w lewo – nic. Patrzę w prawo – też nic. "no to chodź" – rzeknę do córki i ruszamy chodnikiem ku najbardziej luksusowej części śródmieścia…z gównem w folii.

Po chwili mam wrażenie, że wszyscy, którzy nas mijają, doskonale wiedzą, że ja to gówno niosę. To tak jak na przykład wyszło się świeżo od fryzjera albo kosmetyczki i wydaje nam się, że każdy kto nas mija widzi to, że my świeżo po jesteśmy. Na szczęście, nie wzięłam ze sobą takiej tradycyjnej folii na kupy psie, prześwitki tak zwanej, ale małą, firmową, zamalowaną, grubszą nieco. Więc jedynie to utrzymywało mnie na powierzchni, że nie widać, co ja tak w tym ręku niosę.

No i brniemy tak, brniemy. Mijamy kolejne luksusowe biurowce, ogródki uliczne, w których to goście spożywają sobie pyszne dania, a ja wciąż to gówno niosę.

I przeszłyśmy tak może z dwie, trzy przecznice.

ANI JEDNEGO KOSZA NA ŚMIECI. CENTRUM MIASTA. STOLICA EUROPEJSKA. DYSTRYKT BIUROWCÓW, BANKÓW, HOTELI. TEMPERATURY SAHARYJSKIE. WSZYSTKO SIĘ LEPI. POWIETRZE STOI I PRAWIE ŚMIERDZI. NIE MA CZYM ODDYCHAĆ. JAKIŚ BEZDOMNY RZUCA KURWAMI CHCĄC UŁOŻYĆ SIĘ DO SNU NA MURKU.

A ja z tym gównem w folii.

W końcu, po jakichś dziesięciu minutach jest! Kosz na śmieci. Wypełniony po brzegi, z górką na wierzchu już lekko wylewającą się torbą papierową w dół. Nie dziwne, skoro to jedyne miejsce w promieniu trzech przecznic, gdzie można wyrzucić odpadki jakieś. No i co teraz? Mam to gówno na tym czubku tu zostawić czy szukać dalej? Spojrzałam na moje dziecko…nie, nie zrobię jej tego. Walnęłam tym gównem w folii o ten śmietnik, celując w czeluść torby papierowej. Trafiłam. Na szczęście. Choć gdybym nie trafiła, to wcale bym nie płakała.

Nie dość, że jeśli brać pod uwagę dostępność miejsc do srania dla psów w centrum Warszawy można by równie dobrze ustawowo zabronić posiadania psów w tej dzielnicy, to jeszcze wymagając od właścicieli psów sprzątania po nich, nie stwarza się żadnym warunków do tego, żeby takiego porządku przestrzegać.

A gdybym spotkała kogoś znajomego?? Albo co gorsze, kogoś z kręgów zawodowych?? Przekładałbym sobie to gówno w folii z ręki do ręki, żeby tę drugą podać na powitanie? A jakbym się zapomniała i zamaszystym ruchem wskazała jakiś kierunek i wystawiła właśnie tę rękę z folią i poszłoby to wszystko w przestrzeń? Przecież ja bym musiała się wyprowadzać wtedy do Islandii, gdzie skądinąd od meczu ISLANDIA-ANGLIA już szukam działki. Jednakowoż plany to odległe są i na razie na etapie koncepcyjnym pozostają, więc przyszłoby mi w dalszym ciągu żyć w miejscu, w którym gównem z folii obrzuciłam mojego rozmówcę.

I tak właśnie wygląda cały ten nasz europejski sznyt: kosztuje całą masę pieniędzy, pachnie światowymi salonami mody, wchłaniają go luksusowe biurowce i drogie apartamenty. A na samym czubku wciąż gówno w folii leży.

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
CZY MUSZĘ LUBIĆ CUDZE DZIECI

No jasne, że nie muszę. I nikt nie musi lubić mojego. A czy w ogóle lubię dzieci? Zasadniczo tak. Od...

Zamknij