MOJA WINA, MOJA WIELKA WINA

Chcesz dbać o rodzinę i jednocześnie rozwijać się i nie czuć się przy tym winna? Teoretycznie niemożliwe. To połączenie zawsze wpędzi Ciebie, matkę, w poczucie winy. Zawsze. Tak pokazują badania i tak twierdzą psychologowie. My matki natomiast czujemy się winne, kiedy lubimy to, co robimy poza domem. Że oprócz tego, że mamy dzieci, czerpiemy ogromną satysfakcję z tego, że możemy się realizować bez dzieci. I mimo tego pozytywnego jak najbardziej uczucia, gdzieś w środku czai się wyrzut sumienia, zakłopotanie, wstyd nawet. Bo oto przyznałyśmy się przed sobą, że macierzyństwo nam nie wystarczy.

To widać

„zmienia ci się twarz. prostujesz plecy. oczy zaczynają ci błyszczeć. zmienia ci się głos. rumienią ci się policzki”. Zatkało mnie. „no coś ty. przecież zawsze tak opowiadam”. „nie, nigdy cię takiej nie widziałam”. O co więc chodzi? Dlaczego się zmieniam, kiedy opowiadam o tym, co robię oprócz tego, że jestem mamą? Może właśnie dlatego, że mnie również moje macierzyństwo nie wystarcza. Że potrzebuję czegoś więcej. Że potrzebuję realizować siebie dla samej siebie, nie tylko dla rodziny. Kocham ich ponad życie, ale dla mnie to za mało. I tak, są chwile, kiedy nie czuję się z tym komfortowo.

Żyłam też zanim zostałam matką

Pracowałam od zawsze. Tuż po maturze wyjechałam do Niemiec żeby zarobić na studia. W Polsce studiowałam i pracowałam. Wracałam do Niemiec na każde wakacje, żeby na trzecim roku wyjechać tam na dłużej. Po powrocie do Polski zaczęłam pracę w firmie, w której zostałam kolejne sześć lat. I ta szóstka miała być dla mnie znamienna. Zmieniałam pracę jeszcze dwa razy. Za każdym razem właśnie po sześciu latach. Nigdy nie zostałam zwolniona, zawsze to ja podejmowałam decyzję o rozstaniu. Po osiemnastu latach pracy zawodowej, w wieku trzydziestu ośmiu lat, zostałam mamą. W ten sposób dotarłam do miejsca, o którym marzyłam od zawsze. I byłam pewna, że to jest ten mój cel. To jest to, do czego dążę. Czego pragnę ponad wszystko. To, po czym nie będę chciała już niczego innego. Szybko, bo po roku, zaczęłam jednak odczuwać niedosyt. Żal. Tęsknotę. Czułam, że wypadam z własnego rytmu. Wpadłam w inny, to fakt. Ale zaczęło mi brakować tego poprzedniego. Porządku zorganizowanego tygodnia. Czasu wyłącznie dla siebie. Odnajdywania radości wyłącznie dla mnie. Zaraz jednak obok tego stawiałam siebie jako matkę. Przecież spełniło się moje marzenie! Mam upragnione dziecko. To czego ja jeszcze chcę?

Chcę właśnie tego „jeszcze”

Tylko jak mam się do tego przyznać? Jak mam powiedzieć „bycie matką mi nie wystarczy?”. Po prostu. Któregoś razu powiedziałam to … i nie zeszło się niebo z ziemią. Rzeki nie wystąpiły z koryt. Góry nie zamieszkały w dolinach. Moje dziecko nie poczuło się mniej kochane, ani bardziej zaniedbane, niż bywa zwykle (ha!). Nic strasznego albo nieodwracalnego się nie wydarzyło.Wiedziałam jednak, że złamałam pewne tabu. Że postawiłam siebie na pierwszym miejscu przed własnym dzieckiem …. a może to nie o miejsca chodzi? Nie o to, żeby się na coś decydować? Może to chodzi o to, że mogę mieć i jedno, i drugie. Mogę realizować się poza domem tak samo dobrze, jak robię w to w domu jako matka. I nie czuć, że to moja wina, kiedy podoba mi się moje życie poza domem. To jeśli tak, to dlaczego wciąż słyszę od innych mam „wiesz, ja chyba nie powinnam”.

To moja wina, kiedy …

Z jakiego powodu my, mamy czujemy się winne? Poszukałam, pogrzebałam, popytałam i oto, co mówią mamy, w tym oczywiście i ja:

  • Lubię nie mieć przy sobie dziecka.
  • Lubię mieć inne życie poza byciem mamą.
  • Lubię moje życie zawodowe.
  • Potrzebuję wyjechać bez dziecka na kilka dni.
  • Nie chcę karmić piersią dla własnej wygody.
  • Zatrudniam nianię na pełen etat, żeby móc wrócić do pracy po trzech miesiącach macierzyńskiego.
  • Wybieram cesarskie cięcie na życzenie, bo boję się bólu.
  • Śpię, kiedy dziecko śpi zamiast sprzątać i gotować.
  • Oszukuję, że mam wizytę u lekarza, a tak na prawdę idę na kawę z koleżanką.
  • Kupuję ciastka i zjadam je wszystkie w drodze do domu.
  • Mówię do dziecka „kochanie, mamusia musi mieć teraz chwilę dla siebie”.
  • Daję dziecku żywność przetworzoną zamiast stać przy garach i gotować eko.
  • Nie uprawiam seksu z mężem przez pół roku i nawet za tym nie tęsknię.
  • Nie kupuję dziecku następnej zabawki w zamian za upatrzone na wyprzedaży buty dla mnie.
  • Zamykam się w łazience i siedzę tam, podczas kiedy moje dziecko wali do drzwi i wrzeszczy, żebym wyszła.
  • Kiedy kupuję dziecku lizaka, żeby w końcu przestało płakać.
  • Na szybko sprowadzam babcię do opieki nad dzieckiem, tłumacząc zapomniany pilny termin, a w rzeczywistości wsiadam w samochód i jadę do najbliższej knajpy napić się kawy i poczytać w spokoju kobiece gazety.
  • Mówię, że mam spotkanie w sprawach zawodowych, a naprawdę włóczę się po galerii na wyprzedażach.
  • Potajemnie płacę za kursy i szkolenia. Nic nikomu o nich nie mówię, a w tajemnicy uczę się grafiki komputerowej i programów edytorskich żeby otworzyć własną działalność.
  • Kupuję zupę w kartonach i obiad na wynos, a w domu wyrzucam opakowania, wynoszę do śmietnika i mówię, że sama gotowałam.
  • Kiedy ubieram rano ośmioletnie dziecko żeby było szybciej.
  • Biorę panią do sprzątania.
  • Czuję się winna, kiedy nie czuję się winna.

I czasem zdarza się, że zaraz po tych zdaniach pada „i mam to w dupie” albo „i dobrze mi z tym”. Często jednak albo nie ma nic, albo „ale nic mu nie mów, dobra. wiesz, żeby się nie dowiedział”.

Ale czy zawsze musimy wybierać?

Czy nie jest trochę tak, że to nasze poczucie winy wynika właśnie z tego, że zostałyśmy nauczone wybierać, a nie łączyć? Że od dziecka wmawiano nam, że wszystko dzieje się warunkowo? Że rodzice będą z nas zadowoleni pod warunkiem, że przyniesiemy dobre oceny ze szkoły.  Że mamusia będzie zadowolona, jeśli będziemy grzeczne. Że tatuś kupi nam zabawkę, jeśli odrobimy lekcje. Że możemy czuć się piękne i pewne siebie, pod warunkiem, że będziemy szczupłe, zgrabne i bez dołka cellulitu. Że możemy być szczęśliwe pod warunkiem, że wyjdziemy za mąż. Że pewność w związku zyskamy tylko wtedy, kiedy zostaniemy żonami. Że możemy czuć się wartościowymi kobietami tylko, jeśli ktoś nas zechce.

Bardzo mocno również zakodowano nam, co mamy uważać za niemożliwe. Że nie możemy dobrze opiekować się rodziną jednocześnie robiąc karierę. Że nie możemy dbać o nasze dziecko zostawiając je z nianią. Że nie możemy dbać o zdrowie rodziny podając od czasu do czasu przetworzoną żywność. Że nie możemy uważać się za piękne mając dwanaście, piętnaście i dwadzieścia kilogramów nadwagi. Że nie możemy czuć się spełnione nie mając dzieci. Że nie możemy się sobie podobać ze zmarszczkami, cellulitem i obwisłym cycem.

Jesteśmy przesiąknięte pewnością, że niemożliwe jest posiadanie jednego i drugiego. Że nie damy rady być jednym i drugim.

I dlatego zaczynamy się czuć winne, kiedy już nie wybieramy, ale łączymy dwa bieguny.

Nie rób nic, zabawa trwa?

Mój profesor na zajęciach z psychologii mówi do mnie „brać się do roboty, droga pani, do roboty” kiedy pytam go, co w takim razie ma robić kobieta z wyrzutami sumienia? I w tym zamknięta jest cała prawda: robić, nie czekać. Zakasać rękawy i działać. Nikt za nas tego nie zrobi. Nikt za nas nie wybawi nas z naszego poczucia winy. Prędzej wbiją nas w jeszcze większe wyrzuty sumienia, niż powiedzą „brawo mała. tak trzymaj. świetny wybór!”. Są oczywiście i takie chwile, kiedy to wszystko ma sens. Ale co robić, żeby je przeżyć?

Przede wszystkim powiedzieć sobie „mam prawo”.

Jako matka mam prawo robić wszystko do momentu, kiedy nie krzywdzę własnej rodziny. … Nie, płacz dziecka z tęsknoty za mamą nie oznacza, że matka krzywdzi własne dziecko.

Mam prawo wymagać od innych do uszanowania moich wyborów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzają. Dopóki nikomu nie wchodzę z buciorami do przedpokoju albo nie robię nikomu krzywdy, to ja podejmuję decyzje w moim życiu.

Mam prawo wybrać i jedno, i drugie.

Mam prawo dbać o własny rozwój i jednocześnie opiekować się rodziną.

Mam prawo do własnego życia, nawet jeśli za ścianą śpią bliźniaki.

Mam prawo do poczucia własnej wartości niezależnej od niczego i nikogo.

Ale musimy powiedzieć to na głos. Ci, których kochamy, z którymi dzielimy nasze życie, i którzy oddają nam część siebie, muszą to usłyszeć. W przeciwnym razie nikt nie wpadnie na pomysł, co siedzi nam w głowie. Tylko mówiąc o tym głośno zobowiążemy innych do tego, żeby uszanowali nasze wybory i dali nam wolną rękę. Tylko mówiąc „i nie czuję się z tego powodu winna” nie pozostawimy żadnej wątpliwości, że robimy to w zgodzie ze sobą. Że jesteśmy w tych naszych wyborach prawdziwe. Wtedy dopiero możemy sobie powiedzieć, że pierwsze bitwa z poczuciem winy jest zwycięska, choć wojna cały czas trwa.

Wsparcie jedno na milion

Stałyśmy na przystanku. Wracałyśmy ze szkoły. Marta wzięła mnie za rękę i mówi „mamusiu, ja bym nigdy nie chciała żebyś ty tak tylko dla mnie żyła i spełniała wszystkie moje prośby. zapraszam cię do kawiarni „ja kura niedomowa”. czy jak to był ten twój blog? a poza tym bardzo bym chciała żebyś wróciła do swojej manufaktury (własna firma, którą zamknęłam). tak uwielbiałaś to robić. może jeszcze wrócisz, prawda? kocham cię mamusiu bardzo”.

Tak mówi dziewczynka, która ma siedem lat. Ja, jej mama, żyję ze sobą w pełnej świadomości od dwóch lat. Ten czas wystarczy jej żeby mogła wyciągnąć takie wnioski. Mała dziewczynka, która ma wielkie szanse nigdy nie poczuć się winna tego, że będzie chciała żyć pełnią życia, własnego i tych, których kocha.


A kiedy Ty ostatnio czułaś się winna?

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Wrocilam do pracy kuedy moj synek mial prawie 10 miesiecy. Nie czuje sie z tego powodu winna. Jesli matka bedzie szczesliwa to i dziecko tez. Pozniej naze dzieci naogladaja sie naszych sfrustrowanych i nieszczesliwych facjat i nie daj Boze zaczna powielac ten schemat

  • Agnieszka Redzik

    ja całe lata zaniedbywałam siebie i teraz własnie trudno mi o to zadbać o to by było lepiej, by mieć czas dla siebie, a to ważne

    • Wiesz co Agnieszka, wydaje mi się, że najważniejsze, że myślisz to, co powiedziałaś, że „ważne, żeby mieć czas dla siebie”. Że to wiesz. To pierwszy krok. Wiem, jak to było ze mną i, że właśnie od tego, że zrozumiałam, że coś jest nie tak, wszystko się zaczęło. To droga. Nie dzieje się w dwa, trzy dni. Ale najważniejszy w niej jest ten pierwszy krok: zrozumieć i zaakceptować, że potrzebujemy zmiany. Jeśli mogę Ci jakoś pomóc własnym doświadczeniem, to daj proszę znać. Dobrze jest mieć przy sobie kogoś, kto przez to przeszedł. Ściskam mocno.

  • Paula

    Ja uważałam po porodzie, że liczy się tylko i wyłącznie żeby dziecko miało najlepiej – fakt to jest priorytet, jedak przez to zaczęłam zaniedbywać siebie i swoje pasje. Z czasem zaczęłam to rozumieć. Dziś – córcia jest dla mnie najważniejsza! I staram się aby miała wszystko, czego dusza zapragnie, jednak nie boję się, a wręcz chcę robić to co uwielbiałam i uwielbiam, a mała nie jest mi w tym przeszkodą a motywacją!

    To co powiedziała Twoja córcia wtedy na przystanku… brak słów – piękne. Mam nadzieję, że moja jak dorośnie też będzie mnie tak wspierać <3
    Pozdrawiam! <3

    • Super Paula. Jak ja się cieszę, jak czytam takie komentarze. Uwielbiam kiedy my, mamy chcemy od życia czegoś jeszcze. Kochamy nasze dzieci ponad wszystko, ale nie zapominamy też jak fantastyczne jesteśmy jako my, kobiety! Ściskam Cię mocno

  • Jestem perfekcjonistką, zawsze nią byłam. Sporo mnie to zawsze kosztowało. Teraz kiedy łączę pracę zawodową z wychowaniem bliźniąt kosztuje jeszcze więcej. Na co dzień jestem nauczycielem. Długie godziny przygotowuję atrakcyjne zajęcia dla moich wychowanków (kosztem mojej rodziny i czasu z nimi spędzonego), kiedy poświęcam czas moim szkrabom, wiem, że nie dałam z siebie 100% w przygotowanie zajęć. Od niedawna dopiero opanowuję sztukę kompromisu, by nie czuć się winną. Uczę się tego, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci, a wyrzuty sumienia i poczucie winy raczej mi w tym nie pomagają. Jestem na dobrej drodze. Oby tak dalej!

    • Super Agnieszka! Z tego, co piszesz mam wrażenie, może się mylę, że lubisz swoją pracę. Że sprawia Ci to przyjemność. Czy to zaangażowanie wynika właśnie z perfekcjonizmu, nie z tego, że lubisz, to co robisz? Jest taka prosta recepta na szczęście, jeden wyraz: kochajmy. Kochajmy siebie, to przede wszystkim. kochajmy, to co robimy, kochajmy ludzi, z którymi to robimy, i miejsca w których to robimy. To jest świetny początek, baza, fundamenty. I nie odkładajmy tych miłości na później. Słyszałam niedawno coś takiego, że jeśli przez pięć lat odkładałam pieniądze żeby kiedyś móc robić coś, co kocham, to właśnie zmarnowałam te pięć lat. Doskonale wiem, że to może tak łatwo powiedzieć, że są rachunki, dom, dzieci, trzeba coś do gara włożyć. Ale w tym wszystkim zawsze jest miejsce na to, żeby spytać siebie kim jesteśmy, co kochamy i co chcemy w życiu robić, co sprawi nam po prostu radość bez poczucia winy, że oto kosztem własnego szczęścia odbieramy jego część komuś innemu. I tak jak piszesz właśnie, szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci, prawda?

Przeczytaj poprzedni wpis:
NAJLEPSZY PREZENT DLA RODZICÓW

Idziemy w gości. Urodził się maluszek. Cudowne, pachnące bobo. Pierwsza myśl "co mu kupić?". Lecę do najbliższej galerii. Rzucam się...

Zamknij