JESTEM INNA

Z cyklu opowieści wakacyjnych, bo teraz u nas taki czas właśnie, przypomniał mi się ten tekst. A życie pokazuje, że nigdy nie wiadomo, kiedy spotkam człowieka po raz drugi żeby również po raz drugi się okazało, że jestem inna … ale o tym zupełnie kiedy indziej.

Nigdy się nie tak bardzo mocno nie zastawiałam, czy jestem inna niż pozostałe matki, czy jestem do nich podobna. Bo w sumie na nic mi takie podobieństwa czy różnice. Ale, jak w każdej grupie, również wśród matek, zdecydowanie widzę podziały na gatunki. Czasami mniej, a czasami bardziej wyraźnie widoczne są te granice, gdzie jeden się kończy, a drugi zaczyna. Ale jednak. My, matki różnimy się od siebie. I ja, z pewnością, bardziej należę do któregoś z gatunków, a do innego mniej. Zatem czym się różnię od innych matek?

Być jak ja

„bo ja chciałabym być dokładnie taka jak pani jako mama” – coś takiego usłyszałam dokładnie raz w moim matczynym żywocie. I to tuż na początku, kiedy Marta miała może jakieś półtora roku. Powiedziała to pewna Młoda Dziewczyna, jak nazwałam ją z imienia i nazwiska. Piszę dziewczyna, bo wyglądała na zaledwie zaraz po dowodzie osobistym. Na ramieniu dzierżyła przepięknie wyglądającego, rumianego, o urodzie Cherubinka, acz nieco zabłoconego Malca – syna. W tamtym momencie moja Marta spała smacznie już chyba z trzecią godzinę, a ja leżałam sobie na kocyku w lesie, na wydmach, nieopodal plaży w nadmorskiej miejscowości typu Karwia.

Wszystko to, co różni mnie od matki a, może łączyć mnie z matką b. Pytanie tylko, czy to ma jakiekolwiek znaczenie?

Młoda Dziewczyna, jak się okazało, obserwowała mnie już od jakiegoś czasu. I, jak przyznała, nie mogła się nadziwić, jak moje dziecko może spać w wózku wśród wcale nie takiej super ciszy. I to już drugą godzinę, od kiedy ona kręci się w pobliżu. Wytłumaczyłam jej, że to wcale nie jest jakiś wyczyn, bo Marta – córka moja, tak po prostu ma. W ciągu dnia potrafi dociągnąć nawet do czterech godzin drzemki. Na co Młoda Dziewczyna w płacz. Ja, że o matko, co ja takiego powiedziałam, a ona, że nie ma już siły, bo jej syn, ten cherubinek, równolatek z moją Martą, sypia po czterdzieści minut góra, a całą resztę dnia szaleje jak dziki. A jej już sił powoli brakuje, bo chodzi późno spać, wstaje z kurami i w ciągu dnia nic lepiej. No i wtedy powiedziała, co na początku, że chce być taka, jak ja. Ja jej na to, że absolutnie nie potrzebuje być taka, jak ja, bo jest najlepszą mamą na świecie i żeby przestała mi paniować, bo i tak czuję się staro, a to paniowanie już kompletnie daje mi do ręki balkonik. A ta znowu w szloch, że nie ma z kim pogadać, a ja taka miła. A ja, że dziękuję, ale to z pewnością tylko takie pierwsze wrażenie. No i tak od słowa do słowa i poszłyśmy sobie na spacer. Spytałam zaraz, czy mogę dać synowi chrupka kukurydzianego, zwanego przez nas „lulem”, a ona mi na to, że przekąsek nieekologicznych, ona mu nie podaje.

Matka wyłącznie zdrowo karmiąca

Czyli do tej mamy na pewno nie jestem podobna. Marta je i jadła przekąski odpowiednie do swojego wieku. Chrupki kukurydziane łykała jeszcze przez pierwszymi zębami. Często traktowałam je jako korek, żeby zajęła buzię czym innym niż jęk, płacz czy zawodzenie. Jadła i je frytki. Tak, te z McDonalda również. Uwielbiamy je wszyscy. Marta kocha kabanosy i kiełbaskę suszoną, które wcina z suchą kajzerką, kiedy ma na to ochotę. Marta je również jabłka, gruszki, marchewki surowe, rzodkiewki, dużo zieleniny, pije czystek i kisiel żurawinowy mojej roboty. Od święta może wypić pół szklanki coli. Je czekoladę, dżemy kupione w sklepie. W rzeczonej Karwi chodziłyśmy na obiady do restauracji, gdzie łykała klopsiki drobiowe w sosie koperkowym z tłuczonymi ziemniakami. Młoda Dziewczyna twierdziła, że ona nigdy by tego dziecku nie podała, bo nie wie z jakiego źródła jest mięso. Ona kupuje takie wyłącznie od baby na bazarze, sama mieląc je i ugniatając na gładką masę. Pieczywo z piekarni, warzywa od chłopa. Musi wiedzieć o tym, co dziecku podaje więcej niż o sobie wie ten biedak, bity prosiak. Wszystko pozostałe w jej domu, a co daje do jedzenia synowi-cherubinkowi, musi mieć etykietę eko. Ciekawa jestem, co powiedziałaby dzisiaj, gdyby dowiedziała się, że daję Marcie parówki!! To ja sama nawet wolę o tym nie myśleć….

No i tak kiedy sobie szłyśmy na ten spacer i wymieniałyśmy się doświadczeniami kulinarnymi, spytałam jej, a jak to u niej jest z tym snem? Czy syn sypia z nimi, z nią? Czy odkłada go do łóżeczka? Czy Mały umie spać sam? Młoda Dziewczyna, spojrzała wtedy na mnie tak, jakbym co najmniej oznajmiła jej, że jestem jej macochą z lewego łoża.

Mama ciągłej bliskości

„no coś ty!! śpimy razem. nie zostawię go przecież samego. no wiesz. a Twoja śpi sama??”. Zaczęłam jej opowiadać, że raz tak, raz tak. Że nie ma reguły. Jeśli mamy szczęście, to i całą noc potrafi przespać sama. Choć rzadko się to zdarza. A mnie bardzo brakuje już nocy bez niej, bo dla mnie to żaden komfort, spać z dzieckiem w jednym łóżku. Że żałuję, że się złamałam i przy pierwszym skoku wzrostowym, z wycieńczenia wzięłam ją do łóżka na kolejne karmienie. „Ale jak to żałujesz?? To dałabyś radę tak spać, kiedy ona tak sama w tym łóżku swoim?”. Odpowiedziałam, że raczej tak. I że wydaje mi się, że to nie głupi wynalazek, łóżeczko dziecinne, w sumie. I że znam rodziny, gdzie maluchy od oseska śpią u siebie i nic złego im się nie dzieje. „Ale powiedziały ci to?? Te oseski?”. No i powiem szczerze to pytanie uzmysłowiło mi, jak daleko może sięgać przekonanie o własnej racji, więc nie drążyłam tematu. Młoda Dziewczyna rzuciła tylko przez ramię, że a w ogóle, to syn zdecyduje kiedy zacznie spać oddzielnie. Jej, im, to nie przeszkadza. Przecież nie może zrobić nic wbrew swojemu dziecku. Na chwilę, pamiętam, zastygłam z otwartą gębą na oścież, ale połknęłam szybko powietrze, bo to faktycznie nie było po co i czego już  drążyć.

Idąc dalej, po drodze poprosiłam żebyśmy się zatrzymały w sklepie, bo proszek do prania muszę kupić. „Jak to proszek?”

Mama eko

„no taki do prania, wiesz? pralka, proszek, woda i pranie”. „ale tak w zwykłym proszku?”. „nie, no nie zwykłym. takim dla dzieci”. „ale jednak wciąż proszku?”. „no tak. a jak?”. „w płatkach mydlanych. a to, co do skóry, to ręcznie”. „pierzesz ręcznie w płatkach mydlanych??”. „tak”. „a kiedy, jeśli wolno spytać??”. „jak mały pójdzie spać. wieczorem. codziennie, bo tak to by mi się zebrało”. „a Ty kiedy pierzesz?”. „ja, w ogóle. znaczy pralka pierze. w sumie to też codziennie. najpierw segregowałam jeszcze kolorami, a teraz wrzucam wszystko razem, żeby nie oszaleć. przecież to i tak bez znaczenia, bo prędzej czy później przejmie kolor marchewki czy buraków. to co się będę opierać tęczy z bluzy obok??”. „jak to marchewki? znaczy nakładasz jej takie brudne?”. „nie, no skąd brudne. zafarbowane. no marchwi, pomidorów czy buraków to nie spierzesz. a Ty nie zakładasz?”. „no nie.kupuję nowe”. „to często po te zakupy musisz jeździć”. „no tak, najlepiej trafić na jego drzemkę. choć to ciężkie”. „aaa, to ja odpoczywam, kiedy moja śpi. wiesz albo sobą się zajmuję. śpię często wtedy, wiesz? drzemkę łapię. regeneruję się wtedy. dobrze mi to robi. serio”. „a ja to nie sypiam, wiesz? bo cały czas mam zajęcie. coś robię. a to pranie…no właśnie. a to gotowanie. a to prasuję. no, a on i tak śpi krótko, więc bym się nawet nie wyspała. poza tym tak by mi głupio było, wiesz, drzemać. przecież cały czas coś do roboty jest”.

Mama wyłącznie w ruchu

No to w tym też jestem inna. Odpoczywam, kiedy jestem zmęczona. Choruję, kiedy się źle czuję. Nie jestem robotem i nie jestem mamą Alicji z reklamy Vicks. Na pewno nie. Wiem doskonale, że na nie dając sobie prawa do czasu dla siebie, skończyłabym w psychiku, albo po prostu bym zeszła z wycieńczenia. Nie wiem jakiś zawał może też wchodziłby w grę. Zasłabnięcie przy dziecku to wersja light. Kiedy Marta miała jakieś trzy lata, zaczęło mi bardzo doskwierać wstawanie o szóstej, piątej nawet rano, kiedy ona się budziła. Rozwiązałam to w taki sposób, że przestałam kłaść ją na popołudniową drzemkę. Z początku było ciężko. Bo płakała itd. Ale bardzo dużo pracy i energii włożyłam w odwracanie jej uwagi od senności. Tym samym wyrównywała sobie deficyt snu w nocy. I w ten sposób, idąc spać o ósmej na przykład, wstawała o ósmej, dziewiątej rano, śpiąc ciągiem właśnie te 12-13 godzin. I okazało się to na tyle łatwe i fajne do lepienia, że długość snu pozostała bez względu na porę pójścia spać. Zatem jeśli dzisiaj, mając 7 lat, pójdzie spać ok 22. co się zdarza, to mamy spokój do 10-11 rano następnego dnia. No i tak to ja mogę funkcjonować. „a kiedy sprzątasz, gotujesz, prasujesz?” – spytała z przejęciem Młoda Dziewczyna. „sprzątam na bieżąco, słuchaj. tak wiesz, raz to, raz tamto. gotuje mi głównie mama. weki robi. indyk, kurczak. tutaj też przywiozłam kilka. nie prasuję w ogóle. a koło siebie robię, jak Marta pójdzie spać na noc. idę sobie do wanny i takie tam. po godzinie jest z głowy”. I wtedy spojrzałam na jej wózek.

Mama bardzo uporządkowana

No to tutaj to jest jakaś przepaść totalna. Mój wózek prawie zawsze, a na pewno w ciągu tygodnia, bardziej przypominał skład dóbr wszelakich, niż wózek dziecięcy. W miejscu na zakupy było wszystko. Siaty z zakupami, kocyk, butelka wody, gazety, ciuchy na przebranie. To wszystko bardziej upchane niż ułożone. Zabierałam ze sobą pół domu i, o dziwo, prawie zawsze to wszystko było mi potrzebne. Fakt, zanim wyciągnęłam z tej sterty to, czego szukałam, mijała pora roku. I już potem na cholerę mi to było. A już w wersji wakacyjno-plażowej, to tego towaru na dole było tyle, że na stragan by starczyło i jeszcze mogłabym ciut porozdawać. Jej wózek natomiast, był…pusty. Nie było tam nic. Nawet okruszka, które u mnie sobie czasami wczasy dwutygodniowe z wyżywieniem wykupywały. U niej błysk. No nawet paczki chusteczek nie było. Obleciałam wzrokiem resztę wózka i miała tylko torbę, wcale nie jakoś super wypchaną, zawieszoną na rączce. „jak ona to do cholery robi?”. „a jak udaje Ci się mieć taki porządek w wózku. bo wiesz, ja to kompletnie tego nie potrafię. popatrz, no. podziwiam Cię, wiesz”. „to nic trudnego. po prostu nie zabieram nic ze sobą”. „aaaa, no tak”. Pomyślałam wtedy, że ja tak nigdy nie będę umiała. Że może w tym właśnie ja chciałabym być dokładnie taka, jak ona. Że czasami mam wrażenie, że powinnam nawet. Ale nie umiem.

Matki są inne

I tak sobie szłyśmy, gadałyśmy, dwie kompletnie różne mamy. Czy też dwie różne kobiety? Nie wiem. Na tyle mocno się nie poznałyśmy i tematów innych niż macierzyńskie nie poruszałyśmy. I gdyby nie to, że Młoda Dziewczyna zapłakana wywaliła mi, że chce być taka jak ja, to prawdopodobnie kompletnie by mnie to nie obeszło, te różnice. Bo każdy swój koszyk plecie. Co mi do tego czy ona eko, czy odpoczywa i w czym pierze. Ale zastanawiam się nad jednym: Młoda Dziewczyna była bardzo przekonana do jej sposobu bycia mamą. Broniła jak lwica tego, w co wierzyła. Wspaniale. Byłam na serio pełna podziwu kiedy próbowała mnie przekonać o wyższości pieluch tetrowych nad pampersami. Fascynują mnie takie ortodoksyjne przekonania. A z drugiej strony Młoda Dziewczyna, płakała, że ma dosyć, że jest wycieńczona. I to mi nie już nie składa.

Przekonanie o swojej racji może być na tyle silne, że nie potrafimy złapać tego momentu, kiedy ta racja zaczyna nam samym mocno uwierać, a nawet nam szkodzić.

Tak silnie czasami chcemy mieć rację i żeby wyszło na nasze, że nawet wtedy kiedy sami dostajemy za to po tyłku, za nic nie przyznamy się, że no może akurat w tym momencie powinniśmy odpuścić, zejść z kursu, przyznać się do błędu.

Więc może jednak warto by było, żeby Młoda Dziewczyna jakoś zweryfikowała swoje zachowanie, coś zmieniła. Skoro płacze i sama przyznaje, że jej ciężko… Tylko co mi do tego?? Przecież to w dalszym ciągu ona oberwie po własnym tyłku.

Pamiętam kiedyś byłam ze znajomą na kawie. Ot, siedzimy, gadamy. Dawno się nie widziałyśmy, to i gęby nam się nie zamykały. A, że potem miałyśmy razem iść na wystawę do Zachęty, to czułyśmy się naprawdę wyjątkowo. Ta wystawa, to było coś, na co ona, ta znajoma, namawiała mnie od miesięcy. A ja nigdy nie miałam a to czasu, a to chęci. No, ale w końcu tak naparła, że uległam. Marta w przedszkolu, ja w miasto. I tak siedzimy, plotkujemy, a ona dostaje telefon. Od jej mamy, która została z jej synem. Miał wtedy pięć czy sześć lat, ale że miał lekki katar, to został w domu. Znajoma wstała, odeszła od stolika. Widzę, że coś nie halo, bo jakoś tak przygięła się wpół. W końcu wraca, Łzy w oczach. „muszę lecieć”. „co?? no chyba żart jakiś. jako to lecieć??”. „mały płacze, że chce do mamy”. „no jasne, że chce do mamy. to oczywiste. dziwne nawet gdyby nie płakał”. „no, ale on chce do mamy”. „nie no jasne. a Ty chciałaś pójść na tę wystawę. od miesięcy”. „ale on chce mnie, mamy”. „a chcę Ciebie, przyjaciółki, a Ty chcesz iść na tę pieprzoną wystawę. i chciałaś tego od dawna. marzyłaś o tym, żeby to zobaczyć na żywo”. „muszę lecieć. nie mogę go zawieść”.

Dzwoniła później, pytała jak było. Skłamałam, że beznadziejnie i brzydkie to takie było wszystko. Powiedziałam, że dobrze zrobiła, że wybrała Jaśka. Jasne, że czułam się z tym fatalnie. Bo było pięknie, wspaniale i z pewnością żałowałaby, gdyby wiedziała co straciła. Ale wiem, że to chciała usłyszeć. Że to jej było potrzebne, żeby potwierdzić swój wybór.

I tak się zastanawiałam jeszcze bardzo, bardzo długo. Dlaczego ona to zrobiła? I dlaczego ja czegoś takiego bym nie zrobiła? Co to mówi o mnie, a co o niej? Ona jest troskliwa, ja zimna jędza?

I dzisiaj wiem, że nie ma to żadnego znaczenia. Że jej rezygnacja z własnych przyjemności dla całkowitego poddania się dziecku i pozwoleniu na przejęcie kontroli nad jej życiem, to jest wyłącznie jej prywatna sprawa. I tak samo powiedziałam jej, kiedy zadzwoniła kiedyś z płaczem, że ona wie, że wtedy, w tej Zachęcie, to ona powinna ze mną zostać. Bo to po nic było. Że właśnie dziesięcioletni Jasiek mówi do niej „posprzątaj mój pokój” i trzaska drzwiami w drodze na podwórko. A ona tak dla niego się poświęcała.

To też jest jej sprawa.

A moją sprawą jest też, czy moja Marta kiedykolwiek wypominałaby mi, że nie przybiegłam do niej na skrzydłach miłości matczynej, kiedy ona za mną płakała. Mnie wystarczało i czułam się z tym bezpiecznie, że jeśli już to się działo, był z nią wtedy ktoś bliski: jej tata, jej dziadkowie, ciocie, wujkowie. I zawsze słyszała, że mama wróci, ale teraz jej nie ma.

Czy ja jestem suką egoistką, a moja znajoma troskliwą mamą?

Czy ona może mi w twarz rzucić „Jasiek jest dla mnie najważniejszy”, a ja nie mogę odpowiedzieć jej tym samym o mojej Marcie? Skąd!! Ani to, że ona jak oparzona wyskoczyła do dziecka, ani to, że ja nie wyskakuje, nie jest miarą naszej miłości do naszych dzieci. To jedynie przykład na to, że je jestem inna i ona różni się ode mnie. Nic więcej.

Jeśli któraś z mam robi i myśli inaczej niż ja, nie znaczy to od razu, że ja robię źle. Ocenianie siebie na podstawie tego, czy i jak bardzo różnimy się od innych, nie ma najmniejszego znaczenia. Każdy bowiem dokonuje własnych wyborów. Nie moich, Twoich, ale własnych

I takie różnice nic innego nie robią, tylko to, że są. Mnie nie trzeba nazywać „gorszą” matką, ani jej „bardziej troskliwą”. Żadna z nas nie jest gorsza czy lepsza, dlatego, że się od siebie różnimy.

I każda z nas będzie z tym kisić się we własnym domu. Jej oberwało się od Jaśka, mnie przyszło kilka razy tłumaczyć Marcie dłużej i mocniej niż inne rzeczy, że mamusia potrzebuje czasu dla siebie. Że są rzeczy, które bardzo mamę interesują, których mama potrzebuje, które mama musi zrobić. Ale to nie znaczy, że mniej troszczę się o nią. Bo to zupełnie dwie różne rzeczy są.

Czy zrozumiała? Nie dalej jak chyba jakoś na wiosnę tego roku, na przystanku autobusowym, moja Marta mówi do mnie „mamusiu, ja bym nigdy nie chciała żebyś ty tak tylko dla mnie żyła i spełniała wszystkie moje prośby. zapraszam Cię do kawiarni „jakuraniedomowa”. czy jak to był ten Twój blog? a poza tym bardzo bym chciała żebyś wróciła do swojej manufaktury. tak uwielbiałaś to robić. może jeszcze wrócisz, prawda? kocham cię mamusiu bardzo”.

Mnie to wystarczy. Więcej nic.

Ale nie musi wystarczyć Tobie, ani innej mamie.

A czy Tobie zdarzyło się myśleć o sobie właśnie kategoriami „chciałabym być taka, jak tamta matka”?


Zapisz

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Dluuuuugi wpis. Kiedyś nanjedmym z moich blogów opisałam kategorie matek, ale niestety nie zapisałam sobie tego. Są mamusie, mamy i matki oraz hetery 😉 ja jestsm na wpół mamą, na wpół matką. Ogólnie rzecz biorąc, ta młoda mama, to tska typowa mama internetowa. To co przeczytała, to praktykuje.

    • Kilińska

      Nie ma znacznie jaką mamą jesteśmy wg nas. Nie ma znaczenia jak my siebie zaszufladkujemy. Czy jestem taką, czy inną matką. Najważniejsze jest to, że jesteśmy najlepszymi matkami dla naszych dzieci. To one weryfikują nas, jako ich rodziców, matki. Reszta nie ma najmniejszego znaczenia.

  • Mada

    Wow. Dzięki za ten tekst. Bo myślałam już, że tylko ja jestem taką „niedobrą” matką. A jednocześnie nigdy (NIGDY) nie zdarzyło mi się pomyśleć, że chciałabym być jak jakakolwiek inna mama.

    • Kilińska

      I właśnie to, że nie chciałabyś, jest po pierwsze najlepszym dowodem na to, że nie ma to najmniejszego znaczenia, czy jesteśmy inne, czy podobne. To „zła, niedobra, lepsza, dobra, gorsza” to stereotypy, w jakie albo dajemy się wkręcić albo nie. To taki przymus zaszufladkowania, żeby mieć punkt odniesienia. A jedynym naszym puntkem odniesienia, jako dla matek, są nasze dzieci. A po drugie, to że nie zdarzyło Ci się pomyśleć, to znaczy, że absolutnie nie miałaś powodów, żeby to robić. Zuch!

  • wychodzi na to że ja też jestem „inna” 😀

    • Kilińska

      I świetnie!!! Bo nie chodzi o to, żeby być podobnym. Nie musimy. To co musimy, to być najlepszymi matkami, jakimi możemy być, dla naszych dzieci. Te różnice, jeśli dobrze się z nimi czujemy, jeśli widzimy, że naszym dzieciom też jest z nimi dobrze, jeśli nasze rodziny funkcjonują tak, że całość jest spełniona, szczęśliwa, wartościowa, to co komu przeszkadza pranie w orzechach czy burdel w wózku?? Nasze wybory, nasze tyłki, a przede wszystkim nasze dzieci. Reszta jest nie istotna.

Przeczytaj poprzedni wpis:
MAM OBWISŁE CYCKI I CELLULIT

Znowu powtórka. Tym razem spojrzałam do lustra i powiedziałam do siebie "masz obwisłe cycki i cellulit". I trochę dla siebie,...

Zamknij