Dlaczego to sobie robiłam?

Po latach wysłuchiwania co powinnam jako matka, przyszedł czas na to żebym to ja powiedziała czego chcę od życia. Tylko czy na pewno jestem na to gotowa?

Mamy XXI wiek, więc mogłoby się wydawać, że powinnam, jako kobieta, być w miarę nowoczesna, mieć otwarty umysł i próbować chociaż nadążać za tym pędzącym rozwojem wszystkiego dookoła. Kawa robi się sama, aplikacja w komórce kieruje mnie do najbliższego kibla publicznego i mówi ile mam czasu na siku.

Ale kiedy popatrzę gdzie jestem w tym, jak przez większość czasu traktowałam macierzyństwo i wszystko, co z nim związane, to pozostałam gdzieś tak w średniowieczu i wszechobecnym w tamtych czasach kulcie Matki Boskiej.

Przez bardzo długi czas traktowałam bycie matką jako stan specjalnej uwagi i doskonały jako wymówka. A to nie mogę iść do pracy na pełen etat, bo przecież mam dziecko. A to nie mogę myśleć o sobie, bo nie ma o kim, bo jako matka złożyłam siebie na ołtarzu rodziny. A to w końcu nie mogę powiedzieć, że mam dość no bo przecież jestem matką, a matka nigdy dość nie ma.

I tak pozostawałam w kulcie Matki Nieustającego Poświęcenia, której jedyną misją życiową jest oddanie siebie w całości, mentalnie i fizycznie, rodzinie i dzieciom. To, czy mi to wychodziło, to już zupełnie inna sprawa.

I odnoszę wrażenie, że bardzo dobrze wpisywałam się w obowiązujące trendy. Bardzo szybko odnajdywałam koleżanki z klubu i tak samo szybko dogadywałyśmy się, że jesteśmy tak pięknie na tych ołtarzach ułożone, że aż szkoda nas ruszać. Czułam się doceniana i dopieszczana. Miałam poczucie wypełnienia misji nadanej mi przez społeczeństwo w momencie, kiedy będąc jeszcze w łonie mojej mamy, wykształciła mi się pochwa, a nie penis.

Bo co się stanie, nie wiem czy Wy też to tak widzicie, kiedy odmówimy wykonania zadania w taki sposób, jak to zostało zapisane w tradycji ludu? Kiedy otwarcie powiemy „Teraz ja!” jednocześnie pchając wózek z rocznym bobasem w środku – własnym, żeby nie było wątpliwości.

Otóż jaki jest pierwszy odruch? Jakie pytania padają jako pierwsze? „Wracasz do pracy? Od kiedy? Gratulacje!”, albo „A co planujesz? Co masz na myśli?”. Nie, te nie. Jako pierwsze większość z nas usłyszy „A co z dziećmi?”.

Tylko czy ja podświadomie nie chcę usłyszeć właśnie tego ostatniego pytania?

To, czego bowiem nie chciałam dopuścić do siebie, to fakt, że całą masę mojej aktywności wokół dziecka i domu, mógł za mnie zrobić ojciec dziecka, niania, gosposia – zwał jak zwał. Ale dlaczego nie w smak mi było takie rozwiązanie?

Bo, po pierwsze, gdybym rozłożyła ten ciężar odpowiedzialności i pracy na dwie, trzy osoby, odebrałabym sobie tytuł i koronę Matki Nieustającego Poświęcenia. A wtedy nie byłoby za co mnie chwalić. A matkę, która całe życie poświęca dziecku i mirowi domowemu zawsze jest za co pochwalić, ot właśnie chociażby za to poświęcenie.

Po drugie, nie byłoby za co mnie kochać. Bo z tyłu głowy nosiłam taką myśl, że kochają mnie za to wszystko, co dla nich robię. Nie za to, że jestem w ogóle. Ale za te podane obiady i kolacje, posprzątane pokoiki, wyprasowane ciuszki, zorganizowane zajęcia pozalekcyjne, drugie śniadania i obiady do szkoły i pracy. „Za co mnie będą kochać, jeśli tego nie zrobię?”.

Po trzecie, bałam się reakcji innych matek. Zbiorowość bardzo mocno piętnuje te kobiety, które albo dzieci nie chcą mieć – te to dopiero mają przesrane na całej linii!!! – albo je mają, ale nie rezygnują z siebie. Co więcej, traktują macierzyństwo jako kolejne źródło mocy, dzięki któremu nie dość, że odkrywają swoje do tej pory ukryte talenty, to jeszcze zaczynają chcieć od życia czegoś więcej niż tylko spełnienia jako matka. Tolerancja na dążenie matki do osiągnięcia równowagi pomiędzy miłością do dziecka a realizacją własnego ja, jest bardzo mała, granicząca z odrzuceniem.

A to ja, matka, muszę jako pierwsza zrozumieć, że nie muszę wybierać pomiędzy mną, a macierzyństwem. Że jest czas na dziecko i jest czas na to, żeby, wciąż go kochając, zacząć, równie intensywnie, myśleć o sobie. Bo jeśli już ja to zrozumiem, będę mogła powiedzieć o tym światu. Podzielić się tą odkrywczą myślą, że oto inni też mogą pozmywać, posprzątać, zmienić pieluchę, tachać siaty ze spożywczaka, nakarmić dziecko butelką czy wynieść śmieci, o podaniu obiadu nie mówię. A dlaczego? Bo tak, jak ja zostali obdarzeni dwoma kończynami na górze i na dole. Mają mózg, w którym uruchamiane są procesy myślowe przyczynowo-skutkowe, nie twierdzę, że cały czas, ale czasami i owszem. U nich, tak jak u mnie, działają narządy wzroku, powonienia i mowy. To wszystko składa się na wniosek, że jesteśmy dokładnie tak samo dobrze wyposażeni do wykonania wyżej wymienionych czynności.

W czym tkwi zatem kwintesencja kobiecości i macierzyństwa według mnie? Otóż jest to korzystanie z najbardziej cennego i ekscytującego talentu, jakim zostałam obdarzona, mianowicie z umiejętności stworzenia całkiem nowego człowieka, żywego stworzenia, z krwi i kości. Dane mi było zostać współproducentem najcudowniejszej istotki, jaką moje oczy widziały.

I tak sobie myślę, że nie po to zostałam tak wyróżniona, jak zresztą miliony nas na całym świecie, żeby jedynym co miałabym jej do zaproponowania z mojej strony, były idealnie opakowane kanapki do szkoły czy ultra gładko wyprasowane bluzeczki z koronką i przeświadczenie, że wyłącznie to jest treścią mojego i powinno być treścią jej życia.

Moim zadaniem, które przyjęłam z największą miłością, oddaniem i szacunkiem, jest pokazać jej na własnym przykładzie, jak może wyglądać jej życie. Że nie musi wybierać między byciem mamą, a życiem pełnym miłości do samej siebie i satysfakcji z bycia sobą. Że nie musi spełniać niczyich oczekiwań, a może robić to, co każe jej serce i podpowiada rozum. Że może mieć i realizować również własne marzenia. Że będzie odnosić sukcesy, ale też nie raz upadnie, co nie będzie znaczyć, że jest gorsza od innych. Że jednym z najpiękniejszych doświadczeń w jej życiu będzie podniecenie, jakie czuje człowiek wyruszający w drogę, której końca nie jest pewien.

I że pomimo tego wszystkiego, czego dla niej pragnę i tak na końcu zawsze najbardziej cenić będę jej wybór. Będę wspierać ją na każdym kroku, nawet jeśli nie będę jej rozumieć. Chcę żeby wiedziała, że kocham ją bezwarunkowo, dokładnie tak jak kocham samą siebie i marzę o tym, by i ona siebie tak pokochała.

A Ty co robisz sobie jako matka? Jaka jesteś dla siebie? Czym dla Ciebie jest Twoje macierzyństwo?

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
CO ZROBIŁA PANI GRETKOWSKA

Każda z nas obdarowana została zdrowym rozsądkiem i wolną wolą. Ten duet pozwala nam między innymi wybierać z tego, co...

Zamknij