KSIĘŻNA KATE NIE MA PRAWA

Kate Middleton, mama dwójki maluchów, żona Williama. Czy różni się od każdej innej mamy z dwóją dzieci i mężem przy boku? Teoretycznie niczym. Praktycznie wszystkim. Jest bowiem Księżną. Jej dzieci są pretendentami do tronu królewskiego. Księżna Kate mieszka w pałacach. Lata po świecie. Zaraz po tym jak założy byle kieckę, producenci tejże albo zarabiają na następne dziesięć lat, albo bankrutują. Jej mąż pojedzie na imprę z kumplami, potańczy w disko i już cały świat o tym wie. Czy może mieć w takim razie cokolwiek wspólnego z nami, szarakami??

Ona czuje

Tak jak Ty, ja i my. Ma serce i mózg. Kocha, nienawidzi, potrzebuje, tęskni. Jej serce bije mocniej za każdym razem, kiedy bierze na ręce swoje dzieci. Tęskni za dziećmi, kiedy po raz kolejny musi pojechać gdzieś bez nich. Boi się za każdym razem, kiedy pomyśli, że nie jest w stanie przewidzieć przyszłości swoich dzieci i zagwarantować im stuprocentowego bezpieczeństwa. Wzrusza się, kiedy widzi swoich rodziców, którzy bawią się z jej dziećmi. Płacze, kiedy mówi o tych, których nie ma już z nią, a którym chciałaby opowiedzieć jak cudownie jest być mamą jej dzieci. Ma czyli dokładnie tak samo, jak inne matki. Czym więc się różni?

Księżna Kate mówi

Na pierwszy rzut oka to bez sensu. Jak to „ona mówi”? A ja nie? Ja mówię. Owszem. I Ty mówisz, jasne. Tylko różnica polega na tym, o czym ona mówi, a czego nie mówimy my. Jeszcze kiedy była mamą tylko jednego dziecka, księżna zabrała głos w sprawie zdrowia psychicznego dzieci.  W kontekście jak istotne, super ważne jest to, aby rodzice byli świadomi ich odpowiedzialności za to jakie zdrowie emocjonalne ich dziecko wyniesie z domu. I jak ważne, obok zdrowia fizycznego, jest to ważne, a często lekceważone, spychane na plan drugi.

Kilka dni temu natomiast wystąpiła na spotkaniu charytatywnym pod hasłem „Out of the Blue” co można tłumaczyć jako „Nie wiadomo skąd”. I tym razem skupiła się na emocjonalnej stronie macierzyństwa:

„Jest pełne skomplikowanych emocji radości, zmęczenia, miłości i zmartwień zmieszanych razem. Twoja podstawowa tożsamość zmienia się w jedną noc. Przestajesz myśleć w pierwszej kolejności o sobie jako o osobie, by nagle być przede wszystkim mamą”.

W pięknie szczery sposób, kobieta, którą codziennie obserwują miliony ludzi na całym świecie, ma odwagę powiedzieć „hej, bywa ciężko. to nie jest sielanka”. Mnie serce się otwiera. Nie dlatego, że mam chorą satysfakcję, kiedy okazuje się, że nie tylko ja tak mam. Ale dlatego, że jeśli ktoś tak popularny jak ona mówi o macierzyństwie w taki sposób, obdzierając go z różowo-błękitnego welonu doskonałości, to być może ośmieli to inne matki do tego, żeby wyszły z cienia.

Dobrze mówić o macierzyństwie, jako o cudownej rzeczy. Ale musimy też porozmawiać o związanym z nim stresie i wysiłku. Nie jest to łatwe, a prośba (matki) o pomoc nie powinna być postrzegana jako oznaka słabości.

Jej nie wolno

Jest księżną. Ma wszystko. O jakich „trudach macierzyństwa” ona w ogóle mówi? Jakim prawem w ogóle? Czy ona w ogóle ma kontakt z tymi dziećmi? Przecież ciągle jej nie ma przy tych dzieciach. Co ona w ogóle wie o byciu mamą?

Z jednej strony nie księżna na temat trudów macierzynstwa powinna się wypowiadać, ponieważ od wychowania ma sztab wykfalifikowanych do tego ludzi. Ale muszę stwierdzić, że bardzo się postarzala… chyba stresy z bexitem związane”.(pisownia oryginalna)

Tak właśnie księżną jako matkę widzi inna … matka. Po czym następuje rozwinięcie:

To jest wiadome, ale oprócz prania, gotowania i sprzątania, ma również opiekunki do dziecka, nie zajmuje się nim sama. To nadal monarchia 🙂 Nawet zatrudniła swoich rodziców jako administratorów rezydencji, aby nie musieć samej nadzorować służących. Ma też swoje obowiązki poz dzieckiem takie jak wyścigi konne, wyjazdy oficjalne z mężem, imprezy charytatywne, turnieje.. Czy przy dwójce małych dzieci znalazłybyście na to czas? Ja przy jednym, nie mam czasu na kosmetycznkę, czasu dla siebie… Nie jest zmęczona opieką nad dzieckiem, bo ma wielu pomocników, a większośc z nas niestety nikogo”. (pisownia oryginalna)

Czyli co? Pani Księżna generalnie ma pozamiatane na całej linii. Nie dość, że służący, asystenci to jeszcze mamusia i tatuś pomagają żeby ulżyć córci i wnukom. No to czym ona jest zmęczona? Byciem księżną?? Moment. A co to oznacza, że ona jest księżną? Nic innego tylko to, że to jest jej praca! Tak, ona i jej mąż mają taki zawód. I nie na osiem godzin jak przeciętna Kowalska. Ale dwadzieścia cztery na dwadzieścia cztery. I nie ma macierzyńskiego lub zwolnienia. Powiedz, co robiłaś kilka godzin po porodzie pierwszego dziecka?? Hm, odpoczywałaś? Ja spałam smacznie ze znieczuleniem w dupie. Ona, bo tak nakazywał obowiązek bycia księżną i matką przyszłego króla, dygała z noworodkiem na rękach przed kamery i mimo, że być może rwało ją w kroczu i z cycków leciało, stała i uśmiechała się do tłumów. W tym też miała pomocników?

Czy ja, gdybym miała dwójkę dzieci, dałabym radę być księżną??? No skąd!! Podobnie jak autorka tej jakże wysublimowanej oceny kondycji macierzyństwa księżnej Kate, przy jednym ledwo daję radę wyrzucić śmieci. W zasadzie to nie wyrzucam tylko stawiam na balkonie i stary dyga z nimi na dół. A co dopiero w jakieś podróże po całym świecie latać, spotykać się z ludźmi, którzy gówno mnie interesują, sypiać w hotelach, często bez dzieci, albo gdzieś pomiędzy kontynentami w samolocie! W życiu. Wolę poprzytulać się z Martą i jej tatą, iść sobie na spacer, pojechać do kina czy do babci na rosołek.

Nóż mi się otwiera!!! Nie rozumiem tego. Serio. Albo krótkowzroczność. Albo niezrozumienie tematu. Albo tak głęboko zakorzeniony stereotyp tego, czym jest bycie matką, czyli jedynie gary, prasowanie, gotowanie i przewijanie.

W czym tkwi problem?

I tak siedzę od tych kilku dni, czytam te komentarze, nie wszystkie na szczęście w takim tonie jak ten przytoczony i zastanawiam się, o co chodzi? Czy odmawianie księżnej prawa do mówienia o trudach macierzyństwa nie jest typowym zachowaniem społeczności matek? O co chodzi na przykład kiedy matka publicznie, choć anonimowo, obrzuca inną matkę, że „nie wypiłaby u niej herbaty z obrzydzenia” bo ta ma u siebie brud i syf. Albo kiedy jedna mówi do drugiej, że „powinnaś dokonać samospalenia na stosie”, kiedy ta pierwsza opowiada o kryzysie matki noworodka. I … nie znajduję na to odpowiedzi. Nie rozumiem dlaczego matki to najbardziej zwalczająca się wzajemnie grupa społeczna? Dlaczego my matki zamiast się wspierać, rzucamy sobie pod nogi kłody jedna za drugą?

Dlaczego jeśli matka da na imię dziecku Zdzisław inna mówi jej, że jest kretynką i powinna się leczyć?

Dlaczego przyjaciółka matka mówi swojej przyjaciółce w ciąży „zobaczysz, będziesz miała tak samo” kiedy jej dzieje się źle?

Dlaczego matka matkę pyta „a co ty umiesz, co ty potrafisz???”, kiedy ta druga opowiada o swoich zawodowych planach???

Dlaczego, żeby nie oberwać od innych matek musimy rodzić siłami natury w bólach i z porżniętym, najlepiej na żywca, kroczem i dopiero wtedy te inne matki przyznają, że wiemy czym jest poród?

Dlaczego, żeby inne pomyślały o nas dajemy dziecku „to, co najlepsze” musimy karmić piersią?

Dlaczego żeby inne nie wytykały nas palcami że jesteśmy syfiary, musimy dwanaście godzin na dobę robić koło domu, dzieci i starego po czym około dwudziestej drugiej zrobić sobie zdjęcie z kubkiem herbaty z podpisem „mieszkanie posprzątane, dziecko śpi, obiad na jutro ugotowany i w końcu mogę wypić herbatę”?

I w końcu, ale nie jako najmniej ważne, dlaczego macierzyństwo widziane jest głównie przez pryzmat wysiłku fizycznego? Poświęcenia matki? Dlaczego matka, która wypluwa z siebie flaki ma być lepsza niż ta, która korzysta z ułatwień jakie podsuwa jej dzisiejszy świat? Dlaczego ta druga oskarżana jest o chodzenie na łatwiznę, omijanie odpowiedzialności?

Dlaczego jeśli pokażemy zdjęcia dwóch kobiet, jednej smutnej, wymęczonej, z tłustymi włosami, obładowaną siatami i drugiej, wypoczętej, uśmiechniętej, z gazetą w ręku i spytamy, która z nich jest matką, w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto wskazanie padnie na tę pierwszą?

Dlaczego matka, choćby nawet była księżną czy królową, nie dla wszystkich ma prawo do przeżywania gorszych chwil? Dlaczego zakłada się, że trudy macierzyństwa takiej księżnej zrekompensują jej wszystkie inne przywileje? Dlaczego jeśli stać nas na nianię, panią do sprzątania i gotowania nasze problemy, jeśli się z nich zwierzymy, komentowane są zwykle „a co ty w ogóle wiesz o prawdziwym życiu?”?

I powiem absolutnie szczerze: nie mam pojęcia. Nie znam odpowiedzi na te pytania. Mogę sobie tylko gdybać. Mogę przypuszczać, że chodzi o niskie poczucie własnej wartości. Albo o wysokie, ale bardzo niepewne, nietrwałe. O to, że tamtej musi być zawsze na wierzchu. O to, że się nie udało, wciąż nie udaje i dlatego trzeba przypierdolić drugiej, żeby uszło napięcie. Może o zazdrość? Może o strach? Może o ból przyznania się do błędu, błędów i przykrywanie go upadlaniem innych?

Dlaczego nie razem?

Mieszkamy tuż przy wale wiślanym. To taki spacerniak bez końca. Dla nas miejsce spaceru z psem. Głównie. I tak podczas tych spacerów obserwuję mamy z wózkami. A jest tu ich tak co drugi metr. I nigdy nie widzę ich … razem. Żadna też się nie uśmiecha. Ja szczerzę co i wózek te swoje przyżółkłe protezy, a one nic. I nie to, że do mnie, starej z psem się nie uśmiechają. Do siebie też nie. Jedna mija z drugą pchając te gondolę przed sobą i nic. Zero reakcji. Zero kontaktu. Dlaczego? Ja rozumiem, że czasem i lepiej samej. Też miałam takie spacery, że najpierw póło godziny trzęsłam tym wózkiem i latałam po wertepach żeby tylko usnęła. I kiedy już się udało, to ani mi w głowie było z kimś cium-cium, tylko byle wyrobić te dwie godziny na świeżym i do domu. Ale to teraz każda tak ma non-stop? Przecież tyle sobie można fajnego poopowiadać. Tyle powspominać. Czasem i obcemu łatwiej się zwierzyć niż swojakowi. W czym więc jest problem? Czy znowu zazdrość, zawiść z tego wynikająca? Obojętność?

Czym zawiniłyśmy, my zwykłe matki?

Dlaczego tym, które są „normalne”, bez loków, dziubków, z bałaganem i garami w zlewie, dostaje się zwykle najmocniej? A może to wciąż obecny wśród nas stereotyp matki doskonałej? Że tak strasznie, za wszystko na świecie, te pozostałe matki chcą być tymi idealnymi? I dlatego nigdy, przenigdy nie przyznają się do tego, że im też czasem nie wyszło. I dlatego wobec każdej, która mówi o tym otwarcie, czują jakiś koszmarny obowiązek obrzygania jej krytyką. Czują przymus zabrania tamtym chwil radości, szczęścia czy dumy z siebie. Albo umniejszenia ich wartości, kiedy okaże się, że tamte osiągają coś więcej, niż tylko pozmywane gary i uprane śpioszki. Lub znajdują spełnienie w byciu po prostu matką dzieci i żoną, partnerką z krwi i kości, a nie wypełnionym sztucznością ( i często botoksem) balonem z napisem „jestem zajebista, bo mam czysto”. Taka wizytówka krainy wiecznej szczęśliwości bycia mamą z nigdy nie zaspokojoną potrzebą oblewania innych matek jadem i żółcią. Krainy pozornej, na pokaz, zakłamanej, w samotności i bardzo, bardzo nieszczęśliwej.

Czy jestem ich wrogiem? Nie. Wierzę, że kiedyś będzie inaczej. Że może zmieni się to dzięki temu, że jedna z najpopularniejszych kobiet na świecie, mówi o tym, że bycie matką nie jest proste. Nawet jeśli ma się do pomocy sztab ludzi. Że ten świat matek nie jest idealny. Że najważniejsze dla matki jest podać jej rękę i powiedzieć „rozumiem cię, jestem przy tobie” czy czasem „mam tak samo”, a zawsze „jestem z ciebie dumna”. Wierzę, że te wszystkie mamy, które dzisiaj stoją po zupełnie innej stronie niż Paulina, Ewelina, Paulina, Beata, ja i wiele innych mam, pokochają siebie takimi, jakie są, bez ozdobników. I zrozumieją, tak jak my, że takie właśnie są najpiękniejsze. A przy okazji zobaczą w nas, tych zwykłych matkach kogoś, komu warto, tak po prostu, podać rękę.


Jeśli piszesz blog i napisałaś, albo chcesz napisać tekst zmotywowana tym, co mówi Kate, namawiam Cię do tego. Im więcej nas zabierze głos, tym być może zrobi się normalniej. A, i daj o sobie znać, koniecznie! Czekam i dziękuję!

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Podpisuję się pod Twoimi słowami ręką, nogą, łokciem!!!

  • Mama Tosiaczka

    Dla mnie księżna Kate jest naturalna i prawdziwa. Chyba dlatego ludzie tak ją kochają.

  • Nie przyszłoby mi chyba do głowy, by tak głęboko analizować wypowiedź księżnej Kate. Niespecjalnie jest ona dla mnie autorytetem w kwestii wychowania dzieci i jak dla mnie mówi o oczywistościach. Chyba w to, że macierzyństwo jest usłane wyłącznie różowymi kocykami wierzą już tylko faceci ze starego pokolenia, którzy nawet wózka nie pchali 😉

  • Em przecież to polityka. Inwestycja w przyszłość i sugerowanie, że przyszły monarcha jest wychowywany odpowiedzialnie. A skoro jest dobrze wychowywany, to trzeba udzielać rad.
    Mi nad głową powiewa inna flaga i mam wyczesane na mądrości korony brytyjskiej.

  • jakiś czas temu słyszałam w radiu wypowiedź jej męża. mówił, że rodzicielstwo to wyzwanie życia. i pomyślałam sobie wtedy „ha! i on też tak czuje!”. bardzo fajnie, że poruszyłaś ten temat. myślę sobie, że lekko to oni nie mają, ale ta ciężkość jest w innym gdzieś miejscu niż nasza, moja znaczy. w ogóle wszystko się zmienia, jest inaczej, zależnie od warunków. np. inaczej się czuje matka z dziećmi 24/7, inaczej matka pracująca wiele poza domem.
    a na miejsca z księżną nie zamieniłabym sie w życiu! pierdnąć i słuchać komentarzy z całego świata? eee, nie, dziękuję 🙂 już mi mój własny, choć mały, wystarczy 😉

    • widzisz Beatka, moim zdaniem nie ma żadnej różnicy między Tobą i mną a księżną Kate. Emocjonalnie. Zobacz, ile razy myślałaś, że jest ci ciężko? Ja setki. Ona też. Ile razy czułaś się samotna ze swoimi problemami? Ja setki, ona też. Ile razy bałaś się, krępowałaś przyznać się do czegoś? Ja setki, ona też. Emocjonalnie jesteśmy z jednej gliny. Ona tylko nigdy nie ma zlewu pełnego garów.

      • a ja myślę, że są róznice. nie znaczy to, że odmawiam komuś prawa do emocji, na pewno nie. bardzo się nasze sytuacje róznią, są skrajne. i w innym miejscu się osadza ciężkość, mam wrażenie. patrzę na swoją sytuację i widze dokładnie te róznice w emocjach i stanie w ogóle. inaczej mi „ciężko” teraz, inaczej, kiedy byłam sama z dziećmi non stop, tak totalnie non stop, każde zakupy z dziećmi, każdy kibel z dziećmi, każdy obiad przygotowany z dziećmi. moja sytuacja byłaby wtedy znacznie lepsza, gdybym chociaż mogła wyjechać sama z domu, np. po chleb. a to był luksus, czasem jest nadal. i następuje zmęczenie materiału, ma się tych dzieci tak dość, że .. ach tam. a są mamy, które mają wsparcie codzienne, umyją się w spokoju, umalują, wyjdą po zakupy, wyjdą samotnie po bluzkę. taka mama ma szanse lubić swoje dziecko hahha 😉 nie odmawiam tej mamie emocji, oczywiste, ale gdyby zabrać jej to wsparcie, odczułaby dodatkowe ciężary. tak jak ja, gdyby mi doszła choroba dziecka. właśnie, mama z chorym dzieckiem, tez ma w innym miejscu ciężkość. i patrzy pewnie na mnie, i myśli „ech, tej to zazdroszczę”. po spotkaniu z taką mamą, poczułam, że mam rzeczywiście szczęście, że muszę bardziej doceniać, co mam. ale to wiesz, jak jesteś głodny, to zjesz suchy chleb i jest szczęście, ale jak Ci każą zjeść trzysta kilo czekolady, nawet tej Twojej ulubionej, to w pewnym momencie i tak zaczniesz rzygać.
        tekst na ten temat zresztą szykuję. o róznicach, o tym innym punkcie ciężkości. wiem, że Ty tak tego nie widzisz, pisałaś wiele razy. ja widzę, bo czy jest wsparcie, czy nie ma wsparcia, jak wygląda dzien, jak każda jedna godzina w macierzynstwie, to ma ogromne znaczenie dla emocji. ale Twoje zdanie lubię bardzo czytać i, serio, mocno się nad nim zastanawiam. czasem otwieram oczy. to fajne i za to Ci dziękuję 🙂

        • oczywiście, że tak. jest takie powiedzenie nawet, że dopóki nie chodzisz w moich butach, nie osądzaj mojego życia. Jasne. Ja nie widzę jednak różnicy w prawie do mówienia o tym, że jest ciężko. Może poprzednio źle to ujęłam. Nie sądzę, żeby w zależności od statusu społecznego, jedna matka miała prawo, a druga nie. Oczywiście, że sytuacje się różnią. I masz rację, skrajnie. Ale tak samo ona, jak i wszystkie pozostałe mamy, ma prawo powiedzieć, to co mówi. Odbieranie jej tego prawa stwierdzeniem „Z jednej strony nie księżna na temat trudów macierzynstwa powinna się wypowiadać” jest moim zdaniem nieporozumieniem, Ale właśnie wynikającym z tego, co pisałam. O postrzeganiu macierzyństwa przez pryzmat wysiłku jaki wkładamy w fizyczną jego stronę: im mam ciężej, tym mam większe prawo do mówienia, że jest ciężko. Wtedy w ogóle mam prawo mówić, że wiem, co to macierzyństwo. A jak jestem księżną, to co ja tam wiem.

          • dlatego mówię o innym punkcie ciężkości, absolutnie nie o braku prawa do mówienia. własnie fajnie, że osoby jak Ona, mówią o tym głośno. lubię, jak ktoś jest w taki sposób odważny 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
JAKI PREZENT NA KOMUNIĘ

Że marzec, a ja już o prezentach na maj? A jakże. Tym bardziej. Już niedługo wszyscy, od rodziców przez chrzestnych,...

Zamknij