I CO Z TEGO

Popełniam błędy. Jako matka również. Ani mnie, ani żadnej mamie nie udało się przeżyć dzieciństwa własnych dzieci w poczuciu absolutnej bezbłędności własnych decyzji. I to jest rzecz naturalna. Za wiele z tych błędów przepraszamy nasze dzieci. Co też nie jest takie znowu dziwne. Za wszystkie czujemy się winne. A to już jest niepokojące. I za wszystkie również wymierzamy sobie kary. Co jest już skrzywieniem. A to wszystko przez to, że w naszych głowach mieszka nasz osobisty krytyk wewnętrzny. Koleś jest bardziej aktywny niż Chodakowska na treningu. Zawsze gotowy, zawsze zwarty. Karmiony naszym poczuciem winy, ma permanentną nadwagę. Przez co nieruchawy i nie łatwo go przesunąć o kilka pięter w dół, czyli w rejony, gdzie mogłybyśmy powiedzieć mu „mam cię w dupie”!!

A co jeśli chcąc zakrzyczeć drania powiedziałybyśmy sobie „i co z tego” i powtarzałybyśmy sobie to tak często, że w końcu zagłuszyłybyśmy łobuza??

Oj, zawaliłam

„ale nie ma sprawy, nic się nie stało. przecież nie zrobiłaś tego celowo”. No taka jestem wyrozumiała … tylko mało byłam wobec siebie. Nic sobie nie wybaczałam. Na nic nie pozwalałam. Opieprzałam siebie za każdy błąd jaki zrobiłam. Za każdą źle postawioną stopę. Każdy inny mógł kręcić salta śmierci przede mną, ja i tak zawsze prostowałam im drogi. Tylko sobie nigdy. Marta źle spała, pewnie źle ją uśpiłam, przewinęłam, nakarmiłam. Marta źle jadła, pewnie źle gotuję. Choruje, za ciepło, cholera albo za zimno ubrałam, nie umyłam jej rąk. Płacze, pewnie moja wina. Powinnam być łagodniejsza, albo za mało się staram. Ma gorszy humor? Serio? Pewnie za mało ją rozśmieszałam. W chałupie brudno – jestem fleja. W domu nie ma chleba  – cipa, zapomniałam włożyć pieczywo do koszyka. I tak w kółko. Czy dzięki czułam, że kocham moje dziecko bardziej?

Żeby tylko

Wiecie jaka jest największa troska rodziców dotycząca ich dzieci? Żeby zjadły. Matki czują się lepszymi czy w ogóle dobrymi matkami, jeśli ich dzieci zdrowo i dużo jedzą. Tak, jakby to żarcie stanowiło jakiś magiczny papierek lakmusowy macierzyństwa. Miałam tak samo. Wprawdzie mnie było łatwo, bo Marta jadła jak głodny byk po corridzie, jeśli przeżył. Ale kiedy tylko zdarzał się taki dzień, kiedy Marta nie pochłaniała całej swojej porcji, ja dostawałam białej gorączki. Krążył nawet taki dowcip po rodzinie, że jeśli się zdenerwuję, trzeba nakarmić Martę i mi przejdzie. Znam mamę, która zanim pojawiło się dziecko przyrzekła sobie, że będzie stuprocentową mamą eko. Nic przetworzonego. Wszystko super-duper zdrowe. Bez cukru oczywiście. No nic. Prawie prosto z niesypanego drzewa i krzaka. Dziś jej córka ma dziewięć lat i zjada chipsy z podłogi, kiedy wypadną jej z miski. I co?? Żyje. I ona i jej „eko” mama. Jak to możliwe? Nie wytrzymał jej mąż, jej rodzice, jej dziecko. Napięcie i stres jaki towarzyszył całej rodzinie przy każdym posiłku, był nie do wytrzymania. Opowiadała mi jak pewnego lata pojechali nad morze. Wybrali się na wycieczkę. Ten jeden raz nie zabrała swoich super słoiczków wypełnionych bez-nic-jedzeniem. Zapomniała no. I kiedy przyszła pora, ona sięga do torby i panika. Boże, boże. Co teraz będzie??? Weszli do najbliższego spożywczaka. Tam nie ma nic. Wszystko ma cukier, tłuszcz i coś tam jeszcze. Owoce jakieś? Ale czy z hodowli eko? Nie wiadomo? No to nie. O matko, no co robić, co robić?? Dzieciak się drze, bo głodny i wkurzony tym, że matka lata jak oparzona wykrzykując „co teraz? co teraz??”. W końcu mąż i ojciec nie wytrzymał, wrócił do sklepu, kupił kajzerkę i dał dzieciakowi do ręki. Mała wtopiła w nie swoje ząbki i ze smakiem zaczęła zajadać. Matka we wrzask, bo to białe pieczyyyyywoooo z glutenem i cukrem!!! Nieeeeeee!!!!!!!!!!!!!!! A dziecko? Przeżyło. Mąż? Zagroził rozwodem. Ona? Rzuciła ręcznik. Zrezygnowana, zrozpaczona. I wiecie co pomyślała zaraz na początku? „to moja wina. gdybym wzięła te słoiki nic by się nie stało”. Dopiero później, po długiej terapii, rozmowami ze znajomymi, z pomocą najbliższych, dotarła do zupełnie nowej siebie. Zluzowanej. Rozsądnej. Kochającej siebie i to, kim jest, a nie czym karmi swoje dziecko. Czy jej dzieci, bo dzisiaj ma ich dwoje, jedzą śmieci? Skąd. Czy są otyłe, mają złe wyniki krwi, są nadpobudliwe w związku ze spożyciem barwnika E104?? Nie. Czy ona uważa się za gorszą matkę, bo od czasu do czasu daje dziecku słodycze i czipsy? Skąd! Zrozumiała natomiast, że jej dzieci potrzebują dużo bardziej matki, która ma spokój w głowie niż najzdrowszego jedzenia z najczystszych upraw eko w kraju.

Zrozumieć paradoks

Cały sekret udanego macierzyństwa to żeby zaakceptować, że raz jest tak, a raz tak nie jest. I że raz dzieje się tak, bo my popełnimy błąd, a raz z zupełnie innego powodu. Że z jednej strony płaczemy za wolnym od dzieci, a z drugiej tęsknimy za nimi już pięć minut po tym, jak zostaniemy same. Że fizyczność macierzyństwa mimo, że czasami zesrana, obolała i lekko śmierdząca nie ma nic wspólnego z jego stroną emocjonalną. Że tak samo mocno kochamy nasze dzieci, jak chcemy żeby w końcu zasnęły, przestały ględzić nam o kolejnego chrupka czy lizaka. Że żadną naszą winą jest to, że czasem zdarzają się gorsze dni. Że perfekcyjna matka to najgorsze co może się przydarzyć naszym dzieciom, ale i nam samym. Perfekcyjne macierzyństwo jest nudne. To niekończąca się opowieść o dążeniu do wykrochmalonego, wyprasowanego, śnieżno białego hodowania idealnych dzieci w nieidealnym świecie. Nasze głowy zatkane są sposobami na unikanie porażek i błędów, a nasz krytyk wewnętrzny bardzo szybko zaczyna przypominać Jabbę the Hutt, obleśnego stwora ważącego pewnie z tonę. Zamiast ładować naszą energię w całą masę pięknych rzeczy, skupiamy się na omijaniu dołków, w które tak czy inaczej, prędzej czy później wpadniemy. To po co więc spinać się tak cały czas, obwiniać i krytykować?

Krytyk wewnętrzny może zniknąć

A co jeśli powiem Ci, że można inaczej? W każdej takiej sytuacji, w której usłyszysz głos kolesia w Twojej głowie, odpowiedz mu pełnym głosem „I co z tego???”. Gwarantuję Ci, że facetowi opadnie szczęka. Bo po raz pierwszy usłyszy, że stawiasz opór. Że się sprzeciwiasz. Że mówisz mu „nic mi to nie robi”. I kiedy już będzie zbierał się do ataku, Ty mu wywal „I tak jestem rewelacyjna!!”. No i koleś leży. A Ty triumfujesz!! Pamiętam, kiedy ja zaczęłam tak sobie mówić. Dziwne to uczucie było na początku, powiem Ci. Dziwne, bo nieznane. Pierwsze. A jednocześnie podniecające, wiesz? Za każdym razem ogarniała mnie pełna ekscytacja. Że „o matko, no!! umiem się postawić!”. A zaraz potem przychodziła taka refleksja, że faktycznie nic się nie stało. Że ok., popełniłam błąd. Ale świat się nie zawalił. Dziecko żyje. Nawet ma się dobrze. Ja też. Po cholerę więc mam się zadręczać?!

Ilekroć zatem poczujesz, że zrobiłaś źle, popełniłaś błąd, są dwa zdania, które masz wtedy sobie powtarzać, na głos:

I co z tego??? I tak jestem rewelacyjna!!

Psst: to działa również na dzieci. Ucz je tego, zanim w ich główkach zacznie rozsiadać się ten karłowaty, zapluty, gruby i obleśny typ. Ich własny krytyk wewnętrzny.

 

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
MOJA WINA, MOJA WIELKA WINA

Chcesz dbać o rodzinę i jednocześnie rozwijać się i nie czuć się przy tym winna? Teoretycznie niemożliwe. To połączenie zawsze...

Zamknij