JESTEM MAMĄ, ALE TO MI NIE WYSTARCZA

Od dawna twierdzę, że ze wszystkiego, co w życiu do tej pory przeżyłam, najbardziej dumna jestem w z tego, że jestem mamą mojej córki. Kiedy mówię o tym innym mamom, często słyszę "no jeśli to jest Twoje największe osiągnięcie, to moje gratulacje". A właśnie chodzi o to, że ta duma nie mieści się w żadnej skali. Zatem nie da się porównać z niczym innym.

Moje największe osiągnięcie?

No i teraz właśnie. Czy to, że najbardziej ze wszystkiego, co w życiu zrobiłam najbardziej dumna jestem z tego, że jestem mamą mojej Marty – żeby było jasne, nie mamą jako taką, ale mamą Marty – oznacza, że to moje największe osiągnięcie? Może i Ty też tak to widzisz, ale ja nie. Bo nie traktuję tego jako osiągnięcia. To moje doświadczenie. Czas w życiu. Nie osiągnięcie. I możesz myśleć, "zwał jak zwał, wiadomo, o co chodzi". Otóż nie. Bo gdyby tak było, nie pragnęłabym już nic więcej. Nie oczekiwałabym od siebie tego wszystkiego, przed czym dzisiaj siebie stawiam. Nie wstawałabym po kolejnej porażce i nie mówiłabym "upadłaś? to się podnieś!". Usiadłabym na dupie czekając aż mi to macierzyństwo mannę z nieba zacznie zsyłać i zaspokoi wszystkie inne potrzeby. A tak nie jest.

Jestem mamą, ale to mi nie wystarcza

Macierzyństwo to najpiękniejsze doświadczenie, jakie w życiu moim miałam do tej pory i pewnie takie będzie do końca. Bycie jej mamą jest i pozostanie zatem "top of the top". Ale … chcę jeszcze. Nie umiem być wyłącznie mamą.

Po pierwsze muszę mieć coś swojego. Coś, co mnie wkręca na maksa i z czego trudno jest mi się wykręcić. Czyli pasja.

Po drugie, muszę mieć coś do roboty. Muszę dzień w dzień mieć coś do zrobienia spoza szeroko rozumianej gospodarki domowej.

Po trzecie, muszę się rozwijać. Muszę iść dalej. Potrzebuję się uczyć od tych, którzy wiedzą ode mnie więcej. Fascynuje mnie umiejętność przekazywania własnej wiedzy i dzielenia się swoim doświadczeniem.

Po czwarte, muszę robić coś z ludźmi i dla ludzi. Muszę działać społecznie. Mam nieokiełznane parcie na poczucie wspólnoty. Potrzebuję działać "w imię czegoś, kogoś i dla kogoś".

Po piąte, mam nieodparte wrażenie, że wszystko jeszcze przede mną. Ot mam takie poczucie, że jeszcze się nie spełniłam. W sensie, nie potrzebuję robić już kariery. Oszałamiającej może nie zrobiłam, ale satysfakcję wielokrotnie osiągałam. Ale nie o ten rodzaj spełnienia mi dzisiaj chodzi.

Czy wiem co jest dla mnie?

Otóż to. Kiedy wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, sprawa jest jasna. No, a jeśli nie wiem? To zadaję sobie wtedy inne trzy pytania:

  • co lubię robić? (co mnie kręci?)
  • co umiem robić? (w czym jestem dobra?)
  • co to zmieni dla innych? (czy i jak skorzystają na tym inni?)

Odpowiedzi, wbrew pozorom, nie są takie proste. Może inaczej: same odpowiedzi są w sumie banalne, ale powiązanie ich w jedną całość, to już kwestia nieco bardziej skomplikowana. Rzadko bowiem widzimy związek pomiędzy odnoszonymi sukcesami bądź ponoszonymi porażkami, a połączeniem "co lubię?" z "co umiem?". Często, żeby zacząć działać, wystarczy nam samo "co lubię?". Później jednak, kiedy sukcesu nie ma, albo jest nie taki, jakiego oczekiwałyśmy, szukamy wszędzie dookoła przyczyn takiego stanu. A może właśnie trzeba było połączyć te dwie odpowiedzi w jedną?

Potrafię być "tylko" mamą

Zanim siadłam do tego tekstu, cały ten temat przegadałam z kilkoma mamami. I wiesz jakie pytanie słyszałam najczęściej? "a co jeśli na pierwsze dwa pytania odpowiadam "zajmować się dziećmi?". Czasem ja też się nad tym zastanawiam, a Ty? "jesteśmy w końcu matkami, więc co niby miałybyśmy umieć lepiej …" –  tak mogłybyśmy pytać się same siebie i próbować sobie na to pytanie odpowiedzieć. Nie mogę Ci powiedzieć, że takie podejście jest złe czy dobre.

Nie chcę żałować, że nie spróbowałam czegoś, co było w moim zasięgu, a zabrakło mi jedynie przekonania, że mogę dużo więcej niż mi się wydaje, że jestem w stanie dokonać.

Nie mnie oceniać to, jaki sposób na siebie wybierają inne matki. Wiem jednak, że z taką odpowiedzią na tak postawione pytanie, też można ulepić sukces zawodowy. Jak? Pomyśl ile jest zawodów związanych z zajmowaniem się dziećmi? Klubiki, animatorzy dla dzieci, organizatorzy przyjęć dla dzieci. "a co jeśli chodzi wyłącznie o moje dzieci?" – takie pytanie też usłyszałam. Odpowiadam na to "jeśli tak, to znajdź w czym mogłabyś być inna, wyjątkowa jeśli chodzi o Ciebie i Twoje dzieci. "a co jeśli się nie nadaję?" … To sprawdź. Tak jak mnie, przed założeniem mojej firmy poradził ktoś, kto się znał na biznesie, a ja go nie posłuchałam "nie inwestuj, póki nie wiesz, że to się opłaci. bierz w leasing, wypuść próbki ..", tak ja mówię Tobie: zgłoś się do wolontariatu pracy z dziećmi. Zobacz, czy praca z dziećmi jest dla Ciebie. Jeśli masz się tym zajmować, tak będzie wyglądała większość Twojego dnia. Sprawdź, czy tego na pewno chcesz.

Za dwadzieścia lat moje dziecko będzie dorosłe

Wspominałam już o tym? Zawsze mówię to sobie, kiedy mam wątpliwości, czy chcieć czegoś więcej ma sens? Czy nie wystarczy powiedzieć "no przecież jestem mamą i wychowuję moje dzieci. nic innego mnie nie interesuje". Moim zdaniem nie wystarczy. Bo kiedyś nie będę już potrzebna tak bardzo, jak dzisiaj. Więź pozostanie, to wszystko, co emocjonalne również. Ale ta fizyczność, ta codzienność, bycie niezastąpioną w wielu, wielu sprawach, już nie. Nie będzie tak, jak teraz, że nawet jeśli ona nie woła, ja jestem przy niej. Teraz to nie ona decyduje, kiedy mama jest przy niej, a kiedy jej nie ma. Za dwadzieścia lat takich wyborów będzie już dokonywać ona sama i jak każdy młody człowiek w jej wieku, dla rodziców będzie tego czasu miała coraz mniej. Wszyscy przez to, jako młodzi, przechodziliśmy. I za jakiś czas nas, ale tym razem jako matki, też to czeka.

Co ze mną wtedy? Czym będzie wypełniony mój czas? Będę miłośniczką krzyżówek? Będę studentką uniwerystetu trzeciego wieku, będę robiła serwetki na szydełku, dziergała obrusy na spotkaniach emerytek? Wtedy sobie coś znajdę? Oooo nie, kochana. Wtedy nie będzie już tak łatwo. Będę miała swoje lata, swoje zdrowie, swoje siły. I poza wszystkim może przyjść jeszcze jedno, z czego dziś pewnie nie zdaję sobie sprawy: poczucie zmarnowanych lat. Tak, tak. Z jednej strony będę cieszyć się radością bycia prawie wolną, nieograniczoną planami mojego dziecka. Z drugiej będę bić się z myślą "poświęciłam ostatnie dwadzieścia lat na wychowanie mojego dziecka. i co mam z tego dzisiaj? pusty pokój i telefon raz w tygodniu?".

Nie mam zielonego pojęcia, co będę wtedy czuć. Dzisiaj wiem na pewno, że nie chcę żeby to moje życie, za te dwadzieścia lat, było właśnie takie jak wyżej. Chcę mieć czym żyć dalej. Nie chcę żałować, że nie spróbowałam czegoś, co było w moim zasięgu, a zabrakło mi jedynie przekonania, że mogę dużo więcej niż mi się wydaje, że jestem w stanie dokonać. Chcę wiedzieć, że w moim życiu miałam i mam coś dla siebie. A myśląc o tym, jak chciałabym żeby wyglądało życie mojej Marty, chcę być pewna, że idąc za moim przykładem, ona wyrośnie na kobietę pewną swojej wartości, wierzącą w siebie, kochającą i akceptującą siebie taką, jaką będzie. Mam nadzieję, że będzie ciekawa ludzi i świata. Mam nadzieję, że będzie żyła pełnią życia, z pasjami, miłościami, pragnieniami i marzeniami. Że będzie chciała jeszcze i więcej. Że świat nie będzie przed nią zamykał żadnych drzwi. A jeśli, to wywarzy je wiarą, że jest w stanie przez nie przejść. Że będzie mogła robić to, co będzie kochać. Że będzie miala wybór. Że nie będzie miała poczucia, że coś dla kogoś poświęca. Że będzie wstawać mimo upadków.

Jak często my, rodzice, jesteśmy świadomi tego, że to, co obserwują u nas nasze dzieci, będą traktować jako standardy ich zachowań w swoim dorosłym życiu?

Za przykładem, nie radą

Bo dziecko zawsze pójdzie najpierw za przykładem, później za radą. Żebym nie wiem jak się starała ją uczyć, przekonywać, namawiać do czegokolwiek, to i tak najpierw zrobi tak, jak poukłada sobie z tego, co zobaczy u mnie i u jej taty. Z tego wyleje sobie fundamenty pod jej przyszłe zdrowie emocjonalne. Na tych fundamentach będzie stawiać swoje własne ściany i piętra. Teoria jest świetna, tylko nie sprawdza się w przypadku małych, średnich i większych dzieci. One wpatrzone są w rodziców jak w obraz. Pisałam o tym więcej już jakiś czas temu. Możesz przeczytać o tym tutaj.

Dzieci chcą być dokładnie takie, jak ich mamusie i tatusiowie na załączonych do ich codzienność obrazkach. Idąc więc tym tropem, który możesz mi wierzyć, jest jak najbardziej właściwy, wyobraźmy sobie co widzą nasze dzieci, kiedy patrzą dla nas? Co widzą Twoje? Co jest i będzie ich bazą, fundamentami? Kiedy ostatnio zastanawiałaś się nad tym? Kiedy patrzyłaś na siebie w lustrze, żeby zobaczyć to, co widzą one? To jest świetne ćwiczenie, polecam Ci z całego serca.

Żeby miała spełnione i fajne życie

No właśnie, bo tego właśnie chcemy dla naszych dzieci: żeby miały fajne życie, prawda? Ile razy jednak w porę zdajemy sobie sprawę, że ta fajność i satysfakcja wysysana jest z mlekiem matki? Jak często my, rodzice, jesteśmy świadomi tego, że to, co obserwują u nas nasze dzieci, będą traktować jako standardy ich zachowań w swoim dorosłym życiu? Ile wiemy o tym, skąd biorą się ambitne dzieci, a skąd patentowane lenie? Jak daleko potrafimy powiązać własne chodzenie skrótami i na łatwiznę z tym, że nasze dzieci nigdy nie starają? Jak bardzo obwiniamy system najpierw edukacji przedszkolnej, potem szkolnej, aż do środowiska, w jakim obraca się nasze nastoletnie dziecko o to, że ono wyrasta na człowieka pozbawionego poczucia własnej wartości i wiary w siebie? Jak często opowiadamy na lewo i prawo, jak to nasze dzieci poddawane są dołującym je praktykom nauczycieli, a nie widzimy tego, że to w nas leży przyczyna niskiej samooceny naszych dzieci?

Obojętnie dlaczego

Mój przyjaciel w wieku czterdziestu pięciu lat zaczyna uczyć się gry na pianinie. Jak mówi, dla syna, bo mały brzdąka na swoim mini-pianinku i podśpiewuje codziennie przez kilka godzin. Moja znajoma myśli o założeniu sklepu z pamiątkami skupowanymi na pchlich targach po tym, jak zobaczyła, co jej córka robi ze starych, drewnianych zabawek znalezionych na strychu u babci. Mój znajomy, facet nieco po pięćdziesiątce, zaczyna uczyć się włoskiego razem ze swoją córką. Na ściance wspinaczkowej spotykam mamę, która się wspina, dlatego, że jej syn zapałał miłością do wysokości i trzy razy w tygodniu razem wchodzą wyżej i wyżej. Brat znajomej rezygnuje z pracy na etacie, zakłada własną firmę, bo ma pomysł i chce go zrealizować.

Przeczytaj proszę historie mam, które do tej pory opublikowałam w ramach projektu MAM(Y) MOC. Zobacz, jak właśnie macierzyństwo pchnęło je na nowe wody i jak świetnie się z tym czują i jak wciąż chcą więcej i więcej.

Ja dzięki Marcie zrozumiałam, że chcę i mogę dużo więcej niż kiedykolwiek byłam tego świadoma. I że to jakim ja będę człowiekiem jako jej mama jest dla niej jak podręcznik do nauki życia. Tak samo dzieje się z jej tatą i najbliższymi. Nigdy nie sądziłam, że ktoś tak malutki będzie w stanie dać mi tak potężną moc i siłę do działania. Kiedy własna działalność nie wypaliła, nie usiadłam i nie zaczęłam płakać, że oto pękła moja kula marzeń. Jasne, że miałam dół i popłakałam sobie trochę, że looser i w ogóle. Ale dzięki Marcie zrozumiałam, że muszę z tego wyciągnąć wnioski, nauczyć się na popełnionych błędach, wstać i iść dalej. To Marta sprawiła i sprawia codziennie, że chce mi się więcej i bardziej. Dlatego, że w sobie widzę ją w przyszłości. I tak cholernie zależy mi na tym, żeby była z siebie dumna i żeby czuła, że ma spełnione życie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby już dzisiaj miała z kogo brać przykład.

Najważniejszą rolą matki nie jest poświęcenie swojego życia dla życia swoich dzieci, ale wychowanie człowieka, który będzie miał udane życie.

Jakikolwiek powód zatem znajdziemy, żeby się rozwijać, tworzyć, zdobywać, sprawdzać nowe, poznawać nieznane, zawsze będzie warto to robić. I nawet jeśli pierwsza myśl jest taka, że "to dla dzieci", finalnie i tak działa to na naszą korzyść. Tak jak w reklamie jakiegoś banku chyba: kredyt spłacony, a włoski pozostał. Tak będzie i w tym przypadku. Wszystko, czego spróbujemy lub po co sięgniemy, da satysfakcję przede wszystkim nam. Musimy tylko nauczyć się przy tym doceniać drogę, którą idziemy, nie tylko cel, metę. Bo nawet jeśli upadniemy w trakcie, mamy się podnieść, otrzepać z ramion kurz, wyciągnąć wnioski i iść dalej. Albo zakończyć tę wędrówkę i skręcić w kolejną ścieżkę.

Ilekroć myślę o tym, przypomina mi się scena z show "Słodki biznes", kiedy jedna z sióstr Buddy'ego przychodzi do fabryki i zagaduje męża "co ja mam teraz robić? nie mam co robić. może kupię sobie psa? albo zacznę uczyć się grać w golfa?". A mąż jej na to "może idź na zakupy, albo umów się z …". "nie mam co ze sobą zrobić" odpowiada żona i odchodzi smutna. To był dzień po tym, jak ich dzieci wyprowadziły z domu i wyjechały do szkół.

Mount Everest czy Śnieżka

Nie sądzę, żeby nasze życie miało sens wyłącznie wtedy, kiedy zdobywamy najwyższe szczyty. To tak, jakby odbierać sobie satysfakcję z rzeczy małych, drobiazgów. Tak, jakby te maluchy miały nas nie cieszyć. Jakbyśmy cały czas miały trzymać ściśnięte poślady w oczekwaniu na spektakularny sukces. Matko, jakie to musi być męczące i wyniszczające. Ciągle, dzień w dzień, czekać na TEN moment. Wyobrażam sobie, ile w tym czasie omija mnie fantastycznych chwil, małych zwycięstw, drobnych kroków, które zrobiłam w drodze do moich celów. Jak bardzo wszystkie mięśnie mam napięte, jak nie jestem w stanie czerpać żadnej przyjemności z codzienności, jak wciąż czekam i czekam na to wielkie coś, jak cały czas czuję niedosyt, brak, dziurę. To musi być przeraźliwie smutne uczucie. Uczucie, w którym więcej jest chęci zabłyśnięcia przed światem niż odczuwania własnej satysfakcji. Nikt nie ma prawa nam powiedzieć, że rzeczy małe sprawiają, że jesteśmy mniej wartościowe. Że tylko stojąc na najwyższym szczycie zostaniemy zauważone. Bo dla kogo to robimy? Dla braw, oklasków czy dla siebie?

Dlatego, jeśli to o czym marzysz nie błyszczy, nie świeci i nie trzeba się narobić jak dziki wół pod górę żeby to zdobyć, to też dobrze. Bo jest … Twoje i tylko to się liczy.

Chcesz się szybko nauczyć jak cieszyć się z małych rzeczy? Przyjrzyj się Twojemu dziecku, jak cieszy się z rzeczy małych i prostych. Kiedy odbierasz go z przedszkola czy szkoły, kiedy dostaje nową paczkę kredek, kiedy zauważa kwiatek na łące, który widzi pierwszy raz w życiu. Dzieci nie używają skali dla zmierzenia satysfakcji. Nie potrafią ocenić z czego mają cieszyć się bardziej, z czego mniej. Ich radość jest naturalna, sponatniczna i bezinteresowna.Tego możemy i powinniśmy się od nich uczyć.

Od czego zacząć?

Może nie na takie podsumowanie tego tekstu czekasz, ale zaryzykuję. Pomyśl, że masz udzielić swojej nastoletniej córce kilku rad. Choć jeśli masz syna, nie wahaj się przeczytać tego do samego końca. Mogę Ci podpowiedzieć, jaki ja mam na to pomysł, co ja chciałabym powiedzieć mojej Marcie:

  • idź za marzeniami, Twoimi.
  • to, co robisz zapewne robisz lepiej, niż Ci się wydaje.
  • możesz dużo więcej niż myślisz, że możesz.
  • bądż przygotowana na to, że nie zawsze będziesz doceniona. Ale wiedz również, że w końcu przyjdzie taki czas, kiedy dowiedziesz swoich kompetnecji.
  • bądź szczęśliwa ze sobą samą, ale nie w oderwaniu od innych.
  • bądź dobrym człowiekiem, pomagaj innym i mów w imieniu słabszych.
  • za Twoimi drzwiami czeka świat pełen okazji, które Ty możesz wykorzystać.
  • oprócz pasji, drugim co zaprowadzi Cię do celu, jest ciężka praca. Z nią za rękę idą wytrwałość i pokora.
  • na Twojej drodze spotkasz wiele osób, które wiedzą od Ciebie więcej i mają za sobą to, co na Ciebie gdzieś czeka. Skorzystaj z ich wiedzy. Ucz się i słuchaj ich, jeśli tylko zechcą podzielić się własnym doświadczeniem.
  • nikt nie ma prawa powiedzieć Ci, że nie dasz rady dokończyć czegoś, co zaczęłaś.
  • małe rzeczy, tak jak te wielkie, musisz osiągnąć i zdobyć. Nie daj sobie wmówić, że zyskujesz na wartości tylko, jeśli wspinasz się wyżej niż inni.
  • realizuj swoje pasje. To one mogą pchnąć Cię do bycia liderem. Nie bój się tej odpowiedzialności.
  • nawet największy wysiłek, choć nie poparty żadnymi wymiernymi korzyściami, jeśli związany jest z Twoją pasją, warty jest każdej kropli Twojego potu.
  • naucz się śmiać z siebie.
  • nie bój się wchodzić tam, gdzie jeszcze nikt nie był. Poznawaj siebie w nowych rozdaniach. Jeśli nie spróbujesz, nigdy nie dowiesz się, jak jest po tamtej stronie.
  • kochaj, zatracaj się, umieraj z miłości. Pamiętaj też, że poczucie bycia niezależną to fundament wolności. Nie musisz z tego korzystać, ale to Twój miękki materac, na który spadasz, kiedy nie ma wyjścia awaryjnego.
  • to, że jesteś kobietą i mamą nie znaczy, że nie masz wpływu, że nie oddziałujesz, że nie zostawiasz śladu poza światem Twojego dziecka i Waszej rodziny.
  • nie zapominaj o tym, że życie to nie tylko harówa. Żyj trochę, zabaw się czasami, zaszalej.
  • nic nie zacznie się w Twoim życiu, dopóki nie będziesz umiała powiedzieć sobie "kocham siebie taką, jaką jestem". To początek wszystkiego.
  • żyj tak, żeby pewnego dnia, za kilkadziesiąt lat, po przebudzeniu móc sobie powiedzieć "niczego więcej już nie pragnę". To będzie znaczyło, że żyłaś Twoim życiem. A nie je przeżyłaś.

A teraz to wszystko powiedz i powtarzaj … sobie. Taki trick. A gwarantuję Ci, że zbyt często własnym dzieciom nie będziesz musiała tego mówić. One się tego wszystkiego nauczą od Ciebie.

Dlatego, kochana moja, zadaj sobie już dzisiaj te trzy pytania-klucze i rozpocznij poszukiwania. Nie trać czasu. On mija, nie się odbudowuje. Drugi raz ta chwila, teraz, nie wróci. Pamiętaj, na końcu jest zdanie "niczego więcej już nie pragnę".


Jeśli chcesz podzielić się własną historią, opowiedzieć o Twoich pasjach, wypromować swój biznes, kliknij w grafikę i dołącz do projektu MAM(Y) MOC. Czekamy na Ciebie!


Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook5Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Czytasz w moich myślach i piszesz o tym, co ostatnio dzieje się w moim życiu… Ostatnio, choć mamą jestem od 9 lat a od 5 podwójną. A dopiero niedawno zrozumiałam to, o czym piszesz. Że chcę i potrzebuję czegoś więcej i że to ważne nie tylko dla mnie, ale i dla moich dzieci. Od stycznia spełniam swoje marzenie z dzieciństwa: zaczęłam uczyć się scrapbookingu. Myślałam dokładnie tak, jak piszesz: to dla dzieci. I dopiero teraz widzę, jak wielu dorosłych ludzi ma tę pasję, a mnie ta pasja dodaje skrzydeł! I chcę więcej! Już myślę o decoupage’u :). O szyciu :). No i blogowanie. Miałam moment, że chciałam to rzucić w diabły, a bloguję ponad 3 lata. Wróciłam po życiowych zawirowaniach i zrozumiałam jak ważne to dla mnie. Ja też nie umiem siedzieć bezczynnie, muszę mieć coś dla siebie a słowa: „Mama ja też chcę być scraperką/blogerką jak dorosnę”, „Mama robisz piękne rzeczy” – świadczą o tym o czym piszesz, że dzieci są lustrem… I dawanie im takiego przykładu jest piękne.

  • Udaje mi się realizować moje pasje i plany będąc jednocześnie dobrą mamą, która ma czas dla swoich dzieci. Nie było to łatwe, ale jestem dumna, że w końcu udało mi się osiągnąć taki stan. Bo jestem mamą, ale przede wszystkim kobietą.

    • To jest chyba najcenniejsza, a jednocześnie najtrudniejsza umiejętność, jaką mamy, które zajmują się obok bycia mamą własnym światem i rozwojem, muszą opanować. W takim stopniu, żeby nie ucierpiała żadna ze stron. Tylko, czy to jest w ogóle możliwe??

  • Bycie mamą to najlepsze co mnie w życiu spotkało- dzięki temu czuję się szczęśliwa i spełniona. Ale żeby mój świat nie ograniczał się tylko do macierzyństwa założyłam bloga a w przyszłości chciałabym założyć coś swojego.

    • Nawet nie wiesz, jak się wspaniale czuję, kiedy czytam takie komentarze, jak Twój. Uwielbiam kobiety, które chcą więcej. Które starają się stworzyć coś własnego, coś dla siebie. Może zechciałabyś dołączyć do mojego projektu MAM(Y) MOC? Przesyłam link do szczegółów. http://www.jakuraniedomowa.pl/moc-projekt-dla/ Byłam zachwycona, gdybyś zechciała podzielić się swoją historią.

  • Ewa Dratwińska

    Ja też jestem dumna z tego, że jestem mamą swojej Mai. To wspaniałe uczucie. Ale nie chcę też, żeby moje życie sprowadzało się tylko i wyłącznie do bycia mamą. Chc suę rozwijać, realizować swoje pasje i marzenia. We wrześniu wracam do pracy i chcę się realizować zawodowo. Wychodzę z założenia, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko☺

    • Powiem Ci, że troszkę zazdroszczę Ci powrotu do pracy. Aktywna zawodowo byłam od kiedy pamiętam. Przez osiemnaście lat pracowałam w zawodzie. I teraz, przy tak długiej przerwie, bo osiem lat minus dwa lata własnej działalności, robi swoje. A może i Ty chciałabyś opowiedzieć swoją historię w projekcie MAM(Y) MOC z perspektywy mamy wracającej do pracy? Często zastanawiałam się „jak by to było?”. Przesyłam link do szczegółów. Zapraszam Cię serdecznie. http://www.jakuraniedomowa.pl/moc-projekt-dla/

Przeczytaj poprzedni wpis:
Lubię usiąść wieczorem do komputera i zająć się pisaniem

Aurelia, mama w Barcelonie. W Hiszpanii znalazła miłość. Po czym zdecydowała, że jej życie będzie się toczyć właśnie tam. Powstało...

Zamknij