JEŚLI TYLKO CHCESZ

„możesz w życiu mieć wszystko, czego tylko chcesz, czego zapragniesz”… jeśli tylko chcesz. Zastanawiam się, ile razy powiedziałam tak mojej Marcie. I jak mocno zdążyłam ją przekonać, że faktycznie wystarczy chcieć. Po czym łapię się za głowę i myślę, jak, do jasnej cholery, mam teraz to odkręcić?? Ma dopiero osiem lat, no prawie. W marcu skończy osiem. A już słyszę „przecież mówiłaś, że będę miała wszystko jeśli tego będę chciała. a ja chciałam być pierwsza, a jestem trzecia”. Boże, Boże, co mnie podkusiło, no…???

Wystarczy chcieć żeby osiągnąć?

Pewien psycholog opowiadał pewnego razu taką historię: w sklepie z zabawkami był świadkiem karczemnej awantury, jaką dziecko zrobiło własnej matce. Owo dziecko darło się wniebogłosy „bo ja to chcę, bo ja to chcę!!!!!”. Matka, zalana łzami, bezradna, usiadła w końcu na podłodze i walnęła w szloch. Podszedł do niej ów psycholog i spytał, jak może pomóc. Ona niewiele miała do powiedzenia, tylko wskazała na dziecko i powiedziała „ma już takich lalek ze dwadzieścia. nie dalej jak wczoraj dostała podobną. ja już nie mam pieniędzy, a ona nie wyjdzie z tego sklepu dopóki jej nie kupię tej nowej”. Po kilku minutach i paru trafnie zadanych pytaniach okazało się, że dziewczynka była codziennie przekonywana przez rodziców, że „chcieć to móc”. Stosowali bowiem afirmację przed lustrem jako element budowania wiary w siebie u dziecka i tam jednym z powtarzanych haseł było „jeśli tylko chcesz będziesz mieć w życiu wszystko”. Matka była bardziej niż zaskoczona wnioskami, do jakich sama doszła po krótkiej analizie sytuacji, jaką poczynił jej rozmówca. Powiedziała tylko „dziękuję. nie miałam pojęcia”. I kiedy córka, ze zmęczenia chyba, przestała rozdzierać sobie gardło, podeszła do niej, wzięła ją na ręce, ucałowała, odłożyła lalkę na półkę i w ciszy, i spokoju wyszła ze sklepu.

Całe pokolenie

Słuchałam niedawno wywiadu, nie pamiętam już z kim…powinnam w tym wieku już zapisywać… o tym, że rośnie nam całe pokolenie dzieci, które są od małego przekonywane przez rodziców, że są wyjątkowe i że osiągnął wszystko, jeśli tylko będą tego chciały. Moda na afirmacje przed lustrem nie niesie ze sobą tak fenomenalnych wyników, jak by się tego rodzice spodziewali. Takie dzieci trafiają do przedszkoli, szkół, na uniwersytety i do pracy. I okazuje się na miejscu, że takich jak one są tysiące, i że trzeba się nieźle naharować, żeby coś w tym życiu mieć. To na czym polega błąd rodziców?

Bo jesteś wyjątkowa

„zdobędziesz wszystko, bo jesteś wyjątkowa”. Każde dziecko jest wyjątkowe dla swojego rodzica. Tak było, jest i będzie. Jednak z samego przekonywania dziecka o tym, że jest wyjątkowe, niekoniecznie wynika coś dla osiągnięć dziecka w przyszłości. Dziecko ma wiedzieć, że ta wyjątkowość jest pretekstem, dla którego ma się ono chcieć rozwijać. Bo sekret tego, co dziecko osiągnie w przyszłości, kim będzie i jakie będzie jego życie, tkwi nie w jego wrodzonej wyjątkowości, a w nauczeniu dziecka czym jest poczucie własnej wartości i wiara w siebie. Codzienna afirmacja typu „jestem wyjątkowa, jestem wspaniała, spełnię moje marzenia, jeśli tylko chcę” jest tak ulotna, jak para z czajnika.

Rzadko kiedy rodzice rozmawiają z dziećmi o tym, że oprócz tego, że są wyjątkowe i wspaniałe, do spełniania marzeń potrzeba też ciężkiej pracy.

A i nawet wtedy ten melanż nie gwarantuje sukcesu. Sukces nie leży na ulicy i nie wystarczy o nim marzyć. Być może warto dzieciom opowiadać takie życiorysy, jak Rockefellera. Ten, jako nastolatek, miał marzenie: zapragnął dorobić się w życiu 100 tys. dolarów i dożyć 100 lat. Facet umarł w wieku 98 lat z fortuną wartą ponad 300 miliardów dolarów! Ale nie dlatego, że sobie tak wymarzył i, że chciał i myślał przy tym, że jest wyjątkowy. Ale dlatego, że większość swojego życia, począwszy od kiedy miał piętnaście lat, ciężko pracował na spełnienie tego marzenia. Jego pierwsza stawka dzienna wynosiła wtedy (lata 50. XIX wieku) 5o centów, w przeliczeniu na dzisiejszą kasę, jakieś 10 dolarów. Umierał pamiętając, jak cenne wtedy dla niego były te pieniądze mimo, że sam chyba nie do końca nawet był świadomy, ile tej kasy ma na starość.

Pierwsze rozczarowanie

Nie trzeba długo na nie czekać. Dziecko, które trafia do przedszkola, bardzo szybko zauważa, że pani poświęca uwagę nie tylko jemu, ale też innym dzieciom. Że każde dziecko słyszy, że jest wyjątkowe, piękne, śliczne, utalentowane. Pryska czar wyjątkowości. „nie jestem jedyna, jedyny” znaczy się. Utrzymywanie zatem dziecka w świadomości wyjątkowości, wychwalania ponad wszystko, zapewniania o magii słowa „chcę”,  może bardziej zaszkodzić niż zdziałać coś dobrego. Takie dziecko rośnie bowiem w totalnym dysonansie emocjonalnym „rodzice twierdzą, że jestem wyjątkowy, a takich jak ja, są miliony. to jak jest naprawdę?”. I z każdym kolejnym krokiem, do liceum, gimnazjum, na studia, do pracy, za każdym razem rozczarowanie jest podobne, a bunt wynikający z niezrozumienia dlaczego tak się dzieje, może tylko przybierać na sile.

Pułapka chęci

Przekonywanie dziecka, że „jeśli tylko chcesz, będziesz to mieć” obniża do poziomu minimum poprzeczkę jego ambicji. „nic nie muszę robić, będę tylko chcieć”. Kto wyrośnie ze zbitki braku ambicji, lenistwa i wynikającej z nich omnipotencji? Nikt ciekawy moim zdaniem. Ktoś, komu będzie należeć się wszystko wyłącznie dlatego, że chce i jest wyjątkowy. Ktoś, kto będzie mógł, ale nie będzie musiał.

Mogę wszystko?

„Jeśli Pani usłyszy od tzw. coacha tekst „Pamiętaj, możesz wszystko!” proszę brać nogi za pas i uciekać! To bzdura, chwyt marketingowy. A ten Pani coach, to nadmuchana bańka bez jakiegokolwiek wykształcenia i przygotowania, żeby z kimkolwiek pracować i wspierać kogokolwiek!” – to usłyszałam od profesora psychologii, kiedy spytałam o to, jak działają dwa najbardziej popularne slogany coachingowe, właśnie „Mogę wszystko!” i „Jeśli mnie się udało, uda się i Tobie”. Jakiś czas temu usłyszałam bardzo smutną historię młodego chłopaka, który uwierzył w to, że może wszystko. Tak długo wkładano mu to do głowy, że w końcu, pomimo swojej niepełnosprawności, tak właśnie zaczął patrzeć na świat. Aż przyszedł moment, kiedy to „wszystko” runęło. Kiedy nie było już tak różowo. Kiedy został sam, porzucony przez swoją dziewczynę. I zaczął zadawać pytania. Pytał o to, jak to możliwe, że coś takiego go spotkało, skoro on może wszystko? Co z tego, że jest lekko upośledzony? Przecież może wszystko! Chciał mieć rodzinę, dom. I uwierzył, że jest to możliwe. Bo może wszystko! Nie dostał odpowiedzi. Nikt nie nauczył go, jak radzić sobie z porażką. Pośród tych wszystkich, którzy wtłaczali w niego te farmazony, nie znalazł się nikt kto przygotowałby go na to, co robić kiedy to „wszystko” jednak nie wychodzi. Chłopak tego nie udźwignął. Nie ma go już wśród nas. Czy jego śmierć coś zmieniła? Tak. Dzisiaj nie usłyszymy już haseł „Możesz wszystko!” od tych, którzy wtedy stali przy tym chłopaku. Dzisiaj mówią „Możesz dużo więcej, niż ci się wydaje”. A to jest zasadnicza różnica.

Mogę, ale nie muszę?

Ale mimo tego, że to bzdury, dziesiątki, setki, tysiące głodnych sukcesów własnych młodych i starszych, wierzy w nie i lgnie ku nim jak pszczoły do miodu. Co więcej, wierzą, że mogą wszystko, mało natomiast ich zdaniem muszą. Poczucie wszechmocy zastępuje im faktyczny proces dochodzenia do sukcesu czy osiągania celów. A to zwykle wymaga całej masy rzeczy, które zrobić muszą. I tak często wychowują swoje dzieci. „mogę, ale nie muszę” przekłada się na wszystkie płaszczyzny: zaczynają od setek zabawek, mimo, iż ich dzieci po pierwsze nie muszą ich mieć aż tylu, a po drugie potrzebują czasem dwóch, trzech, ale takich prawdziwych, swoich, na lata. Oni dają im całe stosy nie tłumacząc im nawet po co im one? Nie mówią im również, że kiedy już z nich wyrosną, muszą podzielić się nimi z innymi dziećmi. Dlaczego? Bo tak po prostu trzeba. Następny krok to brak dyscypliny, by dzieci nic nie musiały, a mogły wszystko. I w końcu oni dorośli zaczynają mieć pretensje do całego świata, systemu edukacji, otoczenia, układów w pracy, bo tamci muszą, ale oni już nie. Narzucają obowiązki wszystkim innym, byle oni i ich dzieci miały spokój.

To co zamiast „jeśli tylko chcesz”?

Myśleć. Przede wszystkim się zastanowić nad tym, kim jest nasze dziecko, a nie co zdobywa, osiąga, jak wygląda i co potrafi. Ja musiałam przefiltrować sobie wszystko to, co do tej pory mówiłam Marcie, jak ją, moim zdaniem, zachęcałam, mobilizowałam, komplementowałam. I wyszło mi z tego takie coś:

  • muszę pozwolić jej dokonywać własnych wyborów odpowiednich oczywiście do jej wieku. Ja mam pomóc jej dostrzegać dwie strony medalu. Podpowiadać, czym są konsekwencje takich, a nie innych jej decyzji. Rozmawiać z nią, co może się stać, kiedy wybierze to, a nie tamto. Ale ostateczny wybór ma być jej;
  • muszę jej słuchać, rozmawiać z nią, pytać ją o to co czuje, co przeżywa, co się dzieje w jej życiu. Ona ma wiedzieć, że widzą ją, a nie to, co robi i czy jej się coś udaje, czy nie;
  • muszę zachęcać ją do kończenia tego, co zaczęła jeśli widzę, że jest tym zainteresowana, a jakieś drobne potknięcia po drodze delikatnie ją zniechęcają. To nauczy ją tego, żeby trzymać się tego, co zaczęła. Ale też, muszę zwracać uwagę, że ważny jest każdy etap tej drogi, nie tylko, to czy zakończy się sukcesem. Że po drodze dzieje się cała masa wartościowych rzeczy, z których ona może brać radość i satysfakcję z tego, co robi;
  • nie jest ważna wygrana, ale to że udało jej się zrealizować to, co zamierzała – to jest najtrudniejsza lekcja o konkurencji, tak silnej dzisiaj już od przedszkola. Ciężko jest przekonać dziecko, że to, że nie wygrała nie zmienia faktu, że dobiegła do mety, a to jest najważniejsze. Czasami mam wrażenie, że to walka w pojedynkę z wiatrakami, kiedy pani w szkole na wuefie ćwiczy wyłącznie biegi na wyścigi i pieje z zachwytu nad każdym dzieckiem, które wygra. Albo sadza chłopca do pierwszej ławki mówiąc na głos „oj usiądź tu, bo taki ładny jesteś”. No błagam…
  • muszę zrozumieć, że moje komplementy nie zbudują jej poczucia własnej wartości;
  • muszę nauczyć się akceptować to, że ona ma ryzykować i ponosić tego konsekwencje  – począwszy od najprostszych czynności typu rozkładanie talerzy i sztućców na stole, nalewania wody do szklanek, a skończywszy na tym, że na zimno ubierze tenisówki, w których zmarznie;
  • każdy sukces musi mieć ciąg dalszy, musi coś znaczyć, musi gdzieś prowadzić, gdzieś dalej; każdy sukces również rozleniwia, a każda porażka mobilizuje do wzięcia się w garść, zebrania do kupy, ściśnięcia zębów i pośladków;
  • nie mogę wyręczać jej we wszystkim, co z oczywistych powodów robi wolniej, bo mnie się akurat spieszy – poranna zmora wielu matek. „szybciej, szybciej..” i ośmioletniej dziewczynce zapinam kurtkę, nakładam czapkę itd. Co ona koduje?? „nie potrafię zrobić tego, więc mama musi robić to za mnie”, podczas kiedy japońskie dzieci od czwartego roku życia ubierają się same bez względu na porę roku;
  • ma pracować nad spełnianiem własnych marzeń, nie moich. To, że ja nie zostałam baletnicą czy aktorką nie znaczy, że ona ma wybrać szkołę baletową i PWST w przyszłości. Jeśli będzie chciała spróbować chodzić na siedem różnych zajęć, żeby wybrać to, co jej się podoba najbardziej, mam ją w tym wspierać;
  • nie od razu będzie czytać Szekspira w oryginale i pisać cyrylicą. Nic się nie stanie, jeśli przy trudnościach z jakimś wyzwaniem cofnie się o jeden krok. Tak było z czytaniem. Nie dawała sobie rady z tekstami zadawanymi przez panią w szkole. Poszli więc z tatą do biblioteki i wypożyczyli przecudne książeczki z serii „Czytam sobie” Widlaka, o przygodach pewnej, nomen-omen, Marty. Jaka ona była dumna z siebie, kiedy udało jej się przeczytać pierwszą z tych książeczek!! I tak, powolutku, uczy się czytać w swoim tempie. I wie, że my, rodzice, podziwiamy i doceniamy jej wytrwałość, a nie wyniki;
  • muszę nauczyć ją, że bycie wyjątkowym znaczy, że ma unikalne cechy, być może talent, które jeśli będzie nad nimi pracować, dadzą jej  spełnienie i poczucie satysfakcji, ale nigdy nie oznacza, że jest lepsza od innych;
  • moja miłość do niej jest absolutnie bezwarunkowa. Jest moją córką i będę ją kochać bez względu na to, co w życiu postanowi, zrobi, osiągnie. I ona ma wiedzieć, że tak samo kochamy ją wtedy, kiedy przyniesie jedynkę, jak i wtedy, kiedy przyniesie szóstkę. Co dla wielu rodziców nie jest tak oczywiste w okazywaniu dzieciom.

Dla mnie dzisiaj, o wiele bardziej trafione jest powiedzenie „mogę i chcę”, od „chcieć to móc”. A …

Jeśli tylko chcesz, możesz osiągnąć to, w co włożysz po tyle samo chęci, ciężkiej pracy, wyobraźni i determinacji.


Kiedyś bardzo chciałam żeby firma, którą założyłam, odniosła sukces. Tak mocno identyfikowałam się z tą chęcią i wizualizacją tego sukcesu, że zapomniałam o całej masie rzeczy po drodze, które muszę mieć, zdobyć, zrobić, osiągnąć żeby ten sukces w końcu przyszedł. No i niestety. Nic takiego się nie wydarzyło. Gdzie zatem popełniłam błąd?

Czy więc może faktycznie, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane??

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • jakurodziciwychowac.pl

    Pokolenie wychowane na bezgranicznej wierze w swoją wyjątkowość przychodzi do pracy i sypie swoimi oczekiwaniami, a z solidnym wykonywaniem pracy już gorzej. Wiara w siebie to nic złego, ale taka wiara która jest podparta ciężką pracą. Kolejną historię przedstawia twórca marki Maxfactor urodzony w Polsce. Pokazuje ona jak ciężką pracą, uporem, walką z przeciwnościami osiągnął sukces – polecam się zapoznać.

  • Nie wystarczy chcieć, trzeba jeszcze działać. Prowadzę z dziećmi m.in. warsztaty z doradztwa zawodowego. Mówią, że chcą być modelkami, piłkarzami jak Ronaldo, lekarzami. Nigdy nie powiedziałam, że jak chcą to mogą. A pytanie do Ciebie: musisz czy chcesz? Bo dużo „muszę” w tych punktach 🙂

    • Iwonko:))) Dziękuję za komentarz. A zatem: w wielu punktach muszę i chcę..faktycznie. Dziękuję, że zwróciłaś mi na to uwagę. „muszę” używam w kontekście tego, że mam z tym problem, że wiem, że muszę się tego nauczyć. Oczywiście, że chcę tak mocno jak wiem, że muszę. Idąc za psychologami, nic nie muszę. Wszystko jest prawem mojego wyboru, czyli chęci. Tak że myślę, że byłoby to bardziej odpowiednie, gdyby było „muszę i chcę”. Iwonka, powiedz mi, jak wyglądają warsztaty z dziećmi z doradztwa zawodowego?? W jakim wieku to są dzieci? Nastolatki, czy takie dzieci-dzieci? Jestem zaskoczona samym połączeniem wieku dziecięcego z doradztwem zawodowym. Powiesz coś o tym więcej? Brzmi intrygująco. Ściskam Cię mocno.

    • Podpisuję się pod słowami Iwony 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
Dlaczego to sobie robiłam?

Po latach wysłuchiwania co powinnam jako matka, przyszedł czas na to żebym to ja powiedziała czego chcę od życia. Tylko...

Zamknij