SĄ TACY LUDZIE I SĄ TAKIE MIEJSCA

Że wchodzisz i czujesz, że jesteś jak u siebie. Znacie to uczucie? Tak, jakbym przekraczała próg własnego domu tylko jakoś układ mieszkania jest inny i meble jakby też nie nasze. Ale serce bije podobnie. Wiadomo, gdzie w kuchni są łyżeczki do kawy, gdzie są talerze czy kubki. Drzwi lodówki nie stawiają oporu, a wewnątrz wystarczy jeden rzut oka i już wiem, gdzie co leży.

Sobota rano. Ot, zwykły dzień, jak każdy inny. Mokro jakoś było. Tuż po deszczu. Na głowie kaptur, bo włosy raczej wczorajsze. Jedna skarpetka taka, druga siaka. Po pół godzinnym spacerze z psem i tak nie widać różnicy, bo obydwie przemoczone. Pańcia, czyli ja, zamiast pomyśleć, że jak lało to może kalosze, przywdziałam but sportowy, lekko przemakający. No i mam.

I już się rozstajemy z towarzyszką porannych przechadzek, już całusy rozdane, a tu, bach, propozycja pada „no chodź na kawę”. „Gdzie na kawę? Skarpy przemoczone, dres brudny, głowa nieumyta pies wytytłany w błocie. Gdzie jak ci będę na kawę szła i to z pierwszą wizytą w takim wydaniu?” – zajęczałam z lekka. „No widowni u mnie nie ma. Dwa koty raptem”. Przekonała mnie.

Pokaż komuś, że jest dla Ciebie ważny. Nie dlatego, że coś umie, wie, ma. Ale dlatego, że odczujesz kiedy go nie będzie.

Weszłam do środka. Od razu wiedziałam, gdzie położyć smycz. Gdzie postawić buty. Gdzie iść umyć ręce. Weszłam do kuchni. Kawa pachniała kusząco. Jej czerń i zapach cudownie nęciły moje kubki smakowe. Podeszłam do szafki, otworzyłam szufladę, wyciągnęłam leżą sztućce. Jakbym od zawsze wiedziała, gdzie są. W ręku trzymałam coś do wyrzucenia. Sięgnęłam do szafki pod zlew. „W każdym przyzwoitym domu kosz jest pod zlewem” – tak mi kiedyś powiedziała babcia moja. Ten dom był, z definicji babuni, jak najbardziej przyzwoity.

Zwierzęta też jakby znały się od wieków. Psy, znaczy suki, kumplują się już jakiś czas. Ale moja Mila z kotami w ogóle. A mimo to nic. Jedno łasi się do drugiej. Pomrukują, więc chyba im dobrze. Suka kładzie się na dywanie i obserwuje. Po chwili wstaje i się oddala. Okazuje się, że w miska koleżanki akurat wypełniła się aromatyczną przekąską. Cóż było robić? No jak częstują, trzeba zjeść. I tak pół miski poszło, w gości. Żadnego pisku, szczekania, złości „to moje, to moje”. Jakby wspólne było.

Usiadłyśmy przy stole. Pyszna kawa, ciasteczka domowej roboty. Jemy, gadamy, wzruszamy się, dziękujemy. Śmiech, trochę łez, wspominki, zwierzenia. Ot taka sobota. W gościach, a jakby u siebie.

Rzadko zdarza mi się być u kogoś i czuć się tam tak, jak w tę sobotę. Mówiąc szczerze, to nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się poczułam będąc u kogoś pierwszy raz. Od czego to zależy? Od gospodarzy? Od tego, co mnie z nimi łączy? Od atmosfery w tym domu? Od tego, po co przyszłam?

W każdym razie dobrze, że są tacy ludzie i są takie miejsca, gdzie czuję się jak u siebie. W obcym domu, a jakby u siebie … Do takich ludzi i do takich miejsc zawsze dobrze wracać. Ot, nawet bez powodu i w przemoczonych skarpetkach. Bo nie zawsze najważniejsze jest to, w jakim wydaniu się pójdzie. Nie istotne czy w pięknej sukience, czy w tłustych włosach. Bo nie to jest ważne dla tych, którzy nas zapraszają. Nie to się liczy.

I jeszcze jedno: wśród takich ludzi i w takich domach jest się zawsze mile widzianym. I zawsze ma się powód, żeby tam, do nich wrócić. Po to chociażby, żeby poczuć się dobrze. Jak u siebie …

Macie takie miejsca?

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Żyć nie umierać

    Mam kilka takich miejsc i cieszę się że je mam 🙂

  • ja ogromnie lubię, kiedy u mnie ktoś czuje się dobrze. kiedy sam wyciąga mleko z lodówki, kiedy pomoże mojemu dziecku i wytrze mu nos.. sama też czuję się fajnie w miejscach, w których wiem, że mogę poczuć luz, teraz nie bywam aż u ludzi za wiele, ale dość często zdarzało mi się pobyć tak naprawdę fajnie. są ludzie, którzy odczytują źle, jak im się otwiera szufladę, wiesz, jakbyś chciała tam zajrzeć, nie wziąć łyżeczkę. mnie nawet do głowy nie przyjdą takie intencje. wczoraj była u mnie teściowa, pod moją nieobecność pomyła kilka okien, gary i blaty kuchenne, a uwalone były tak słusznie. i niektórzy by się za to obrazili, oj znam takich, a ja jestem wdzięczna. więc to chyba kwestia naszej otwartości, charakteru i przyzwolenia sobie samemu. oczywiście trzeba się z tym samym spotkać po drugiej stronie 🙂 w każdym razie.. super 🙂 nabrałam ochoty na taką wizytę i to odczucie 😀

    • Oj ja tak samo. Po raz kolejny kochana mamy tak samo <3 Jest w tym jakaś taka magia bliskości, prawda? Takie porozumienie bez słów. Ot wchodzisz i wiesz, że ni dlatego, że chamka ze mnie i walę po obcych szufladach, tylko dlatego, że ktoś u kogo jestem potraktuje to właśnie jako formę bliskości, jako coś naturalnego. I tak jak piszesz, nie obrazi się, nie będzie strzelał fochów, że to nie wypada. Intencje, liczą się intencje. Nie zmywam komuś naczyń, bo uważam, że jest brudasem, tylko dlatego, żeby mu pomóc, ulżyć. Nie proponuję posiedzenia z dziećmi bo uważam, że ktoś się nimi źle zajmuje, ale dlatego, że wiem czym jest czas bez dzieci. Teściowa…o matko, no cudowne. Moja składa mi rzeczy po praniu, układa Martusi w szafkach. Zmywa też. Popatrz, no, znowu tak samo <3 Całusy

  • Tak, mam takie miejsce. Jak u siebie w domu czuję się gdy idę do cioci. Niestety, często jej nie ma bo większość czasu spędza w swoim domu rodzinnym – na wsi. Ale może mnie tam nie być miesiącami, a jednak gdy przyjdę w odwiedziny, wszystko jest takie samo… Od dzieciństwa czuję, że to mój drugi dom. 🙂

    • Brzmi cudownie. To ogromna wartość moim zdaniem mieć takie miejsce. Nawet teraz, kiedy siedzę i to piszę sama myśl o tym, że być może niedługo znowu sobie wypiję tam kawkę poprawia mi humor. I uspokaja. 🙂 Fajne uczucie

Przeczytaj poprzedni wpis:
W każdym swoim poście za coś dziękuję

Karolina, autorka bloga Nasze Bąbelkowo, opowiada nam o macierzyństwie adopcyjnym w sposób, który absolutnie chwyta za serce. Stara się obalać...

Zamknij