NO NIE WYSZŁO

Pierwszy raz, kiedy bardzo boleśnie poczułam, że coś mi nie wyszło, to było…po spowiedzi do pierwszej komunii. Wyleciałam z konfesjonału jak z procy. Zapłakana wleciałam do domu i wszystkim najbliższym, już zgromadzonym na okoliczność mojego wstąpienia do rodziny wiernych kościołowi katolickiemu, wrzasnęłam „a ksiądz powiedział, że jestem jędzaaaaaaaaa”. Nie miałam pojęcia wtedy jak radzić sobie z porażką. Co więcej, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to wcale nie chodziło o to, że mi nie wyszło, ale o to, że ów ksiądz, z resztą bardzo ciemna kreatura, miał tego dnia humor fatalny. I kiedy usłyszał, jak mówię „nie wyniosłam śmieci, odzywałam się niegrzecznie do mamy i taty”, to mu wtedy wystarczyło, żeby zrobić ze mnie jędzę. Ale dla małego dziecka, jakim wtedy byłam, to był pierwszy poważny cios w serce mówiący „nie wyszło ci”.

W ciągu następnych kilkudziesięciu lat wiele razy czułam smak porażki. Raz bolało bardziej raz mniej. Były zawody miłosne, niezdane egzaminy, niezrealizowane marzenia.

I w końcu przyszedł rozwód. Cóż, zdarza się szczególnie wtedy, kiedy wychodzi się za mąż dlatego, żeby zrobić na złość facetowi, który porzucił, zostawił i ośmieszył. Wszystko trwa wtedy jak jeden dzień: rano ryczę, a wieczorem już mam na sobie suknię ślubną. No to nic dobrego nie wróży. I byłaby to nawet nie taka strasznie bolesna wpadka, gdyby nie to, że akurat ta była bardzo nie na rękę otoczeniu. Tym rozstaniem moim zawiodłam oczekiwania tym, którzy po tym małżeństwie obiecywali sobie „i żyli długo i szczęśliwie” … bez względu na to, czy faktycznie tak by było. A tu … klops. Dupa. Zwaliło się.

„co powiemy innym?”, „jak to będzie wyglądać?”, „to co teraz będzie?”, „a miało być tak pięknie”, „przecież wszystko było w porządku”. A jednak, widocznie nie do końca. A ja, ściśnięta w tych szponach cudzych oczekiwań, że miało być tak pięknie, czułam dwa razy mocniej, że to ja nawaliłam. Jakby wszystkie winy za wszystkie rozwody tego świata były właśnie moje. Nie czułabym się aż tak podle, bo sama najchętniej wywaliłabym gnoja za drzwi już jakieś dwa tygodnie po ślubie. Ale presja, jaką czułam, na długi czas wryła mi się w pamięć jako najgorsza moja porażka do tamtej pory.

Potem, jakoś z czasem, przychodziły kolejne potknięcia, kolejne błędy.

Najważniejszym aspektem kreatywności jest brak strachu przed porażką – dr Edwin Land, fizyk, naukowiec, wynalazca, współzałożyciel Polaroid

Ale dlaczego właśnie te dwie porażki tak głęboko utkwiły mi w pamięci? Bo w pierwszym przypadku, silne poczucie niepowodzenia brało się nie tyle z własnych emocji, ale z absolutnie koszmarnej traumy, jaką zafundował mi ten ksiądz. To jego słabe samopoczucie tego dnia wpłynęło na to, że ja, dziewczynka wtedy, poczułam się faktycznie jak jędza. Ta wina przyszła z zewnątrz. Nie brała się z tego, że faktycznie czułam, że coś przeskrobałam, ale dlatego, że ktoś musiał gdzieś dać upust swojego gniewu i wkurwu. I trafiło na mnie. Zostałam obarczona własną winą, której nie było, wyłącznie dlatego, żeby ktoś mógł się poczuć dzięki temu lepiej.

W przypadku rozwodu, uczucie porażki brało się nie tyle z tego, że faktycznie zostałam rozwódką w wieku trzydziestu lat, czyli już z mocno bijącym zegarem biologicznym, ale z tego, że tym ślubem miałam spełnić czyjeś oczekiwania i wyobrażenia odnośnie mojego zegara biologicznego i związanych z nim usankcjonowań. Miałam „spełnić własną powinność”, która nie była moja, ale dla mnie wytyczona przez kogoś innego. I kiedy sprawa się rypła, ciężar winy spadł na mnie. Czułam, że zawiodłam. I nie tyle chodziło o to, czy byłam szczęśliwa czy nie, ale o to, że małżeństwo miało przetrwać. Takie, czy inne. Liczyła się formalność. Fakt, że miałam pozostać żoną. A to, czy koleś był chamem, skurwielem i wampirem emocjonalnym, to kompletnie nie miało znaczenia. Liczył się papier. Fakt. Kanon.

A dzisiaj? Co dzisiaj? No nic. Nic szczególnego się nie dzieje z powodu tego, że w moim życiu popełniłam tyle to, a tyle błędów. Że upadałam nie raz, a dwa, trzy, może nawet więcej razy. Doszłam ze sobą do takiego porozumienia, że to wszystko spina mi się w jedną całość:

po pierwsze: pozwalam sobie na błędy, nie boję się ich;

Może nasze błędy są tym, co tworzy nasz los. Bez nich, co kształtowałoby nasze życie? Być może, jeśli nigdy nie zboczylibyśmy z kursu, nie zakochalibyśmy się, nie mielibyśmy dzieci, nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy?

Sex w wielkim mieście, sezon 4

po drugie: to, czy coś jest błędem, porażką, oceniam ja, wyłącznie ja. Ani zły humor księdza, ani presja otoczenia nie będą kategoryzować tego, czy coś mi nie wyszło i w jakim stopniu jest to moja wina, a w jakim działanie czynników zewnętrznych czy siły wyższej, na przykład;

po trzecie: jeśli ponoszę porażkę z własnej głupoty, nie piszę o tym książki, ani nie wgryzam się w to za głęboko: za głupotę się płaci, ot co. Strzepuję pył z ramion i dalej do roboty;

po czwarte: jeśli mi na czymś zależy, przygotowuję się do tego solidnie, z każdej strony, a nie wychodzę z założenia, że jestem tak zajebiście wspaniała, że wystarczy moje pierdnięcie i nowy zamek Buckingham już stoi;

po piąte: jeśli coś jest dla mnie ważne, nie oddaję tego innym mając nadzieję, że dla nich będzie to tak samo istotne, jak dla mnie. Być może nie jest tak, że wszyscy inni mają mnie w dupie, ale jeśli naprawdę stawiam na coś, to w pierwszej kolejności odpowiadam za to ja, a nie listonosz;

po szóste: nie muszę spełniać niczyich oczekiwań. Nie mówię oczywiście o zależności pracodawca-pracownik. Chodzi bardziej o sytuacje, w których sama jestem sobie decyzyjna, o kwestii wychowania mojego dziecka, prowadzenia domu czy poglądów polityczno-religijno-społecznych;

po siódme: wyznaję zasadę „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Wg tego, każda porażka jest okazją, żeby czegoś się nauczyć, dowiedzieć się czegoś o sobie. Ta nauka powoduje, że po każdej porażce podnoszę się silniejsza, mocniejsza. Trudniej mnie zaskoczyć, złamać, bo właśnie wiem więcej. I niech mnie drzwi ścisną, jeśli następnym razem, w podobnej lub takiej samej sytuacji, postąpię dokładnie tak, jak ostatnio. Znaczyło by to wtedy, że albo kompletnie nie kojarzę, albo to, co robię to zupełnie nie moja branża. Ale…jest pułapka: nauczyć się na błędach mogę jedynie wtedy, kiedy wiem, że te błędy popełniam. Czyli: patrz „po pierwsze”;

Najpiękniejsze jest to, że jedyne co możemy przewidzieć, to to, co sami sobie wykreujemy, stworzymy.

po ósme: nie rozstaję się z pozytywnym nastawieniem. Naprawdę (bo nie na niby) nic się takiego nie stanie, jeśli potknę się jeszcze z kilka razy w życiu. Jezu, życie to nie jest droga usłana fiołkami To ciągły roller-coaster. W górę i w dół. Bez trzymanki. A to, że czasami upadnę, że czasami dostanę po dupie, nie zmieni tego, że uważam, że stać mnie na na serio wielkie rzeczy. I że drzemie we mnie potężna siła, która daje mi kopa do każdego następnego kroku;

po dziewiąte: błędy mojego dziecka będzie oceniać…moje dziecko. Tak samo ona, jak i ja, ma prawo popełniać je i uczyć się na nich. Muszę jej na to pozwolić, choćby ode mnie wymagało to powstrzymania się od matczynej troski na każdym kroku, jaki jej małe stópki stawiają na tej ziemi. Muszę jej pokazać i nauczyć ją, że porażka nie jest końcem świata, a może być początkiem czegoś zupełnie nowego. Moje dziecko musi mieć możliwość popełniania błędów i tego, że w związku z tym przeżyje stres. W przeciwnym razie wyrośnie w sztucznie wytworzonej atmosferze braku samodzielności. No bo przecież, jeśli ma błędów nie popełniać i nie przeżywać tego, wszystko muszę zrobić za nią ja lub jej tata. Nigdzie nie pójdzie, bo zewsząd będzie czaiła się śmierć. Dziecko, tak jak dorosły, musi uczyć się „na własnej skórze”. Oczywiście nie bez przesady, ale w granicach rozsądku;

i w końcu po dziesiąte: nawet jeśli błąd pozostanie jedynie błędem, porażką, potknięciem bez żadnej nauki z tego wynikającej to … również nic się nie stanie. Nie wszystko musi mieć drugie dno. Nie wszędzie musi być głębia. Niektóre z błędów są tak trywialne, że nie warto się nad nimi namyślać dłużej niż „o…i po sprawie”. Moje błędy nie muszą nigdy wpisać się w efekt motyla. Nie muszą wywołać okresu burzy i naporu. Nie zatrzyma się ziemia, bo Kilińska zrobi błąd. Tak samo Kowalska, Psikuta czy Nawrot.

Niedługo koniec roku. Czas, w którym masę osób, w tym może i Ty, będzie robić sobie przeróżne podsumowania, analizować swoje roczne osiągnięcia, planować rok następny. Nie zapominaj przy tej okazji, że wszystko przed Tobą, że być może pisane jest Ci co innego, a może czeka Cię absolutny sukces w tym, co robisz dzisiaj. Najpiękniejsze jest to, że jedyne co możemy przewidzieć, to to, co sami sobie wykreujemy, stworzymy. A, że czasami powinie nam się noga, nie znaczy, że nie trzeba próbować. Przeciwnie.

99,99% populacji na świecie nie obchodzi kompletnie nic, co się dzieje w moim życiu. I tak samo mało interesują się Twoim życiem. To ja mam sobie i Ty sobie to życie ustawić w taki sposób, żeby dla nas wydało się najbardziej odjechaną sekwencją zdarzeń w całym wszechświecie. A każdy z naszych błędów spowoduje, że kiedy już będziemy pchać przed sobą balkoniki to, jak mówi moja przyjaciółka, powiemy sobie „no nudy nie było”.

A co Ty sobie mówisz za każdym razem, kiedy czujesz, że poniosłaś porażkę?

 

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook8Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Nie lubię ponosić porażki. Co nie znaczy, że mi się to nie przytrafia. Otóż przytrafia się, ale nie lubię, szczególnie w rzeczach dla mnie ważnych. Nie podnoszę się też z tych ważnych tak szybko jak bym chciała. Twoje dziesiątka jest dziesiątką każdej silnej kobiety. Pewnie nie wszystkie takie jesteśmy i pewnie nie tak łatwo się zmienić zupełnie. „Zsilnieć” na zawołanie. Ale masz rację, trzeba się wzmacniać. Zawalczyć o siebie. I być samemu sobie barometrem i termometrem naszych uczuć i potrzeb 🙂 Pozdrawiam 🙂

    • Kilińska

      Kochana moja, nikt chyba nie lubi. Ale tak, mimo, że się nie lubi, można nauczyć się na nich podnosić. 🙂 I na pewno nie jest to nauka na już, na raz. Najważniejsze zdać sobie z tego sprawę i potraktować to jako okazję, a nie koniec. Ściskam

  • Lekcja nauki ponoszenia porażek była dla mnie bardzo długa, bolesna i niezwykle trudna. Sama stawiałam sobie często zbyt wysoko poprzeczkę, i porażka okazywała się nieunikniona, a ja wciąż nie rozumiałam dlaczego, Motywacja i wiara w siebie leciały na łeb na szyję. Po kilku latach, po ciężkiej pracy udało mi się zmienić myślenie Udało mi się wiele rzeczy przewartościować. Teraz już wiem, że porażki są nieuniknione. Czasem to właśnie dzięki nim jesteśmy w stanie osiągnąć jeszcze więcej. A inni? Wiecznie będzie gdzieś blisko ktoś, kto będzie niezadowolony z nas czy naszych wyborów, grunt to postępować w zgodzie ze sobą 🙂

  • „A każdy z naszych błędów spowoduje, że kiedy już będziemy pchać przed sobą balkoniki to, jak mówi moja przyjaciółka, powiemy sobie „no nudy nie było”.” To zdanie idealnie podsumowuje wszystko co tu napisałaś. Ja sobie zawsze powtarzam, że jesteśmy tylko ludźmi, a ludzie popełniają błędy. I tak jak sama piszesz, życie nie byłoby takie ciekawe, gdyby wszystko było idealne 🙂

    • Kilińska

      Tak sobie właśnie wyobrażam moją starość: z balkonikiem, przyjaciółką u boku i takim lekki rumieńcem na twarzy na wspomnienie wszystkiego, co się udało, co nie wyszło, co było błędem. Bo już dzisiaj wiem, że kilka z moich tzw. „błędów” zasługuje na taki rumieniec 🙂

  • Ale

    To jest dekalog „Jak być szczęśliwym!” 🙂

    • Kilińska

      Och jak miło <3 tak na to nie patrzyłam. aż przeczytam raz jeszcze. Dziękuję <3

Przeczytaj poprzedni wpis:
ŚWIĘTA

Jest w nich coś, czego nie lubię. To, że nie jestem już dzieckiem, a one wciąż są. Pamiętam, że dla...

Zamknij