MAM OBWISŁE CYCKI I CELLULIT

Znowu powtórka. Tym razem spojrzałam do lustra i powiedziałam do siebie „masz obwisłe cycki i cellulit”. I trochę dla siebie, ale też dla tych wszystkich z nas, które nie mają odwagi przyznać tego przed sobą, publikuję ten tekst. I pozdrawiam Wasze wszystkie obwisłe cycki, ściskam Wasz cellulit i gładzę zmarchy. Jesteście przepiękne.

Oprócz tego mam jeszcze zmarszczki, te mimiczne i te starcze. W zależności od masy, jakiej mi od czasu do czasu przybywa, a potem ubywa, wokół talii robią mi się wałki, a potem znikają. Mam najbrzydsze stopy na świecie, zdeformowane operacjami jakie przeszłam w dzieciństwie. I z ich powodu właśnie, byłam przedmiotem podśmiechiwań na każdych koloniach i obozach letnich, kiedy dzieciaki radośnie skakały w spienione fale, a ja, skulona, siedziałam na brzegu, wbijając moje pokrzywione paluchy w piach ze wstydu. I kiedy dzisiaj patrzę na siebie tak siedzącą na tym piasku wytykaną przez dzieci palcami, zastanawiam się jak to się stało, że ta dziewczynka zdołała tak mocno pokochać siebie taką, jaką jest?

Moje ciało, moja fizyczność

Moje piersi, które w czasach młodości dumnie sterczały pod obcisłym podkoszulkiem wskazując wyłącznie kierunek „naprzód !!” dzisiaj, w zależności od humoru, albo patrzą lekko na boki, albo nieco speszone zerkają w dół. Nie mam pojęcia czego tam szukają, ale co poradzę? Nie mam z drugiej strony czemu się dziwić, skoro w ciąży przytyłam trzydzieści kilo, żeby w pół roku po urodzeniu schudnąć kolejne trzydzieści pięć. No taki szok dla ciała plus hektolitry mleka jakie przelało się przez te magazyny, miały prawo zdeformować nawet najbardziej elastyczne i jędrne kiedyś piersi.

Na ciele mam łącznie trzynaście trwałych blizn, w tym dziesięć pooperacyjnych, głównie na dłoniach. I z nich wszystkich najprzyjemniejszą w oglądzie i w sumie prawie w ogóle niewidoczną, jest blizna po cesarskim cięciu. To doświadczenie, w przeciwieństwie do następstw operacji kończyn z dziecinnych lat, nie pozostawiło żadnych śladów na psychice i mojej fizyczności.

W zależności od tego czy tyję czy chudnę, zmienia się moja twarz: grubsza wygląda dużo młodziej bo zmarchy wypełniają są tłuszczem. Szczuplejsza opada i po dwóch stronach ust tworzą mi się wyżłobione ujścia Amazonki, ściekające wodospadami w kierunku szyi. Ta z kolei czasami zdaje mi się być coraz bardziej nadwyrężona ciągłym poruszaniem głową, która to przy mojej nadimpulsywności potrafi bardzo często kręcić się prawie wokół osi tejże szyi. Chcąc ulżyć zatem jej, od kilku lat wyklepuję ją jak karoserię po wypadku, a przed sprzedażą jako „auto używane, bezwypadkowe”.

Moje pośladki, przyodziane nawet w choćby nie wiem jak seksowne ciuszki, nie wzbudzą już żadnych emocji czy nawet reakcji. Nikt nie gwizdnie, nie świśnie, ani nie zawoła „e, lalunia”. Służą raczej jako zabezpieczenie mego tyłu na wypadek zderzenia z większym od siebie obiektem.

Moja wartość nie zależy od rozmiaru. Twoja też nie.

Megan Jayne Crabbe, „Bodyposipanda”.

Jestem piękna

Zaskoczyłam Cię?

Tak właśnie myślę o sobie. Bo wiesz co widzę codziennie kiedy patrzę w lustro? Moją historię, która to jest piękna. Która opowiada o dziewczynce wbitej w kupkę piachu, która mimo swoich ułomności, niedociągnięć, zrządzeń losu i słabości w pełni siebie zaakceptowała, pokochała siebie i pogodziła się z tym, jak wygląda. I dzisiaj, jako dorosła kobieta, kocha siebie za każdą zmarszczkę, każdy wałek na brzuchu, każdy siwy włos, każdy dołek cellulitu. Tej małej dziewczynce udało się bowiem uwierzyć w to i zrozumieć, że po to aby nie bolało, kiedy kolejne dziecko pokaże palcem na jej stopy, nie jest potrzebna kolejna operacja, ale świadomość, że piękno nie tkwi w jej urodzie. Że uroda, nawet ta najbardziej atrakcyjna, w końcu przeminie. Że ta, którą się będzie ciągle i ciągle poprawiać, w końcu zamieni ją w chodzące monstrum. Że ludzie nie będą jej oceniać po tym czy drugi palec u nogi jest równy pierwszemu, jak gładką i naciągniętą ma skórę twarzy czy jak gładkie ma pośladki i uda. Ale co ta twarz im mówi. Ile w tej twarzy jest prawdy, życia, miłości, wiary we własne możliwości. Co pięknego i wartościowego ona może dać innym i ile to będzie dla tych innych warte.

Czy chcę powiedzieć „au naturel”: jestem jaka jestem i nic nie zamierzam z tym robić? Jasne, że nie. Cokolwiek jednak bym nie zrobiła, nie będzie kierował mną strach przed krytyką i odrzuceniem czy niepewność braku akceptacji otoczenia.

Inne jest równie piękne

Przeszłam bardzo długą i bolesną drogę od kiedy wstałam z tej plaży trzydzieści parę lat temu. Moja inność była i jest nadal dużo bardziej widoczna, niż wykrzywione palce u stóp, których dzisiaj może nie wystawiam na widok publiczny, ale z pewnością nie chowam ich w piach ani nie owijam w onuce i gumofilce. W dalszym ciągu zdarzają się spojrzenia ukradkiem, gdzieś tam spod stołu albo spod parawanu. Ale mam to … w dupie. Nie robi mi to kompletnie nic. Moje palce u stóp są krzywe, brzydkie, dziwne takie, ale są … moje. I je tak samo kocham i akceptuje jak pozostałe, te proste.

Bo czym jest piękno? Ideałem? To co piękne musi być idealne? Mieścić się w kanonach mody, urody i zachowań? Wyłącznie kobieta w rozmiarach 90-60-90 będzie piękna, jeśli ogólnie przyjęte jest, że to są wymiary kobiety idealnej? Czy po to, żeby być piękną muszę ładować w siebie tony botoksu, głodzić i codziennie nakładać kilogramy pudru i podkładu żeby zatuszować niedoskonałości mojej cery?  Może, tylko po co?? Na co mi to? Bo wiesz co? Jeśli tak bym robiła, to dla mnie jasne by było, że siebie nie akceptuję, nie kocham, nie chcę takiej, jaką jestem. Czy wtedy faktycznie stanę się piękna, ładniejsza, bardziej idealna? Czy wtedy ktoś mnie pokocha bardziej, zauważy szybciej, doceni mocniej?

Jak pokochać siebie?

Jak miałby mnie pokochać świat, jeśli ja sama tej miłości bym sobie nie dała? Ile z codziennej i okazjonalnej pielęgnacji ciała robię dla siebie, a ile dla innych? Ile mnie prawdziwej widzi świat? Ile tego, co mam w sobie, wewnątrz, kim jestem, pokazuję na co dzień innym? Co ukrywałabym pod kołdrą z pudru, podkładu, cieni, szminki i różu? Kim jestem bez makijażu i naciągniętej skóry? 

Czy patrząc w lustro na kogoś, kto po latach wciskania botoksu w każdą zmarszczkę, tuszowania każdego przebarwienia na twarzy, każdej piegi, ładowania w mięśnie niezliczonej ilości godzin na siłowni, zobaczyłabym tam jeszcze siebie? Spodobałabym się sobie?

Być może myślisz, że jestem jedną z tych, co to idzie w ludzi jak ją Pan Bóg stworzył i nie dla mnie choćby tusz do rzęs. Skąd, nic bardziej mylnego. Uwielbiam się umalować, uwielbiam wyglądać inaczej niż wtedy, kiedy otwieram oczy (choć podobno są takie kobiety, które ze strachu przed reakcją mężczyzny, z którym są, chodzą spać w makijażu!!) … bo wyglądam wtedy dosyć kiepsko. Uwielbiam schudnąć wysiłkiem bądź samoczynnie i ważyć o te dziesięć kilo mniej. Uwielbiam planować sobie, że od tego i tego dnia zacznę ćwiczyć jogę, na przykład, żeby spuścić napięcie z mięśni, rozruszać zaspane cielsko i wbić się w rytm codziennej gimnastyki dla duszy i ciała. Kocham, kiedy motywuje mnie do tego mój przyjaciel, który codziennie ćwiczy, nie raz roniąc łzę z bólu, ale się nie poddaje, bo ma maleńkiego synka, dla którego musi pokonać swój bolący kręgosłup i sypiące się kolana. Uwielbiam włożyć super ciuch i wbić się w obcasy, których nie mam. Uwielbiam, kiedy wiem, że wyglądam cudownie i widzę, że inni też to widzą zawieszając na mnie wzrok na parę sekund, kiedy mijamy się na ulicy. Bo jestem próżna. Jak każdy. Uwielbiam, kiedy Marta i jej tata zauważą, że „mamunia coś inaczej jakoś dziś wygląda”. Jasne, że tak.

Ale kocham siebie również, kiedy to wszystko się nie dzieje. Kiedy mam więcej kilogramów niż przewidują to jakieś „be-em-i” , sre-em-i. Kiedy kupuję sobie loda i zjadam go zaraz pod sklepem. Kiedy wbijam do Maca i wcinam duże frytki. Tak, wtedy też siebie kocham.

Bo mniej kilogramów, bycie fit, srit i tak dalej, to nie dodaje mi pewności siebie. Nie wpływa na to, jak siebie postrzegam. To nie zmienia tego, co do siebie czuję i jak siebie widzę. To nie stanowi o moim miejscu na ziemi.

Zgniłe jajo w złotym papierku

Ale również, to nie zmieni tego, co inni o mnie myślą i będą myśleć. Bo to wyłącznie powłoka. Garnitur. Moment. Chwila. Opakowanie. Zapakuj zgniłe jajko w papier świąteczny od Harrods’a.  To jesteś Ty, która nie akceptuje siebie, nie kocha siebie i tego kim jest, a ładuje kupę forsy na najlepszy botoks na rynku, wbija się w suknię od DeBogatis i idzie na najbardziej luksusowe przyjęcie w mieście, świecąc w tłumie najnowszym zabiegiem na podniesienie podbródka. Przy pierwszym dotknięciu smród się rozniesie jak jasna cholera. I nie ważne, że papierek był ze złotą nitką. Szary, zwykły by wystarczył. A i tak ten złoty i ten szary trafiają do kosza, a zostaje to, co było w środku.

To wszystko na nic, jeśli właśnie nie zaczniesz od tego środka. Na nic te pudry, botoksy, godziny na siłce. Psu na budę. Zapisz się na ćwiczenia dla Twojej duszy. Z nią się najpierw umów. Pogadajcie jak dziewczyna z dziewczyną. Poznaj siebie, pokochaj, zaakceptuj. Wtedy dopiero to, co zrobisz ze swoim ciałem, będzie miało sens. A robić możesz wszystko. Bo wszystko jest dla ludzi. Przy czym… jeśli już zajrzysz w siebie, nauczysz się siebie kochać, poznasz się i zobaczysz jak cudowna jesteś TY, bardzo szybko dojdziesz do wniosku, że w sumie niewiele chcesz i potrzebujesz zmienić.

Nagle, Twoje zmarszczki, obwisły cyc, wałki tu i ówdzie przestaną być potworami z Loch Ness, a Tobą. Twoja twarz opowie Ci historię Twojego życia. Twoje oczy przestaną bać się zaglądać w lustro z obawą, czy aby nie przybył kolejny dołek cellulitu.

Bo co innego jest, kiedy dbasz o siebie, a co innego kiedy obsesyjnie nie pozwalasz swojemu ciału dojrzewać razem z Tobą. Obsesja i estetyka to dwie różne rzeczy. Ta pierwsze przeważnie bierze się z czegoś nie do końca pozytywnego. Czy to są kompleksy z dzieciństwa, czy to, jak traktowali nas partnerzy, czy cokolwiek, co zostawiło rysę w naszej pamięci, trzeba poznać ten powód. Inaczej nigdy w życiu nie uda nam się traktować siebie w sposób najlepszy dla nas: z miłością dla naszego ciała i tego, jak się zmienia. Zawsze to jest Twoja decyzja i Twoje ciało. Zawsze jednak pamiętaj, na co i dlaczego decydujesz się na to, a nie na co innego.

Słuchałaś kiedyś siebie patrząc rano w lustro, bez makijażu? Spróbuj proszę. Jaką historię opowie ci twoja twarz? 

Twoje ciało przestanie być Twoją wizytówką, a stanie się miejscem, w którym będziesz po prostu czuć się dobrze. Twoje dzieci i najbliżsi zobaczą Ciebie, a nie rachunki za kosmetyczkę czy kosmetyki. Będą mogły od Ciebie się nauczyć, że piękno nie mieszka w lustrze. Że ono pojawia się tam dopiero wtedy, kiedy samemu odkryje się go w sobie. I pokocha się go tak, jak nic innego na świecie. Że jeśli pokochamy to, co mamy w środku, to tak właśnie, z miłością, będziemy patrzeć na swoje ciało.

Że ta mała dziewczynka z powykrzywianymi palcami, dziwnymi bliznami i zaciśniętymi piąstkami może powiedzieć swojej córce, że choć ona jest piękną istotą i jedną z najpiękniejszych istot, jakie jej mama kiedykolwiek widziała, to najpiękniejsze jest to, jak cudownym małym człowiekiem ona jest i jak wielkie, i dobre ma serce.

A Ty? Co w sobie lubisz??


Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook11Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • babownia

    Wszyscy mamy te mniejsze, czy większe kompleksy, czy wady … Ale tak jak mówisz, ważne, żeby być w zgodzie z samym , czy też samą sobą. Być może takie „malowane lale” też coś zakrywają tymi szminkami, podkładem i pod toną pudru, albo szpilkami i mini na Giewoncie siedzi jakaś mała dziewczynka, tylko zakrywa tym inne kompleksy, niż te, które możemy sobie wyobrazić? A „grubasek” z dzieciństwa ćwiczy wytrwale. Ja nie potrafie tego ocenić, bo wiem, że motywy są bardzo różne. Od próżności, aż po niesmiałość. Ściskam 🙂 Basia

    • Kilińska

      to zawsze bardzo trudno ocenić. i przyczn może być milion. i tylko sami przed sobą wiemy co to jest. 

  • Maria Teresa

    A czy mówi Ci coś taka oto opinia kogoś bardzo bliskiego, na temat moich stóp w wieku dorastania: Gdyby Ci stopę położyć na pieńku i siekierą odciąć same palce, to wtedy proporcje byłyby zachowane? To było w moim kierunku. Też chowałam stopy w piasek, przezywałam gehennę na wf-ie, kiedy należało żwiczyć boso. Teraz noszę sandały z odkrytymi palcami. A co mi tam! :-)Pozdrawiam. Gratuluję, świetne pióro 🙂

    • Kilińska

      …!! Ja byłam odmieńcem,krzywą stopą i paluchem czarownicy. Twoje mocne. Czułaś się pewnie taka … podbudowana, prawda?? Ja zawsze.. A szukam najpierw tych z paskami na palcach, a jak nie ma biorę odkryte. I tak trzymajmy. Dziękuję kochana za pióro:)) 

      • Maria Teresa

        Zgodnie z regulaminem, nie będę anonimowa, jeśli podam swój link wczesnaemerytka.blogspot.com . Tam dowiesz sie o mnie. Swoją anonimowość zachowuję połowicznie ze względu na dziecko, które jest w rodzinie. Pozdrawiam serdecznie Teresa

        • Kilińska

          Byłam u Ciebie i jestem zachwycona! Masz we mnie kolejnego fana! Ściskam mocno

Przeczytaj poprzedni wpis:
MATKA POLKA

Powrót do przeszłości blogowej. Znowu sprowokowany. Właśnie wczoraj usłyszałam, że powinnam się wstydzić przed swoim dzieckiem, bo jako matka mam...

Zamknij