KIEDY GNIJE OD ŚRODKA

Jest taki nieopisany nigdzie typ zachowania "żyję po to żeby się przyczepić". Na usta ciśnie się oczywiście znacznie bardziej dosadne określenie dla tego rodzaju interakcji z ludźmi, ale pozgrywam kulturalną. Choć za każdym razem kiedy czytam, słyszę czy widzę takie dopieprzanie się wyłącznie dla samej działalności, to mi się z trzewi wyrywa co tylko najgorsze.

Znasz ten typ? Budzi się rano, wypluwa tego gluta z nocy i od razu w gardle staje mu następny: gorycz wymieszana z kwasem, którą to mieszanką musi natychmiast kogoś oblać. Wchodzi to takie na pierwszy z brzegu portal społecznościowy i jedzie: "a ty ch*ju pier****ny", "ty buraku", "matka twoja powinna się wyskrobać". I wydawać by się mogło, że wyłącznie mężczyzn stać na tak wyszukane epitety. Ależ gdzież tam. Panie nie ustępują tutaj miejsca panom. Śmigłe i biegłe w najnowszym slangu socjalnym, świetnie sobie radzą. 

Są też tacy, którzy budzą się wyłącznie po to, by innym wytknąć pomyłki bądź niedopowiedzenia. I tak na przykład: żaden błąd ortograficzny nie zostanie przez nich pominięty. Kążde ó, ch, ż nie na swoim miejscu będzie przez nich piętnowane. Obstawiam byłych lub niespełnionych polonistów. Surowej ocenie podlegają również: kontekst zdania, składnia i użycie wyrazów obco brzmiących. Czują się w obowiązku wytknąć każdą jedną pomyłkę. Po cholerę, ja się zastanawiam??

"Lubię" też takich, co to uaktywniają się wyłącznie wtedy, kiedy jest coś do wytknięcia, pozostały czas funkcjonując w trybie "stand by". Kiedy autor wpisu się pomyli i zamiast "poszedłem" napisze "poszłem", zostaje wtedy dyżurnym baranem, ćwokiem i matołem, co to trzy klasy pewno skończył. I nie ważne, że przeoczenie "ed" to wynik błędu edycji wpisu. Nie istotny powód, swoje wyrzygać musi.

Typem bardzo szczególnym jest fan osoby publicznej więc popularnej na portalach społecznościowych. Taki fan nie może ścierpieć tego, że komuś innemu się udało. Sąsiad z Koterskiego pełną gębą. Żyje wyłącznie po to, żeby zadośćuczynić swój mierny los i zagłuszyć swój własny ryk rozpaczy nad swoim niewiele wartym życiem. I tu nie ma ograniczeń. Hamulce nie działalają. Ludzie, którzy próbują zrobić czasami coś dobrego dla potrzebujących wykorzystując w słusznym celu swoją popularność, obrzucani są najgorszym gównem. Bici są w najczulsze swoje punkty, często nie mogąc się w żaden sposób obronić, bo zadany cios akurat w to miejsce paraliżuje na długi, długi czas. I jedyne co im pozostaje to upublicznić takich sk*******ów. I na szczęście tak robią. Na szczęście coraz częściej takim bydlakom nie uchodzi to na sucho. Podawani są na tacy opinii publicznej z imienia i nazwiska. Każdy może ich znaleźć. Ich znajomi dowiedzą się, że obok zdjęć bukietów stokrotek na swoim profilu czy wspomnień wycieczek z własnymi dziećmi podpisanymi "wypoczynek z moim Niuniaskiem", wbija się taki do kogoś na tablicę i pisze coś w rodzaju "śmierć dziecka to za malo dla takiego ch**a jak ty". Idealny melanż.

I tak sobie myślę, że tacy ludzie muszą gnić. Gnić od środka. Przegnici są własnym, toczonym od lat, niespełnieniem. Zazdrością, że komuś wyszło. Wyszło cokolwiek. Ważne, że im nie. Ich uboga emocjonalnie codzienność produkuje każdego dnia nową, świeżutką porcję jadu, którego muszą się pozbyć, bo inaczej uduszą się nim już po paru godzinach od porannego przebudzenia. Obok zazdrości pojawia się wściekłość. Stąd pewno agresja słowna albo w czambuł krytykowanie wszystkiego, co zobaczą. Nigdy taki nie pokaże światu, że coś mu się podoba. Bo sam nigdy nie przeżył i nie dokonał czegoś, z czego byłby zadowolony.

Jest jeszcze jedna prawidłowość w zachowaniach takich typów: mianowicie są tacy, którzy uaktywniają się prawie wyłącznie, najczęściej wtedy, kiedy coś złego się komuś dzieje. Kiedy ktoś podzieli się swoim potknięciem, dramatem, pechem. Wtedy… o matko jedyna, jak jemu się współczuje. Takie negatywne współodczuwanie. Mechanizmy interakcji zostają uruchomione wtedy, kiedy można powiedzieć "och jak mi przykro, współczuję". Dlaczego? Bo drugiemu, tak jak im, zadziało się źle. A dlaczego w chwilach czyjegoś tryumfu nie wykrzykują "brawo! gratulacje! tak trzymaj! jesteś gość!"?

Jest też bardzo specyficzna grupa, która daje o sobie znać kiedy uznają, że należy zaznaczyć swoją inność, odmienność. Poglądów, przekonań, przyzwyczajeń. Wtedy ten ich krzyk "a ja tak nie mam!!" musi być najgłośniejszy, najbardziej donośny, musi go ułsyszeć każdy w promieniu stu kilometrów najmniej. I często jeszcze to co inne u tego drugiego nadaje się do wyrzucenia i unicestwienia. Spalić na stosie, a popioły zakopać. Niech się "broń nic" nie rozniosą po innych. 

Tylko ja w dalszym ciągu tego nie rozumiem. Może i naiwnie wierzę w to, że w ludziach jest dobro. Że, jak śpiewa Mezo i Kasia Wilk, "ważne, że potrafisz widzieć dobro, ważne, że doceniasz jego ogrom". I doskonale wiem, że dobro wraca. To bezinteresowne, z odruchu serca, bez oczekiwania niczego w zamian, bez licytacji, czy mi się to opłaci czy nie, zawsze wraca. Doświadczyłam tego nie raz.

Ale wiem też, że wraca zło. Hejt i złorzeczenie. Wraca też obojętność. Jeśli wydaje im się, że nic nie robiąc nikogo nie krzywdzą, to nic bardziej mylnego. Bo na końcu cierpieć będą oni. Bo czy można żyć w kompletnym oderwaniu od innych? Czy można być emocjonalnie samowystarczalnym? Czy można nigdy niczego od nikogo nie potrzebować? Czy można w końcu przewidzieć, że nigdy czyjaś obojętność nie będzie nam przeszkadzać?

Wiem też, że nie ma czegoś takiego jak wrodzona, naturalna bezinteresowność. Zawsze oczekujemy czegoś w zamian. Nawet jeśli nie na początku, to zakładamy, że kiedyś ktoś nam coś zwróci. A to błąd. Bezinteresowności możemy się nauczyć jak jazdy na rowerze. Choć tej drugiej ponoć się nie zapomina, a z tą bezinteresownością to różnie bywa. Czasem może nam się wydawać, że przecież już tyle narobiliśmy się dla innych, że może ktoś w końcu i dla nas by coś zrobił. No a to właśnie zupełnie nie tak. I tego "tak" musimy się uczyć. 

Bo naprawdę warto. Warto nie gnić od środka. Warto rozdawać to, co się ma dobrego. Warto nie być obojętnym. Warto wyrzucać z siebie radość, nadzieję i miłość. Tak, właśnie te trzy. I warto nie oczekiwać niczego w zamian. Dlaczego? Bo jeśli dobro oddamy, to to dobro do nas wróci. Prędzej czy później. Jeśli my wykarzemy zainteresowanie, to w końcu i obok nas nie przejdą obojętnie. Naiwne? Może. Ale mam gdzieś, czy to naiwne czy nie.

Bo ja wciąż tego doświadczam. Bo ja wciąż wierzę. I wciąż się uczę.

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Człowiek często zachowywać się agresywnie w obronie własnej. Sam został źle potraktowany i atakuje niczym wystraszone zwierzę. Ok. Ale bardzo łatwo się w tym zatracić i pod pretekstem obrony koniecznej dokonywać rzeczy znacznie przekraczających wagę tego, co złego nam się przydarzyło.

    • Kilińska

      W obronie własnej to ja bym nawet się bardzo agresywnie zachowywała. W obronie najbliższych również. Nie jestem pewna jedynie czy jako obronę własną potraktowałabym nieudolne próby zrobienia czegokolwiek ze swoim życiem z niewielkim zaangażowanie własnej inicjatywy czy chęci, a z bardzo dużymi wymaganiami od innych. Leni po prostu. Ale masz rację absolutną, tak. Bardzo łatwo jest się totalnie zatracić. 

Przeczytaj poprzedni wpis:
CZAS WEDŁUG MATKI

Uwielbiam temat organizacji. Czasu, zakupów, przestrzeni wokół, nie ma znaczenia czego. Uwielbiam spisywać, rozpisywać, rozkminiać tematy na kartce. Najlepiej w...

Zamknij