DLACZEGO MOJE DZIECKO TAK SIĘ ZACHOWUJE?

Jakiś czas temu poczułam, że przestałam ogarniać. Doskonale wiedziałam, że brzmi to co najmniej mało precyzyjnie. Ale akurat to "ogarniać" najlepiej pasowało do mojego stanu podówczas. Coraz częściej zadawałam sobie pytanie "dlaczego moje dziecko się tak zachowuje?". I coraz rzadziej potrafiłam sobie na to pytanie odpowiedzieć.

Moja córka zaczęła wyraźnie wymykać się spod jakiejkolwiek kontroli. "nie, nie, nie". Te słowa najczęściej padały z ust wtedy sześcioletniej dziewczynki. Poczułam też, że tracę dostęp do bazy danych własnego dziecka. Przestawałam rozumieć "o co autorowi chodzi". Wrzaski, krzyki, jakieś rzucania się, fochy, wybuchy agresji, brak kontaktu werbalno-emocjonalnego…to wszystko stawało się moją codziennością w relacjach z moim własnym, wykarmionym, nie bez wysiłku, na równie własnej piersi, dzieckiem. Co więcej, podobną utratę kontroli notował ojciec dziecka, a mój nie-mąż. Oboje stanęliśmy przed wielkimi znakami zapytania i nie potrafiliśmy już znaleźć logicznej odpowiedzi na pytanie "dlaczego nasze dziecko tak się zachowuje?".

Obojętnie od tego, co mówisz do dziecka ono i tak przyswoi najpierw to, co zobaczy, a dopiero później będzie starało się zrozumieć, co znaczą słowa, które słyszy.

Wytłumaczę dziecku

Do specjalisty nie próbowaliśmy na razie się dodzwaniać, bo sprawa zdawała się być w miarę świeża. Jakieś dwa, trzy miesiące, w porywach do pół roku to "przecież nie jest jeszcze tragedia" … czy już jest? No nic. Zaczęliśmy prowadzić nawet takie mini seanse z własnym dzieckiem. Urządzałam dziecku pogadanki polegające na tłumaczeniu bezzasadności i bezsensowności wszczynania przez owo dziecko awantur, krzyków, strojenia fochów, wystrzeliwania jak z procy, kiedy coś nie układa się po jej myśli. "nie trzeba kochanie tak bardzo aż się denerwować, wiesz? zobacz, ja mówię do ciebie teraz bardzo spokojnie. i widzisz? można? można". I tak właśnie funkcjonowała cała rodzina jakiś czas.

Rosołek

Aż pewnego pięknego dnia wbiliśmy całą trójką do mamy na obiad. W trakcie obiadu moja Marta parokrotnie przerywała jedzenie i a to zaczepiała kogoś rozmową, a to do psa coś tam zagadała, a to się zapatrzyła gdzieś. Ot takie sobie jedzenie z atrakcjami. Zwykle nie reaguję na brak ciągłości przy jedzeniu, ale być może dlatego, że od miesięcy żyłam w lekkim napięciu emocjonalnym, tym razem jakoś wybitnie mnie to irytowało. Parę razy zwróciłam uwagę Marcie, żeby ta siedziała i jadła, co było kompletnie bez sensu z technicznego punktu widzenia, bo ona właśnie siedziała i już jadła. (to tak, jak wysyłasz maila do kogoś o drugiej w nocy rozpoczynając go grzecznościowym "przepraszam, że tak późno piszę"…  A wobec tego, że adresat przeczyta to pewnie rano, takie przeprosiny nie mają kompletnie sensu).

Kiedy pomyślisz "nigdy nie będę wychowywać dzieci tak, jak moi rodzice wychowali mnie" nie zapomnij o dołączeniu zdrowego rozsądku do sposobu, w jaki chowasz Twoje dzieci. Bez tego wychowasz je w kolejnej skrajności i pogrążysz się w jeszcze gorsze bagno.

I kiedy tak za którymś razem odwróciłam się. żeby po raz kolejny przywołać dziecko do wyłącznie przez siebie zdefiniowanego porządku, natknęłam się na twarz mojej mamy, która jak można było z niej wyczytać, również szykowała się do ingerencji w zachowanie własnej wnuczki. Poczułam, że na tę jedną milisekundę ja i moja mama, zastygłyśmy w bezruchu i wyglądałyśmy identycznie. Na twarzach nas obydwóch widać było taki sam stres i podirytowanie. W naszych oczach malował się ten sam błysk zniecierpliwienia. Usta zdawały się wykrzywiać w dokładnie taki sam grymas. W tamtej chwili w mojej głowie świtała jedna myśl gotowa do zwerbalizowania, mianowicie "dziecko jedz! dlaczego nie jesz?". I kiedy tak rozkładałam jedną sekundę na miliony mniejszych jednostek czasu, zaczęłam się zastanawiać czy aby nie patrzę na samą siebie? Czy na miejscu mojej mamy nie siedzę ja, a na moim miejscu ona? Czy ja to ona, czy ona to ja? Obrazy zaczęły się przesuwać w zwolnionym tempie. Czułam się tak, jakby piorun strzelił w sam środek mojej czaszki. Chciałam jak najszybciej ukryć się gdzieś przed całym światem.

Dlaczego moje dziecko tak się zachowuje?

Zamknęłam się w kiblu. Usiadłam na podłodze. Twarz schowałam w dłonie. Trwałam tak w bezruchu kilka chwil, po czym wyrzuciłam z siebie prawie bezgłośne "boooooże". Przed oczami mignęły mi te wszystkie obrazy ze sobą w roli głównej, kiedy codziennie rano urządzałam własnej córce orgie emocjonalne polegające na nieustannym popędzaniu we wszystkim "jedz, zęby, dlaczego nie idziesz myć tych zębów. popatrz co robisz, no? ile razy cię prosiłam, idź umyj te zęby! ubrałaś się już? dlaczego się nie ubierasz? a zęby? myłaś już te zęby? a ty zjadłaś w ogóle? przecież masz podane, to dlaczego nie jesz? dziecko ile razy prosiłam cię idź umyj zęby?". Sięgnęłam dna, kiedy stojąc nad nią, która myje zęby, podniesionym głosem mówię "myj. dlaczego nie myjesz?".

Od tego czasu minęło jakieś dziesięć miesięcy.  Już nie urządzam Marcie seansów. W ogóle nie prowadzę już rozmów "po". Nie ma już tłumaczeń, że tak się należy zachować, a tak nie należy. Nie zastanawiam się " dlaczego moje dziecko tak się zachowuje?". Bo już wiem. Wiem,dlaczego moja córka wybucha w ciągu dwóch, no może trzech sekund, zupełnie bez powodu? Bo dokładnie tak samo reaguje jej mama. Wiem dlaczego Marta nie potrafi wprawić się w stan poddenerwowania w sytuacjach stresujących, a z miejsca odpala rakiety? Bo dokładnie tak samo reaguje mamusia.

Dlaczego dziecku trzeba powtarzać po kilka razy to samo, póki nie pojawi się jakakolwiek reakcja świadcząca o tym, że dziecko przyjęło? Bo o podobne skuchy we wzajemnych relacjach wciąż kłócą się dorośli.

Ale też:

Skąd u siedmioletniej dziewczynki chęć rozmowy przez telefon i widzenia swoich dziadków tak często jak się da, tulenie się do nich, mówienie, że kocha ich nad życie i strasznie za nimi tęskni po kilka razy w tygodniu? Bo widzi w jakich relacjach ze swoimi rodzicami pozostają jej rodzice.

Skąd u sześcioletniej dziewczynki przeogromna radość ze spędzania każdej wolnej chwili gdzieś poza domem, razem z rodzicami i najlepiej żeby "może zrobimy jakąś przygodę?" ? Bo ma zakodowane od oseska podróżowanie i wychodzenie z rodzicami kiedy tylko się da i bez względu na okoliczności.

Dlaczego siedmioletnia dziewczynka mówi do swojej mamy "mamusiu, ja bym nigdy nie chciała żebyś ty tak tylko dla mnie żyła i spełniała wszystkie moje prośby.(…)  a poza tym bardzo bym chciała żebyś wróciła do swojej pracy. tak uwielbiałaś to robić. może jeszcze wrócisz, prawda? kocham cię mamusiu bardzo"? Bo widzi jak bardzo ważne dla mamy jest to, żeby móc robić w życiu to, co się kocha obok miłości do dzieci, rodziny i domu. Żeby się nie poddawać. Żeby próbować i szukać tego, w czym mama poczuje się spełniona. Bo słyszy kiedy mama rozmawia o tym z tatą. 

I zrozumiałam już wszystko. Oboje z ojcem dziecka nie mamy już w ogóle żadnych pytań odnośnie powodów, dla których nasze dziecko reaguje tak, a nie inaczej. Wszystko stało się proste i jasne. Wszystko znalazło swoją przyczynę. Nie potrzebujemy skupiać się już i analizować zachowań Marty. Każde, prędzej czy później, znajdzie swoje korzenie w tym, jak my się zachowujemy.

Robimy za to inną, o wiele cięższą i trudniejszą robotę: skupiamy się na sobie. Patrzymy na siebie oczami naszego dziecka. Stajemy wszyscy razem przed lustrem. Przyglądamy się sobie i patrzymy na siebie oczami tego drugiego

Szukamy odpowiedzi na pytania:

Dlaczego ja się tak zachowuję? Skąd się biorą moje nawyki? Dlaczego na jedno zwracam uwagę, a inne mi zwisa? Czy moja reakcja to wynik przyzwyczajeń czy wpojonych schematów? Czy działam tak, a nie inaczej bo ja tak chcę, czy dlatego, że wyniosłam to z domu? Co przenoszę na własne dzieci? Czy przez wyparcie i zaprzeczenie uchronię moje dziecko przed tym, co złego ja wyniosłam z domu czy potrzebny mi jest jeszcze do tego zdrowy rozsądek, żeby nie przegiąć w drugą stronę? Gdzie się kończy wpływ mojego dzieciństwa na charakter mojego dziecka?

I nie jest tak, że każdy dzień kończy się sukcesem. Ale moim celem nie jest życie bez wpadek. Dlatego każdy taki brak sukcesu traktuję jako naukę na tym, co już zrobiłam, żeby dojść do celu.

Cel jest po to, żeby wyruszyć w drogę.

Marek Kamiński, podróżnik, filozof, tata.

Stale mamy wzloty i upadki. Nie zawsze wszystko da się rozwiązać jednym spojrzeniem w lustro. Ale mamy tę świadomość i potrzebę stania przed nim. Wiemy, że to na nas spoczywa odpowiedzialność za to, jakie będzie zdrowie emocjonalne Marty. Nie czekamy na wpływ szkoły, otoczenia, pani psycholog. Na klatę wzięliśmy ciężar zbudowania dziecku najbardziej solidnej bazy pod jej dorosłe życie emocjonalne. Co ona sobie później doklei, z czego powstanie całość, ta ostateczna, acz wciąż podlegająca różnym wpływom, to już leży poza nami. Nasza rola to wylać jak najbardziej trwały beton pod fundamenty.

I co najważniejsze: nie szukamy odpowiedzi gdzieś poza nami. Nie szukamy dziur w systemie i nie czekamy aż ktoś inny je załata. Wszystko, co dzieje się między nami a Martą, jest przede wszystkim wynikiem naszych zachowań, nawyków, naszych wzajemnych relacji. Tego co "sprzedajemy" własnemu dziecku. Jacy my taka ona – to powtarzamy sobie codziennie. I się w tym wspieramy. Staramy się bardzo wspierać. Czasami żremy o to. Wykrzykujemy każdy swoją, lepszą prawdę. Ale co do jednego jesteśmy zgodni na milion: walczymy o coś najpiękniejszego, o co w życiu przyszło i przyjdzie nam walczyć: o przyszłość naszego dziecka, naszej Marty.

Rozmawiam z innymi mamami, które, podobnie jak ja, w przeróżny sposób przeżywały większe czy mniejsze klęski na polu one-dzieci. Delikatnie zagadywałam właśnie o to lustro. Czy nie widzą takich zależności u siebie? Czy może gdzieś głęboko, tak jak ja, nie skrywały tego, że to jest wszystko w ich rękach, emocjach, głowach? Wiele z nich reagowało na początku "no weź przestań. że ja niby z domu wyniosłam i teraz przenoszę na własne dzieci? co Ty w ogóle wymyśliłaś?". Zostałam też postawiona pod ścianą, kiedy usłyszałam "przecież ja przeciwnie, właśnie wyparłam to i teraz robię zupełnie inaczej. a i tak mam przegwizdane. to gdzie tu sens?". Ale po pewnym czasie okazywało się, że to, co wydawało im się ich najlepszą intencją, czyli "o nie, taka to ja nie będę dla własnych dzieci", a traktowane jako JEDYNE kryterium wychowawcze, prowadzi wprost do tragedii. I zawsze, ale to zawsze w końcu stawały przed lustrem. I zaczynały swoją nową drogę.

Ale pojawiały się też inne głosy: "ale to przecież egoizm jest. no jak Ty możesz, mając dzieci, stawiać siebie w centralnym punkcie i skupiać się na sobie? przecież to dzieci są najważniejsze. to ty jesteś dla dzieci. i dla rodziny. ty może nie powinnaś mieć dzieci, co?". Ba, jedna z pań zaproponowała nawet żebym poddała się samospaleniu na stosie. No bo jak mogę bardziej chcieć się wyspać niż kulać z dzieckiem od rana do rana! No i powiem Ci, że zabolało.

Boli niemoc wobec stereotypów. Wobec sposobu postrzegania macierzyństwa jako poświęcenia się kobiety na rzecz dziecka i rodziny.

Myślałam ostatnio, co pomaga mi nie zapominać o sobie? Bo, o matko jedyna, oczywiście, że w codziennym szale nie jest łatwo się nie zatracić. I to … miłość. Miłość jest paliwem do wszystkiego, co się u mnie dzieje. Ale najpierw ta własna, która jest niczym innym niż akceptacją siebie. A potem miłość do tych, których kocham. Po prostu.

A Ty? Kochasz siebie?

 

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
OD CZEGO ZACZĄĆ ?

No właśnie. Ale od czego? Od czego zacząć? Co to ma być to "czego"? Jest tyle rzeczy, które przychodzą Ci...

Zamknij