WEŹ RZESZ SIĘ OGARNIJ KOBIETO, NO

No szlag jasny mnie trafi zaraz. Rozerwie mnie. Ogarnij się kobieto. Siedzisz na tyłku, za przeproszeniem, patrzysz w okno i mówisz „oj bo ja nie wiem dlaczego on do domu nie wraca??”. I powtarzasz to od lat. Wciąż zadajesz sobie to pytanie „dlaczego mój mąż mnie olewa?” i wciąż tworzysz coraz to nowe wersje odpowiedzi. Ale żadna z nich nigdy nawet nie musnęła Ciebie samej. Przyczyn takiego stanu szukasz cały czas na zewnątrz: wszyscy są źli, wszyscy przeciwko Tobie, a Ty biedna szukasz tej odpowiedzi i szukasz.

A MOŻE JEDNAK CZAS PRZYJRZEĆ SIĘ SOBIE? POSZUKAĆ PRZYCZYN WEWNĄTRZ, NIE NA ZEWNĄTRZ.

Wysil się na jakiś ruch intelektualno-emocjonalny i spójrz na siebie jego oczami. A  do czego on ma chcieć wracać?? Pomyśl… i się ogarnij, mówię Ci.

I nie piszę tego, bo wstałam dzisiaj rano i pomyślałam „ot, mam ochotę komuś dogryźć”. Ale dlatego, że mnie po prostu NOSI. Od kilku dni. Bo słyszę to już pierdysetny raz i za każdym razem jest ta sama śpiewka. Bo ciska mną kiedy widzę jak sama sobie robisz źle, będąc jednocześnie przekonaną, że u Ciebie wszystko jest cudownie, tylko świat jest taki złośliwy. I nie zapala Ci się żadna lampka, żeby spróbować chociaż, SPRÓ-BO-WAĆ, zawalczyć o siebie. Mieć do cholery coś z tego życia więcej niż zapas oleju rzepakowego w spiżarni. A za miernik poczucia własnej wartości mieć co innego niż zapas pierogów w zamrażalniku. No błagam!

Zaczęło się niewinnie. Ot pogaduszki takie na świeżym. Co tam u ciebie, co u mnie, co tak w ogóle. No i stoimy sobie tak siedząc i nagle pada „wiecie co, bo ja to myślę, że on nie wraca przed ósmą specjalnie. bo jak wróci o tej porze, to już pozamiatane i nie będzie musiał zająć się niczym więcej, tylko własnym światem”.

I ja tak siedzę na tej ławce stojąc i czekam…aż mnie coś strzeli, walnie, nie wiem zdmuchnie. Bo czuję, że zaraz mnie rozerwie. Chce mi się do Ciebie wykrzyczeć „a może nie ma do czego wracać??? nie pomyślałaś o tym?”. ale siedzę cicho.

I tak sobie myślę…

A GDYBYŚ SPRÓBOWAŁA NA NOWO SIEBIE STWORZYĆ? NAJBARDZIEJ ATRAKCYJNĄ WERSJĘ SIEBIE. KRĘCIŁA BY CIĘ TAKA NOWA TY? CHCIAŁABYŚ BYĆ ZE SOBĄ? CHCIAŁABYŚ LEPIEJ POZNAĆ TE KOBIETĘ, KTÓRĄ ZOBACZYSZ W LUSTRZE? A CZY CZUJESZ TAK DZISIAJ, KIEDY PATRZYSZ NA SIEBIE?

Stoicie naprzeciw siebie: Ty i nowa Ty. Ta nowa niech wyda Ci się na tyle interesująca, że będziesz chciała spędzić z nią najbliższe dwadzieścia lat bez wątpliwości czy będziesz się z nią nudzić, czy nie. Niech będzie dla Ciebie wyzwaniem. Żebyś chciała ją gonić. Żebyś miała ochotę chwycić ją za rękę i poprosić, żebyś Cię zabrała tam, gdzie się właśnie wybiera. Żebyś poczuła nieodpartą chęć spytania jej o milion rzeczy, których Ty nie wiesz, ale Ty wiesz, że ona wie. A nawet jeśli nie wie, to zarazi Cię swoją umiejętnością odkrywania nowego. W jej oczach zobaczysz  tę iskrę podniecenia, która pali się tylko przez kilka sekund na chwilę przed tym, kiedy odkrywa coś nieznanego, nowego. I żebyś poczuła ukłucie zawodu kiedy przyjdzie czas, że będziecie musiały się rozstać, ale jednocześnie zapali się wielki ogień w sercu na myśl, że spotkacie się już za kilka godzin.

I teraz zamieńcie się miejscami. I stań znowu przed lustrem. I właśnie taką, od tej chwili, będzie Cię oglądać cały świat, w tym Twój mąż i dzieci. Takie światło bije od Ciebie, jakie Ty sama w sobie rozpalisz. TY! TY! TY!

I teraz pytanie: czy Ty, na przestrzeni tych kilku lat, od kiedy zostałaś matką pierwszego dziecka, kiedykolwiek tak się poczułaś? Jak ta z lustra? Gdzie jest ta cudowna istota, której mąż  „i że cię nie opuszczę aż do śmierci”? Za co i dlaczego pożegnałaś siebie wyłącznie dlatego, że zostałaś matką i żoną? Co w Twoim życiu jest wyłącznie Twoje?

Z CZEGO, CO NIE JEST PRZEZNACZONE DLA NIKOGO OPRÓCZ CIEBIE, JESTEŚ NAPRAWDĘ DUMNA?

Dlaczego to coś wyłącznie dla Ciebie jest takie ważne? Bo to z tym się obudzisz za dwadzieścia lat; kiedy dzieci już dawno w domu nie będzie. I wtedy zorientujesz się, że jedyne co potrafisz, to wychowywać dzieci i matkować mężowi. To co Ci teraz zostało? „mielone dzisiaj na obiad. muszę iść po buraki”. Marzenie, co?

I nie chodzi o to, żeby od razu robić doktorat z mikrobiologii czy nanotechnologii. To mogą być małe rzeczy. Maciupkie jak ziarenko kawy. Ale nasze. Zasadzone od zera, pielęgnowane i zebrane w swoim największym rozkwicie. Takie nasze mikrokosmosy, które mimo swojej mikrości zrobią z nami wielkie rzeczy. Dzięki nim dowiemy się, że istnieje własne życie. Odkryjemy, że można i być matką, i żoną absolutnie spełnioną w tych obydwóch rolach, ale nie przestawać być kobietą! Nie trzeba się dzielić, stawiać krechy pomiędzy „przed dziećmi” i „z dziećmi”. Różnice w tych dwóch światach powinny nas wyłącznie motywować do jeszcze silniejszej, pełniejszej, bardziej zaciekłej walki o nas same. Bo na końcu tej bitwy stoi kto? Nasze dzieci. To one się przejrzą w nas i powiedzą „mama, jesteś wspaniała! chcę być taka jak ty!”. Ale warunek jest jeden: muszą cię widzieć, żono męża, matko dzieci. Muszą potrafić zobaczyć, że żyjesz. Muszą widzieć w Tobie kogoś, kogo chciałyby w przyszłości naśladować. Kto im imponuje, kto ich zachwyca. Z kogo są dumne.

Mój powiedział mi niedawno „ja to się czasem boję do domu wracać, żebyś ty mi awantur nie robiła”. A widzisz??? Proszę. Po co dalej szukać? Jestem zołza, wkurw mam o byleco.  Ciągle coś mnie drażni. No i mam. I powiem Ci, że ona ma rację. Po co będzie się pchał tam, gdzie z progu już trzy razy z bani dostanie, a po godzinie mu poprawią z kolana? Uczę się panować nad sobą. Uczę się tak siebie ustawić do świata, żeby nie mieć powodów do zdenerwowania. Staram się dotrzeć do źródła. Skąd to mam? Dlaczego? Czego mi brakuje, albo czego mam za dużo, że tak mam? Dzisiaj wciąż kolekcjonuję odpowiedzi i szukam tej najbardziej optymalnej. Ale dojdę do tego. Wiem, że dojdę. I jestem już blisko. Ale to i tak jeszcze za mało. I nie chodzi czy wróci o godzinę czy pół wcześniej. Chodzi o to, żeby jutro, za rok, pięć, dziesięć lat wciąż do tego domu chciało mu się wracać. I czy nasza córka będzie jeszcze w domu czy nie, żeby tak samo jak wtedy, kiedy przyjeżdżał na pierwsze randki, biło mu serce na kilka kroków przed naszymi drzwiami. I żebym ja, z tak samo bijącym sercem, wciąż na niego za tymi drzwiami czekała. Przepełniona dumą, że dzień w dzień patrzę na kobietę w lustrze i niezmiennie, od czterdziestu lat, z każdym dniem bardziej, fascynuje mnie fakt, że jest tak samo pociągająca jak była, kiedy ją poznałam.


[FM_form id=”2″]


I nie mówię Ci tego, żeby Ci zrobić przykrość. Nie mam też gotowej recepty na to, że Twój mąż zacznie się interesować Twoim życiem i nie mogę Ci obiecać, że już nigdy nie zapytasz siebie „dlaczego mój mąż mnie olewa?”. Że on będzie chciał się dowiedzieć co u Ciebie słychać? Co Cię nakręca? Co Cię boli? Czego potrzebujesz. Kim jesteś? Nie mam magicznego napoju, po wypiciu którego będzie wracał do domu o osiemnastej, chodził z Wami na spacery, wychodził sam z dziećmi na podwórko. Nie mam też różdźki za dotknięciem której, Twoje odbicie w lustrze zmieni się na takie, które będzie dawać Ci siłę do zmiany. Ale mogę próbować Cię do tej zmiany namówić. DLACZEGO? Bo każda z nas warta jest walki o siebie. Ty, ja i każda kobieta na tym świecie. I tego warte są nasze dzieci. I nasze mikrokosmosy.

CHCĘ WYWOŁAĆ W TOBIE MYŚL, ŻE TAKA ZMIANA JEST CI POTRZEBNA. ŻEBYŚ PRZENIOSŁA CIĘŻAR POSZUKIWAŃ PRZYCZYN TWOICH FRUSTRACJI ZE ŚWIATA NA SIEBIE. ŻEBYŚ NIE USUWAŁA SIEBIE Z KRĘGU, W KTÓRYM BYĆ MOŻE LEŻY POWÓD TAKICH, A NIE INNYCH ZACHOWAŃ. CHCĘ PO PROSTU WYWOŁAĆ W TOBIE ISKRĘ, KTÓRA Z CZASEM ZMIENI SIĘ W WIELKI OGIEŃ. TWÓJ OGIEŃ. 

A teraz proszę podejdź do lustra, przejrzyj się w nim. Kogo tam widzisz?  A potem porozmawiaj z nim. Otwórz się przed nim. Powiedz mu, że się boisz tego, że nie wiesz co masz myśleć. Że coraz częściej nie znajdujesz odpowiedzi na własne pytania. A jestem pewna, że on pomoże Ci to zrozumieć. Bo powód może być zupełnie inny. Ale musisz się tego dowiedzieć. A powiedzieć może Ci to wyłącznie on.

Tymczasem zostań ze mną i odezwij się czasami.

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • W punkt…bo milosc do innych trzeba zaczac od samej siebie! Trzeba pokochac siebie, byc taka wersja siebie, z ktora same bysmy chcialy sie zaprzyjaznic! Czemu ktos ma nas pokochac, polubic, skoro same tego nie jestesmy w stanie zrobic? I jeszcze o byciu ofiara: „będąc jednocześnie przekonaną, że u Ciebie wszystko jest cudownie, tylko świat jest taki złośliwy „…dokladnie tak.. chyba tak to juz jest, ze najlatwiej nam jest wejsc w role ofiary, zamiast cos zmieniac..ja wyzbylam sie tego wiele lat temu i jest mi z tym bardzo dobrze! I nie, nie przyszlo latwo..po drodze pracowalam nad soba wiele lat, jak trzeba bylo ponaprawiac bledne myslenie poprosilam o pomoc terapeute, i to bylo najlepsze, co zrobilam. Droga samorozwoju, ta podroz ktora nazywam podroza w glab siebie, to chociaz najtrudniejsza z podrozy, to najbadziej fascynujaca i ekscytujaca, w jaka kiedykolwiek moglam sie wybrac. I nie mam zamiaru z niej zrezygnowac! DZis czuje sie szczesliwa, czerpie z zycia, a jak przychodzi lekcja do odrobienia to ja odrabiam..Ale tez duzo daje z siebie. A odkad nauczylam sie ze zycie to ciagla nauka, nie odbieram pewnych wydarzen jak porazek, nie wpuszczam sie w role ofiary, tylko wyciagam lekcje, otrzepuje kurz po upadku i ide dalej… 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

    • Kilińska

      Marta!!pięknie to napisałaś. właśnie: łatwiej być ofiarą niż rozpocząć pracę nad sobą. to pierwsze nie wymaga żadnego wysiłku. drugie, owszem. bo tak jak piszesz, to najtrudniejsza z dróg. ale z najlepszym finałem:) cudownie, że byłaś tutaj, pozdrawiam również.

  • Kochana autorko, czytając ten post miałam łzy w oczach i ściśnięte serce. Trafiłaś w punkt. Ja nie wiem, na jakim etapie będę za te kilkadziesiąt lat. Wiem, że jeszcze przed ślubem sądziłam, że pewne sprawy są oczywiste i łatwe. Teraz, gdy nasze małżeństwo wisi raptem na kilku włoskach, czasem czuję się, jakbym biegła w basenie pełnym kisielu. Ale Twój post dodał mi wiary w to, żeby się nie poddawać, każdego dnia zaczynać od nowa z nadzieją, że się uda. Pojutrze mamy 4 rocznicę ślubu. Proszę, życz mi szczęścia.

    • Kilińska

      och jak Ci życzę Sylwia. najbardziej. nic nie jest proste. wszystko ma gdzieś początek. wszystko. czasami po prostu szukamy nie tam, gdzie trzeba. i czasami sprawa jest beznadziejna, ale czasami też przy bardzo niewielkim wysiłku, wszystko można odwrócić i znaleźć to, co kiedyś było piękne. tylko potrzebna jest ta świadomość, że coś nie gra, że coś się dzieje. i trzeba mieć siłę o tym powiedzieć. najpierw sobie, potem innym. bo mocno wierzę w to, że jest o co walczyć. że nie ma tak, że już nic nie ma. jest, tylko gdzieś umknęło, zasypaliśmy je jakimiś durnymi kompleksami, nawykami, chęcią dominacji. tylko trzeba zacząć od siebie. bo w każdej z nas jest nieprawdopodobna siła. jesteśmy gigantami. tylko tak trudno po pierwsze nam w to uwierzyć, a po drugie bardzo trudno wyjść z tym do ludzi. bo trend jest zupełnie inny, ale trzeba spróbować. bo warto. ściskam Cię mocno.

  • To, co piszesz to prawda. Zgadzam się. Masz mnóstwo racji.
    I jestem jedną z tych kobiet, co to się mają ogarnąć.
    Ale jakoś forma mnie nie przekonuje, nie motywuje. Ta agresja (wkurw o którym piszesz) nie dodaje mi powera, ani motywacji.

    • Kilińska

      każdy ma swój ulubiony i zapewne sprawdzony sposób na samodzielną motywację i tę, która pochodzi z zewnątrz. we mnie ten wpis wzbudza niesłychane emocje. jeśli gdzieś wśród nich znalazłaś agresję, to widocznie były one na tyle ogromne, że do Ciebie dotarły jako agresywny przekaz. ale być może nie tyle ten wpis wywoła u Ciebie ten power potrzebny do „ogarnięcia się” ile to, że zapamiętasz tę agresję, którą zauważyłaś w nim. a będziesz ją kojarzyć z sednem.:)))

  • Zasadniczo się z Tobą zgadzam, z tym, że chyba przeniosłabym punkt ciężkości na samą siebie 🙂 Mężczyzna zawracający z uśmiechem do domu to dopełnienie wynikające z samospełnienia i bycia fajną kobietą.

    • Kilińska

      ależ ja właśnie przenoszę. och Agnieszka, ja bardzo przenoszę. 🙂

  • Przeczytałam starannie Twój tekst i moje odczucia są bardzo podobne do odczuć Róży. Ja już przeszłam przez ten okres starania i bycia „fajną i świetną”, dwoje odchowanych dzieci i czas na zawalczenie o siebie. Czasem jednak jest tak, że druga strona bierze to, że my jesteśmy takie „świetne””za pewnik”. I wtedy rodzi się inna frustracja- „to ja się staram, a ty to bierzesz jak swoje?”. Przeszłam dość skomplikowaną drogę do 25 lecia małżeństwa, które obchodziłam 5 dni temu. Było wiele zakrętów i właśnie otarcie się o rozwód przyniosło najwięcej pozytywnych zmian. Wiem, że Twój wpis miał być prowokacyjny i taki jest. Może właśnie dla osób, którymi trzeba potrząsnąć. Moje spojrzenie wstecz to jednak również wiele empatii dla kobiet, które społecznie obarczane są coraz większą ilością obowiązków i oczekiwań. Panom wolno uciekać, panie tkwią na posterunku i wpadają w szał, wściekają się, ale to one są najczęściej gotowe przejąć odpowiedzialność za dom. Moje spojrzenie wstecz pokazuje mi, że obie strony muszą się starać, bo to trochę tak jak z chorą nogą. Kiedy zdrowa noga zbyt długo odciąża tą chorą, ona też zaczyna boleć. Pozdrawiam Cię 🙂 Basia

    • Kilińska

      pozdrawiam Cię również Basiu i uwierz mi, Twój komentarz jest dla mnie bardzo cenny. Masz ogromne doświadczenie w związku i to jest w tym najbardziej wartościowe. I tym bardziej doceniam, że przeczytałaś mój wpis. Masz rację, miał prowokować. Przede wszystkim do tego, żeby zajrzeć w siebie. Zapytać siebie, czy ja jestem tą, którą bym polubiła ot tak, na ulicy, przy kawie, w sklepie. Czy iskra by się zapaliła między nami? Bo wierzę mocno w to i staram się to przekazać, że to w nas leży źródło naszej własnej satysfakcji i zadowolenia z życia. Że dopóki ja nie będę ze sobą szczęśliwa, nie uda mi się znaleźć tego szczęścia na zewnątrz. Bo zawsze coś będzie nie tak. I tym czymś będę ja, natomiast ten wpis właśnie jest o tym, że w takich sytuacjach szukamy wyłącznie poza nami. Mam nadzieję Basiu, że te pozytywne zmiany u Ciebie będą szły wyłącznie w coraz lepszym kierunku. Serdecznie Ci tego życzę. Jeszcze raz dziękuję za Twój komentarz. pozdrawiam raz jeszcze, Iwona

  • Bardzo dobry, mocny tekst! Dokładnie, jedna z gorszych rzeczy w związku to uzależnić się od faceta..

    • Kilińska

      dziękuję. uzależnienia mogą być i piękne, ale pod warukiem, że nie tracimy dla nich samych siebie. ściskam

  • Mocny tekst. Bardzo prawdziwy. Nic dodać nic ująć 🙂

  • Twój tekst przypomina mi zdanie chyba Virginii Satir, które bardzo mi się podoba. Że związek to ja, ty i my. I na każdą z tych części musi być miejsce, żeby związek się rozwijał. Tyle, że nie nastąpi to automatycznie. Bo to tego potrzebny jest czas na poznanie partnera i siebie w zmieniającej się od czasu do czasu sytuacji rodzinnej. I trochę autentyczności, umiejętności mówienia o potrzebach też by się pewnie przydało. I spojrzenie w lustro też 🙂 Pozdrawiam!

    • Kilińska

      pozdrawiam Ania również. ojej, jak cudnie powiedziane. no jasne, że tak. każdy z nas potrzebuje własnej przestrzeni i nie dlatego, że jesteśmy egoistami i „do siebie, do siebie”, ale dlatego, żebyśmy mogli dzień po dniiu się właśnie rozwijać, ulepszać, sięgać po nowe, MOTYWOWAĆ tego drugiego człowieka w związku. A wtedy oboje, jako całość, też będziemy pędzić wyłącznie do przodu. RAZEM! dziękuję Ci Ania.

  • Bardzo dobry tekst. Mimo, że do małżeństwa jeszcze mi daleko to już teraz – jako młoda osoba – widzę trend wśród swoich koleżanek do uzależniania się od faceta. Problem jest, żeby umówić się na pogaduchy bez niego, żeby kogoś obgadać, pojechać samemu do sklepu, już nie wspominając o tym, żeby iść na typowo babską imprezę. A później płacz, bo wybranek nie szanuje, nie traktuje tak jakby chciała, nie jest miły przy innych, nie odzywa się. Nosz kuźwa, jak ma się odzywać skoro nawet po tym, gdy Cię zrównał z ziemią przy wszystkich znajomych i tak wracasz do niego z podkulonym ogonem. Dla mnie to jest chore. Wolę być sama, niż trwać w takim toksycznym związku, gdzie zamiast wzajemnej ciekawości i pożądania jest dominacja jednej płci i ciągły smutek.

    • Kilińska

      O widzisz Klaudia, to jest kolejny punkt ” jak ma się odzywać skoro nawet po tym, gdy Cię zrównał z ziemią przy wszystkich znajomych i tak wracasz do niego z podkulonym ogonem”. na to samo zwróciła uwagę moja znajoma. kiedy opowiedziałam jej tę historię, pierwsze co powiedziała „ale jak ona w ogóle po czymś takim jest z nim?”/ i teraz: to nie są proste decyzje i ciężko oceniać i wyciągać wnioski kiedy się nie w tych samych butach chodzi. Ale jeśli nawet, z pierdylionów powodów pozostaje się z takim … kimś, to nie wolno, nie można tego zamiatać pod dywan i już. nie można, jak piszesz, wracać z podkulonym ogoonem. co z tego, że przeprosił. co z tego, że powiedział, że się mylił i w ogóle. tam się nic nie zmienia. i po kolejnych kilku miesiącach w dalszym ciągu jest ta sama śpiewka. „oj oj bo on taki be jest, a to dlatego, że wszyscy go tak nakręcają”. tak, bo on sam z rozumu jest obdarty i totalnie ubezwłasnowolniony przez obcych. jestem zdania, że wręcz przeciwnie. on i jemu podobni doskonale wiedzą, co mówią i co robią. i doskonale również wiedzą, że za jakiś czas powiedzą i zrobią dokładnie tak samo. i że wtedy znów będzie wystarczyć zwykłe „przepraszam” i życie będzie się toczyć tak, jak dawniej. on będzie robił swoje, a ona jemu.

  • Róża

    Dziekî za ciekawy wpis! Doszlam do podobnych wnioskow juz jakis czas temu. Wypisalam na kartce liste zmian. Wprowadzam je w zycie. Mogloby zadzialac. Ale to rodzi troche moj bunt. Dlaczego to znowu ja mam pracowac nad soba. ..? Jestem / bede super fajna, w moim przekonaniu , do rany przyloz ale i zadowolona z siebie, pewna swej wartosci. A zwiazek nadal jak dwa stare kapcie… Maz sie cieszy bo zona taka ekstra sie zrobila, nic tylko korzystac, do domu wracac szyciej i czerpac garsciami . A od siebie – nie dac nic…. Zadnych staran, wysilkow. Po prostu bylo szaro teraz jest super – to kazdy facet sie ucieszy. Niestety co to zmieni dla kobiety…? No chyba ze zobaczyc uszczesliwiona mine meza – bezcenne…! 🙂
    Po prostu trudno mi uchwycic te granice ile robie dla siebie a ile dla zwiazku/faceta… Bo troche tak to wyglada ze ja sie zmieniam – po to by jemu bylo lepiej. Nie ma gwarancji ze to mi bedzie wtedy lepiej….nie wiem czy to zrozumialek co napisalam, dziekuje za uwage w kazdym razie 🙂 pozdrowienia!

    • Kilińska

      Róża, bardzo zrozumiałe i tak, masz rację. Na pierwszy rzut oka tak to wygłąda. Ale popatrz, wg mnie to nie jest kwestia tego, że ten wysiłek, który włożysz w siebie, masz oceniać pod kątem „przydatności do spożycia” przez męża. Że „po to by jemu było lepiej”. Robisz to dla siebie. Nie wiem jakie zmiany robisz u siebie. Czego one dotyczą. Nie wiem też, co rozumiesz przez „bo żona się taka ekstra zrobiła”. Ale czegokolwiek miałyby dotyczyć, powinny być skupione na TOBIE. To Ty powinnaś się dowiedzieć, czego potrzebujesz żeby poczuć się tak wywalona w kosmos, że nic na świecie nie będzie w stanie zachwiać Twoją pewnością siebie i poczuciem wartości. Żebyś Ty poczuła się lepiej. Nie on. Że Twoja siła nie będzie zależała od czynników zewnętrznych, ale od tego na ile Ty sama czujesz się silna i co tę Twoją siłę buduje. Dostrzegasz różnicę? Ja doszłam do wniosku, że wszystkich tych odpowiedzi na pytania „po co mi to, co to da” itd. powinnam szukać nie w naszym związku czy w samym partnerze, ale w sobie. To dla siebie mam chcieć się zmienić. Dla siebie, bo to ode mnie zaleźy nie tylko to co ja, ale też to, co moja córka. To ja, jej tata i my oboje stawiamy jej teraz fundamenty pod jej dorosłe życie. A to znaczy, że muszę być najlepszą wersją siebie, żeby jej się udało. A tak to się dzieje, że to co wewnątrz, zawsze na wierzch wyłazi. Także prędzej czy później, każdy mężczyzna, który jest tego wart, po pierwsze zobaczy te zmiany,  po drugie będzie z nich dumny, po trzecie będzie wspierał swoją kobietę w każdym następnym kroku. To jak naczynia połączone: kiedy Tobie jest lepiej, lepiej jest i dziecku, i partnerowi, i w końcu całej rodzinie. ściskam mocno.

Przeczytaj poprzedni wpis:
TWOJA „THE BUCKET LIST” – CZĘŚĆ DRUGA

"jedyne czego chcę dla siebie, to żeby moje dziecko było szczęśliwe" - z tych wszystkich razów, jakie słyszałam kobiety w...

Zamknij