CZY MUSZĘ LUBIĆ CUDZE DZIECI

No jasne, że nie muszę. I nikt nie musi lubić mojego. A czy w ogóle lubię dzieci? Zasadniczo tak. Od zawsze pamiętam, że je lubiłam. I na tyle było to widoczne, że parę razy robiłam nawet za opiekunkę. I nigdy nie było też tak, że to lubienie ich było wymuszone. Nigdy też specjalnie nie zastanawiałam się nad tym, czy mogłabym dzieci nie lubić. No, ale nigdy nie mów nigdy, jak to mówią i w końcu sama zostałam mamą. Te inne dzieci przestały być dla mnie wyłącznie innymi dziećmi, a ich lubienie przestało mieć charakter globalny i bezwarunkowy. I wtedy właśnie pojawiło się to pytanie "czy muszę lubić cudze dzieci?"

Znam kobietę, która od zawsze wiedziała, że nie lubi dzieci. Tak miała no. Cóż poradzi? Nic nie poradzi. I urodzila własne dziecko. Dzisiaj jej syn ma trzy lata, a ona otwarcie bez żadnego zażenowania czy wstydu mówi, że nie znosi wręcz "cudzych bachorów" i jedynie jej syn nie wbudza w niej odruchów kilerskich. Uwielbiam ją za to, że potrafi to powiedzieć na głos. Że nie robi z tego jakiejś afery, że ona powinna lubić bo sama ma dziecko. Że "tiu tiu bobasek" wyłącznie dlatego, że została matką.

Ale wracając do lubienia, czy nie: jak mogłam wciąż lubić cudze dzieci i to wszystkie bez wyjątku, kiedy to przez te inne dzieci moja Marta spędzała w okresie przedszkolnym całe godziny w zasyfionej krążącymi w powietrzu wirusami poczekalni u pediatry, bo te cudze dzieci, zasmarkane i zakaszlane, rodzice przyprowadzali do przedszkola z nadzieją, że tam im minie? Oczywiście, że dzieci niczemu winne, bo to rodzice kretyni. Ale i tak to jakieś cudze dziecko zaraziło moje dziecko i teraz to moje cierpi.

Jak mogę w dalszym ciągu lubić cudze dzieci, bez wyjątku, jeśli to przed któreś z tych innych dzieci, Marta musiała mieć lalkę Barbie za dwieście złotych, bo ono przyniosło tę lalkę do przedszkola i "popać Malta jakie ona ma fajne śkśydła". I dawaj ryk w domu w niebogłosy w domu, bo przecież ona taką samą lalkę mieć musi. I na nic moje tłumaczenia, że ta lalka za chwilę będzie walać się gdzieś pod fotelem i wydam dwie stówy na marne. Ona musi mieć tę Balbi, bo mają już ją wszystkie dziewczynki w przedszkolu, a ona jeszcze nie. No i jej życie właśnie się kończy i nigdy, ale to nigdy już nie będzie szczęśliwa, jeśłi tej pokraki nie będzie miała własnej.

Albo jak mogę lubić cudze dzieci jeśli to dzięki nim moja Marta któregoś dnia oznajmiła, że ona już nie będzie jadła rybki, bo ta śmierdzi. I oczywiście zaczęła śmierdzieć innemu dziecku, ale nie omieszkało ono przekazać tej nowiny mojemu dziecku. I tak od ryby począwszy śmierdziały po kolei brokuły, szpinak i kalafior. Surowych pomidorów do dziś nie je, bo te, jak to odkryło inne dziecko właśnie, w brzuchu zapuszczają korzenie z pestek. I normalnie nic nie jest w stanie przekonać, że pomidor bez pestek nadaje się do zjedzenia, a te korzenie to bujda. Dziękuję Ci cudze dziecko, że w pięć sekund zrujnowałeś mój dopieszczony plan zdrowego żywienia mojego dziecka, który musiałam potem miesiącami odbudowywać. Nie lubię Cię za to.

Nie lubię Cię również za to, że pokazałeś mojemu dziecku jak wygląda klasyczny Reytan w wersji sklepowej,w regałach z zabawkami. Twoja mama po kilku minutach beznadziejnej walki o swój honor, w końcu zdjęła z pólki tę największą paczkę lego i zaniosła ją do kasy. Wtedy ja zostałam z moim dzieckiem, które już doskonale wiedziało w jaki sposób wydobyć ze mnie kolejne kilka stów własną wersją obrazu Matejki, z tym że w dużo bardziej hardcorowej wersji niż Twoja. I tak, wyrwałeś mi z gardła tę forsę, pozbawiłeś godności matki, nadszarpnąłeś mój autorytet w oczach mojego dziecka, zrobiłeś ze mnie wyrodną sukę co to "no klocuszków pani dziecku nie kupi, oj wie pani. no pozwala pani żeby tak dziecko darło się na cały sklep i dusiło z płaczu, oj naprawdę". Za co jeszcze bardziej Cię nie lubię.

Pokazałeś też, cudze dziecko, mojemu co to znaczy "ciskanie się w obronie własnego zdania". Doskonale opanowałeś sztukę tupania, krzyku, płaczu, histerii i "bo ty mnie nie kochasz" jako odpowiedź na cichutkie "nie" dorosłego. I jakoś szczególnie upodobałeś sobie place zabaw. To Twoje ulubione miejsce na dzielenie się Twoimi zdolnościami z moim dzieckiem. Czy to wpływ świeżego powietrza czy ruchu, ale kiedy po pięciu godzinach Waszej zabawy, a mojego bólu tyłka od siedzenia na twardej ławce, Twoja mama próbuje zwabić Cię do domu, a ja również już chciałabym z moim dzieckiem podążyć ku miękkiej sofie, oboje wpadacie wtedy w trans, który zdaje się nie mieć końca. Dla mnie kończy się zwykle to tak, że ciągnę za sobą płaczące dziecko wykrzykując groźby, że jak zaraz nie przestanie to oddam psa. Potrafisz wytrącić mi z ręki wszystkie rozsądne argumenty i przez Ciebie muszę wspomagać się obietnicami, których i tak nigdy bym nie dotrzymała, bo kocham tego psa bezgranicznie, ale nie mam już innych argumentów, więc walę ciężką amunicją. Ale wiem też, że jeśli tak jeszcze kilka razu pooddaję tego psa, a i tak suka wciąż będzie w domu, to ten argument przestanie działać i będę w czarnej dupie, bo już nic bardziej strasznego dla mojego dziecka nie wymyślę. I dlatego coraz bardziej Cię nie lubię, inne dziecko.

Nie lubię Cię też, ale tu już na szczęście nie udało Ci się przeciągnąć mojego dziecka na ciemną stronę, kiedy chcąc wyrwać się z domowego marazmu, wbijamy się rodzinnie do restauracji, a tam Ty i Tobie podobni urządzacie sobie właśnie gonitwę byków i z okrzykiem na ustach "Jeronimooooo" dajesz między stołami w te i z powrotem bez opamiętania. Nam lecą z rąk widelce i łyżki, zupa trafia na świeżo uprane spodnie, brzeg stołu wbija się w splot słoneczny. Oj jak ja Cię wtedy nie lubię. Ale jeszcze bardziej nie znoszę wtedy Twojej mamusi, która poproszona, grzecznie o jednak zdyscyplinowanie własnych dzieci w miejscu publicznym odpowiada z pełną gębą "jak się pani nie podoba, to niech sobie pani zmieni lokal".

I wtedy już wiem, dlaczego Ty, cudze dziecko, jesteś jakie jesteś. I nie mam do Ciebie pretensji. I nie mam morderczych myśli kiedy patrzę na Ciebie, a Ty stoisz przede mną sięgając mi do pasa i w tryumfalnym geście splatasz sobie Twoje małe rączki na klatce piersiowej i mrużysz te swoje piękne oczka. Tylko przez chwilę Cię nie znoszę, ale później myślę sobie, że nie Ty jesteś temu winien. I nie Ciebie powinnam nie znosić.

Ale wiem też, że jedyne dlaczego w ogóle Cię toleruję, to to, że sama mam dziecko. I ja unoszę ręce w geście zwycięstwa, bo wiem, że moje dziecko jest o sto razy lepsze od Ciebie. Wiem też, że Twoja mama myśli tak samo o Tobie. I nie dziwię się jej. I nie jest Twoją rolą, ani mojego dziecka, wiedzieć dlaczego to Ty jesteś tym dzieckiem, którego się nie lubi, a moje dziecko tym, które da się polubić od pierwszego wejrzenia. To są nasze, dorosłych sprawy.

TOLERUJĘ CUDZE DZIECI, A CZASAMI LUBIĘ, WYŁĄCZNIE DLATEGO, ŻE KOCHAM WŁASNE.

Oczywiście, że są cudze dzieci, za które poszłabym w ogień. No jasne, że są. Ale zazwyczaj jest to pakiet: uwielbiam je, bo moje dziecko za nimi przepada. I nie widzę w tym nic nadzwyczajnego.

I jestem również przekonana, że dla Ciebie Twoje dziecko jest bez porównania lepsze niż moje. No bo jak mogłoby być inaczej, prawda?

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook15Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • beAta

    lubię dzieci od zawsze. co ciekawe, od kiedy mam swoje, lubię je znacznie mniej 😉 dla mnie to wchodzenie mojej córy w interakcje z innymi dzieciakami jest intrygujące. i przypatruje się temu uważnie. taki przedszkolak, a już ma swoje życie. niesamowite. i u mnie jest tak, że wkurza mnie to, co od tych innych przedszkolaków przynosi. wcześniej jadła bez grymaszenia, teraz większość zdrowych rzeczy jest blee. noszzz.. ale najbardziej uderza mnie kategoryzowanie, którego się od innych dzieci uczy. wraca do domu z takimi teoriami, że mi cycki opadają. bo to jest tylko dla chłopaków, a to tylko dla dziewczyn – tego typu historie. i taka jest teraz codzienność, silnie wdrukowane ma przekonania, przed którymi ja silnie starałam się ją uchronić, wiadomo jak to babcie „bądź grzeczną dziewczynką” itepe. uparcie jej więc tłumaczę, że może robić, co chce, nie ważne czy ktoś to uzna za chłopięce czy dziewczyńskie zajęcie. o cechach też jest przez inne dzieci przekonywana – te są chłopakowe, te dla dziewuch. ostatnio mnie chłopczyk uświadamiał, że dziewczyny to są słabe, dlatego chłopaki muszą być silni, bo one nie dadzą sobie rady. oczywiście wiem, że to nie bierze się od nich, a od dorosłych i, kurczę, niektóre panie przedszkolanki powinny się puknąć w swoje zacne, mądre głowy. żeby nie było jednak tylko w takim tonie, to powiem Ci o pierwszym wrażeniu po przeczytaniu Twojego artykułu. zwróciłaś uwagę na same negatywy, jakie płyną od cudzych dzieci, ale na moje, to jest cała gama zachowań, wiedzy, tematów pożądanych, jakie nasze pociechy czerpią od innych. inne dzieci to taka trampolina do rozwoju, taki bezpośredni powód jakby. motywacja – może to słowo trafniejsze. ktoś liczy – ja też chcę, Zośka zna kolory – nie chcę być gorsza, Franek nie wyjeżdża za linie – ja się też postaram, bo fajnie to u niego wygląda 🙂

    • Kilińska

      tak, to kategoryzowanie płcią jest nie do zniesienia. u nas w przedszkolu pojawił się kiedyś wątek homoseksualny, że całować się mogą tylko pan i pani. A moja Marta na to, że wcale nie, bo ona zna wujka, który kocha drugiego wujka i się całują. Pani na to, że tak być nie może. No i miałam sobie z panią parę rzeczy do wyjaśnienia. A skupiam się tylko na ciemnej stronie, bo dlatego właśnie zmieniło się moje nastawienie. I stąd dzisiaj, zupełnie inaczej niż jeszcze osiem lat temu, patrzę na cudze dzieci. Kocham te, które kocham, a są cudze. Uwielbiam te, z którymi moja Marta uwielbia być. Natomiast zasadnicza różnica jest taka, że kiedyś uwielbiałam je wszystkie. Dzisiaj, no nie do końca.:) ściskam kochana.

  • A ja nie dzielę na dzieci i dorosłych. Dla mnie, to są po prostu ludzie. Zatem dzieci oceniam tak samo jak dorosłych. Jeśli są sympatyczne i przypadna mi do gustu, to lubię, a jak mi podpadną lub mają paskudny charakter, to nie lubię i już:).

    • Kilińska

      Czy mogę Cię cytować??? 🙂 

  • No, ciężko mi zgodzić się z puentą. To Twój punkt i odczucia, więc ich nie podważam. Co mogę powiedzieć na swoją „obronę”? Nie lubię cudzych dzieci, bo są lustrem swoich rodziców – ich lęków, obaw, poglądów politycznych, „mądrości” życiowych itd., które wygłaszają jak mali-starzy, jakby to były ich wieloletnie przemyślenia. Nie znoszę przebywać na placach zabaw, gdzie dzieci są wręcz za rączkę prowadzone po konstrukcjach przeznaczonych do ich własnej i swawolnej eksploracji: „Bo spadniesz”, „Bo tam brakuje szczebelka”, „A tędy będzie łatwiej”. Może powinnam mówić, że nie znoszę rodziców tych cudzych dzieci?
    P.S. Wyszło na to, że nie lubię ludzi w ogóle. Zwal to na upalną pogodę 🙂

    • Kilińska

      Ależ ja nie zamierzam zwalac na nic. Przeciwnie, uważam że absolutnie masz rację. Że bardzo często nasza sympatia czy jej brak wobec dzieci zależy od tego co czujemy do ich rodziców. To automat, z którym może i warto walczyć, ale z pewnością nie jest to konieczne. Bo w końcu nikomu do szczęścia nie jest potrzebne to, czy na lubię jego dziecko czy nie. Ściskam mocno

Przeczytaj poprzedni wpis:
CZAS DLA SIEBIE – UCIECZKA W CISZĘ

Wieki temu przeczytałam felieton Sylwii Chutnik „Własny s-pokój” o potrzebie czy nawet konieczności ucieczki w siebie, w swoją ciszę, posiadania...

Zamknij