CZY MAJÓWKA JEST DLA WSZYSTKICH ?

Inaczej w sumie powinnam zadać to pytanie "Czy majówka jest dla wszystkich … czasem relaksu i czy wszyscy na nią czekają?". Otóż nie sądzę. I wbrew pozorom bardzo wielu z takich właśnie "nie sądzę" to ludzie z rodzinami. Z dziećmi, żonami, mężami, rodzicami i teściami. Psy też się zdarzają. Bo dla nich majówka to czas męki. Tortur. Wysiłku na jaki nie są gotowi i którego wcale nie chcą się podjąć.

Z czym kojarzy Ci się majówka? Mnie z łąką. Na łące mlecze żółto ścielą się dywanem. Uśmiechnięta rodzina dwa plus dwa plus pies, brodzi sobie gołymi stopami wśród muskających je źdźbeł (sprawdziłam w słowniku; tak – źdźbeł) soczyście zielonej, wiosennej trawy. W następnej scenie mojej projekcji owa rodzinka delektuje się piknikiem rozłożonym na vintagowym obrusie w biało-czerwoną krateczkę, a z wilkinowego koszyka, który jest obowiązkowym gadżetem każdej projekcji piknikowej jak świat długi i szeroki, wylewają się cudnej urody smakołyki: własnej roboty ciasto z jabłkami, świeże bułki prosto z własnego piekarnika albo bagietka, świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy, pięknie czerwone jabłka. Wszyscy są uśmiechnięci; mama w uniesieniu z lekkim przechyłem głowy plecie córce wianek z mleczy, który zaraz trafi na małą blond główkę w blond anglezach, a chłopiec, z grzecznym przyczesem na bok, biega za psem rasy golden retriever oczywiście w kolorze biszkopt.

"masakra. night mare. chce mi się wyć" tak powiedzą Ci należący do "nie sądzę". Otóż dla nich, taka perspektywa to jakby wbijać im w ciało tysiące małych igiełek. Sekunda po sekundzie trwania tej idylli oni są szpikowani pozytywną energią jak kawał mięsa słoniną. Ból jest tak nieprawdopodobny, że prędzej zdechną niż mieliby w tym uczestniczyć w realu. Ich jedyna reakcja to rzucić się na ten koszyk i rozszarpać go w imię wolności! Dlaczego?

Ano dlatego, że kompletnie nie wiedzą jak się zachować. Nie znają swoich rodzin. Nie wiedzą jak i o czym mieliby rozmawiać z własnymi dziećmi. Należą bowiem do tej grupy rodziców, którzy przez siedem dni w tygodniu "ogarniają" swoje życie prywatne. Nie uczestniczą w nim, ale mu kibicują. Przekazują niezbędne środki do utrzymania rodziny na powierzchni ograniczając do minimum własny udział w jej funkcjonowaniu. Ich relacje z dziećmi polegają albo na niczym albo na obserwacji przy zachowaniu stosownego dystansu. Rodzinę traktują jako niezbędne tło ich wizerunku. A z tłem nie nawiązuje się bliższych stosunków. Wystarczą takie, żeby obydwie strony nie wchodziły sobie w drogę.

I teraz co się dzieje, kiedy przychodzą dni wolne typu majówka i nie daj Bóg w takiej konfiguracji, że wchodzi weekend plus jeszcze szef robi drugi maja dniem wolnym bo "pobądźcie trochę z rodzinami. na codzień tyle pracujecie, więc skorzystajcie że weekend i wyjedźcie gdzieś, pobądźcie razem. macie przecież życie prywatne".

"NIEEEEEEEEEEEEEE! ja nie chcę. ja nie mam życia prywatnego. ja nie chcę skorzystać. ja nie umiem pobyć z rodziną. ja nie chcę wyjechać gdzieś. nie rób mi tego".

Gdzie tkwi źródło takiego nastawienia?

Czy to lenistwo, bo rodzina wymaga o wiele większego wysiłku niż życie zawodowe?

Czy to strach, że nie sprawdzę się jako rodzic?

Czy to niechęć, bo tak naprawdę nigdy nie było chęci na założenie rodziny, ale stało się i już?

Czy to brak wiary we własne siły, bo nigdy nie będą na tyle fajni żeby dzieci chciały się z nimi bawić?

Czy to brak zaufania wobec nich okazywany na każdym kroku i sugerujący, że są pozbawieni piątej klepki co najmniej i w ich obecności dziecku stanie się krzywda z całą pewnością?

Czy to w końcu z przyzwyczajenia, kiedy jak tylko pojawiły się dzieci zdjęto z nich odpowiedzialność za cokolwiek związanego z codziennością rodziny, bo i tak nigdy nie zrobią tego lepiej, a nawet może i dobrze też nie zrobią, więc niech zajmą się czymś innym tylko nie uczestniczeniem na bieżąco? Chciałabym to rozwinąć, ale nie starczy mi miejsca na serwerze. Ale na pewno napiszę o tym gdzieś osobno.

Pojawia mi się teraz jeszcze jedno: poczucie odpowiedzialności, które bardzo często pada jako argument kiedy rozpoczyna się dyskusja o robieniu z siebie aliena w rodzinie. Bo często słyszę w takich przypadkach "ja muszę dbać o rodzinę. przecież to ja zarabiam. dzięki mnie stać nas na to wszystko. dzięki temu one mają co jeść, w co się ubrać. nie mogę tego stracić".

Jest jedna kolosalna wada takiego rozumowania: żadna praca, żaden zawód, żadne obowiązki nie zwalniają nikogo z emocjonalnej bliskości z najbliższymi. Tytaniczna nawet praca, obciążona godzinami w biurze i praktycznie niebytem w domu, nie równa się wyzucia z elementarnych uczuć wobec tych, z którymi dzielimy własne życie. W dupie mam stawianie właśnie takich argumentów przeciwko nawiązywaniu relacji z rodziną. Znam ojca, który choćby padał na pysk po dwunastu godzinach pracy to i tak po przyjściu do domu ma siłę i ochotę na to żeby spędzić czas z bliskimi, z dziećmi nie tylko na zasadzie "cześć, wróciłem". Znam matkę, która od świtu do nocy zapieprza w korpo, ale kiedy wraca do córki to jest to czas święty. Są we dwie i to jest najcenniejsze. Bierze urlop żeby pobyć z córką. Odprowadza ją do szkoły przed pracą żeby wykraść trochę czasu na potrzymanie dziecka za rączkę. I nie ma, że się nie da. Da się. Bo ja kocha. Bo stawia jasne warunki w pracy: mam dziecko.

Tylko tych dwoje i miliony rodziców na całym świecie łączy jedno: emocjonalne związanie z bliskimi. Czy w tym jest miłość, czy przywiązanie, czy troska, czy ludzka sympatia…nie istotne. Najważniejsze, że czują siebie i innych. Współodczuwają. Potrafią postawić się z drugiej strony i zrozumieć jak ważne dla tego drugiego czy drugich jest ich aktywna i prawdziwa obecność w ich życiu. Że najcenniejsze są chwile, kiedy jest się ze sobą naprawdę. Ciałem, ale i sercem, i umysłem.

Jeśli jest inaczej, to po prostu tego czegoś nie ma. Nie widzę innego powodu. Nie pali się ta iskra. Nie zapaliła się i się nie pali. Nie wiem, może została zgaszona, przyduszona, stłumiona. Może. Ale na pewno jej nie ma. A jeden piknik na świeżym czy weekend w lesie jej nie rozpali.

Chcę zwrócić jeszcze na coś uwagę: prawdopodobnie Twoje pierwsze skojarzenia będą takie, że piszę o mężczyznach, zapracowanych menadżerach, dyrektorach, kimkolwiek. Otóż nie. To jest o rodzicach, o matkach i ojcach. Bez wskazania na płeć.

To ja lecę, a wpis jest ustawiowny z planera. Bo nie ma nic cenniejszego niż oni. Ich i mnie nie da się zaplanować ani zautomatyzować. Dziejemy się tu i teraz.

Także, ten jeden raz, jeśli to czytasz w dniu publikacji, powiem Ci: nie zostawaj ze mną. Leć do nich. A jeśli ich nie masz, leć do siebie. Z Tobą też jest fajnie. Mówię Ci.

A pozostałym mówię

Zostań ze mna pa

Dodałam 2 maja: koniecznie przeczytaj komentarz Róży poniżej. W punkt, bardzo ważne, z nawet nie wiem czy nie najważniejsze. Róża..Dziękuję.

 

pozostalemisja

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Nie wiem czy się zgodzić czy nie, dzieciaki nie chcą często spędzać z rodzicami, wolą siedzieć przed telefonem czy komputerem. Im mówi się a bo to nastolatki. Kiedy dziecko zawala jemu si ewybaca, kiedy robi to rodzic już nie. Wydaje mi się, że warto po prostu znać swoje priorytety. Nie narzucałabym rodzicom że mają odstawić komputer czy książkę i śmigać na spacer z dzieckiem, wydaje mi się, że każdy powinien spędzac czas tak jak lubi i chce, czasem razem, czasem oddzielnie.

    • Kilińska

      och jak cudownie byłoby, gdybyś się nie zgodziła:) uwielbiam.. ale do rzeczy. fakt, sam koniec jest mocno wskazujący, może nie aż narzucający, ale sugerujący raczej. Ale może bardziej niż sugestia to spojrzenie na zjawisko. Na fakt, że są ludzie, którzy kompletnie nie potrafią być ani ze sobą, ani z innymi, ani razem, ani oddzielnie w żadnym innym świecie niż zawodowoy. I teraz, dlaczego?

      • Róża

        Dlaczego? Moze dlatego ze ich tego nikt nie nauczyl? Sami dorastali w takiej wlasnei rodzinie, gdzie rodzice tylko „ogarniali”, organizowali, dyscyplinowali i utrzymywali. W ich przekonaniu (tychze rodzicow) – AZ ogarniali! przeciez jaki to wysilek, trud, ubrac, nakarmic, niktorzy kariere zawodowa poswiecili zeby dziecko mialo DOM, nalesniki na sniadanie i czysta odziez. A uczuc – nie bylo. Dzieci sie odchowalo i wypuscilo w swiat. I one dzis powatrzaja ten znany im model. Ciezko teraz to zmienic w doroslym zyciu.
        Jak nabyc pragnienie bliskosci, jesli nie doswiadczylo sie jej w swojej rodzinie, z rodzicami? Co zrobic gdy nie ma sie w ogole takiej potrzeby…? Dopoki oboje partnerzy czuja tak samo to jeszcze pol biedy, klopot gdy jedno jest z rodziny „bliskosci” a drugie z „zimnego wychowu”…

        • Kilińska

          W punkt Róża. To być może najwięcej ważąca z tych wszystkich opowiedzi na pytanie „dlaczego”? To właśnie te nawyki, ten efekt lustra, o którym piszę na całym blogu. Ba, to ja powinnam jako pierwsze wyciągnąć to właśnie. A zrobiłaś to Ty!. Dziękuję Ci za to kochana. Ale tak jest jak piszesz. Jak się tego nauczyć, skoro nawet nie wiesz czego? Być może właśnie takie połączenie, o którym piszesz na końcu, jest jakąś tam nadzieją i szansą na to, że to się uda. Cudnego dnia Ci życzę:)

Przeczytaj poprzedni wpis:
OPINIA SIĘ LICZY

Ale dlaczego to właśnie opinia się liczy? U podstaw każdego biznesu, każdej działalności, która coś sprzedaje, obojętne czy produkt czy...

Zamknij