MOJA CÓRKA I BOTOKS

Moja Marta ma siedem lat. Nigdy w swoim życiu nie spytała mnie „mamusiu, czy jestem ładna?”. Pyta czy ładnie wygląda w sukience, czy ma ładną fryzurę? Czy tatusiowi spodoba się jak połączyła spódniczkę i rajstopki. Ale nigdy nie interesowało ją, czy ona jest ładna. A kiedy mnie się przygląda, patrzy na moje zmarszczki, siwe włosy, niedoskonałości cery czy oponę na brzuchu, zwykle gładzi mnie po głowie, całuje w czoło i mówi „jesteś piękna mamusiu”.

WARTOŚCI KOBIETY NIE MIERZY SIĘ W STOPNIU NACIĄGNIĘCIA SKÓRY TWARZY, ILOŚCI MILILITRÓW WSTRZYKNIĘTEGO BOTOKSU CZY ILOŚCIĄ CENTYMETRÓW W OBWODZIE PASA CZY UD. ŻADNA Z NAS NIE JEST WARTA ANI JEDNEJ, NAWET NAJMNIEJSZEJ TAKIEJ JEDNOSTKI MIARY.

Czym jest dla niej w takim razie piękno, czasami się zastanawiam. Jak w jej małej główce został zakodowany kanon urody? Bo kiedy razem oglądamy czasopisma czy telewizję i pojawiają się tam czasem przepiękne kobiety, modelki czy aktorki, prawie zawsze słyszę, że każda z nich jest piękna. No mnie dużo brakuje do tego, co w gazetach, a jednak dla niej jestem piękna i ja, i te cudne długonogie.

A może nie ma to dla niej znaczenia i dlatego piękna jestem i ja, i one? Może piękno dla niej nie znaczy tego, co widzi, ale to, czego nie widać? Może ja właśnie jestem dla niej piękna z takiego powodu?

Czy aż tak bardzo udało mi się ją odciąć od tego, co krąży w przestrzeni? To obsesyjne zrzucanie kilogramów, wtłaczanie w siebie litrów botoksu, żeby buźka gładką była, podciąganie sobie pośladków, wypełnianie cycków silikonem? Ten ciągły rygor bycia fit? Nie dlatego, żeby być zdrowym. Nie dlatego, żeby dać o siebie właśnie dla zdrowia. Nie z rozsądku. Ale z obsesji. Z obsesji wiecznie młodego wyglądu.  Z obsesji jaką świat zewnętrzny wpompowuje w nasze mózgi od najmłodszych lat. Ze strachu. Ze strachu przed oznakami tego, że się starzejemy. Że dzieje się z nami to, co z każdym człowiekiem na ziemi. Nikt nie jest od tego wolny. Nikogo to nie ominie.

Kobiety przestają wyglądać jak kobiety, a zaczynają jak monstra z podniesionymi policzkami, kocimi oczami, czołami do potylicy, niedomykającymi się napęczniałymi ustami, bo to raz skóra już tak napięta, że nie da się ściągnąć, a dwa wargi tak spuchnięte, że kobieta nie czuje, czy zamyka je, czy otwiera.


[FM_form id=”2″]


W magazynach kobiecych, na okładkach, pojawiają się twarze kompletnie do siebie nie podobne. Już nawet same fotografowane, po ukazaniu się numeru, protestują przeciw zbyt dużej ingerencji Photoshopa w ich twarze i ciała. Nie pamiętam, ale to chyba była Drew Barrymore, słynąca skądinąd z pokazywania się w super naturalnym wydaniu, bez makijażu i bez widocznych poprawek upiększających, która opublikowała publiczny protest wobec poprawek w jej fotografii.

Piękne ciała na ściankach zaczynają przypominać kulturystyczne rzeźby promujące dołki w pośladach i kompletny brak biustu. Przestaje być istotne ile ma się do powiedzenia, a zaczyna się liczyć, ile razy wstrzyknęłam sobie botoks. I im więcej, tym lepiej.

Na każdy gorszy dzień czy kiepskie samopoczucie lekarstwem staje się wizyta w klinice medycyny estetycznej. Ale to z estetyką ma mało wspólnego. Strach. Panika. Przerażenie, na samą myśl, że może być widać, że moje ciało się starzeje. Włosy dęba stają na głowie na samo słowo „starość”. I nie dlatego, że ona potrafi być na serio beznadziejna bo samotna, chora, żebrząca o okazanie odrobiny zainteresowania. Ale dlatego, że jest pomarszczona, zwisająca i bardziej szara niż różowa.Ale to ta fizyczna, cielesna. Ta druga, ta prawdziwa, cały czas może pozostać piękna i świadoma własnej wartości.

CO TAK BARDZO CHCEMY UKRYĆ, ŻE WYDAJEMY TYSIĄCE ZŁOTYCH NA TO, ŻEBY SCHOWAĆ SIĘ ZA MASKĄ WYPEŁNIONĄ BOTOKSEM CZY INNYM GÓWNEM?

Dzisiaj już nastolatki wstrzykują sobie botoks, obsesyjnie trenują Chodakowską, katują się koktajlami z egzotycznych roślin. Nie myślą jednak o tym, jak o dbaniu o własne zdrowie. Najważniejsze jest bowiem,  która będzie miała lepsze selfie na insta. Która pierwsza pochwali się kolejną sesją na siłowni? Chcą mieć takie same foty jak ich idolki: wyciągnięte i sprężyste w śnieżnobiałych pościelach w pełnym makijażu o siódmej rano. I żeby móc majtki pokazać, żeby móc te majtki pokazać!!

Kiedyś, farbowało się włosy na Limahla, malowało usta na Madonnę, pruło spodnie na Springsteena. Dzisiaj wstrzykuje się botoks, podnosi pośladki, usuwa żebra i naciąga policzki na modłę prawie każdej już chyba osoby bardziej, czy mniej publicznej. Czy to to samo, tylko wtedy nie było botoksu??

Jak w tym wszystkim odnajdzie się moja Marta? Czy jako nastolatka również zechce poprawić sobie podbródek, bo uzna, że jest za mało uwypuklony? Czy będzie chciała naciągnąć sobie skórę brzucha, bo znajdzie jedną fałdkę za dużo??

Jak mocno uda mi się w nią wpoić, że jedzenie w nadmiarze cukru i tłuszczu jest NIEZDROWE, a nie jako pierwszy przekaz zapamięta, że od tego utyje?

Jak bardzo będzie potrafiła zaakceptować i pokochać siebie w wieku 20, 30, 40 i 50 lat bez regularnych zastrzyków z botoksu? Czy najpierw zawsze będzie wybierać mózg, a potem dopiero ciało?

Czy to, że jej twarz będzie zdradzała jej wiek, będzie dla niej atutem czy słabością, czymś wstydliwym?

CZY ZAMIAST MÓWIĆ MOJEJ CÓRCE „JESTEŚ PIĘKNA BEZ WZGLĘDU NA WIEK” POWINNAM POWIEDZIEĆ „NIE PRZEJMUJ SIĘ, NA ZMARSZCZKI TEŻ SĄ SPOSOBY”?

We wpisie „Żeby była szczęśliwa?” napisałam zdanie o tym, czego chcę dla mojego dziecka, a z czego ma wynikać to, czy będzie szczęśliwa:” korzystania z własnej inteligencji i mądrości wobec jej kobiecości, żeby wiedziała, co czyni ją pięknym człowiekiem, a co robi z niej atrakcyjną kobietę„. I to zdanie zamyka w sobie wszystko, na czym mi zależy, jeśli chodzi o to jak będzie na siebie patrzyła Marta, jako na kobietę w kontekście swojej urody i atrakcyjności.

Chcę Marcie pokazać i nauczyć ją, że to tzw. „dbanie o siebie” to nie jest robota, jaką musi odwalić dla innych, dla swojego męża, żony, chłopaka, czy kolegów w robocie. To wysiłek i przyjemność oczywiście, jaką ma zrobić dla siebie. Bo wszystkie te diety, zabiegi pielęgnacyjne, cudowne mikstury mają służyć jej, a nie innym. Uroda trwa chwilę. Jeśli atrakcyjność jest wrodzona, jest cudownym tłem dla naszego bycia sobą. Jeśli trzeba o nią jakoś dodatkowo się postarać, to w dalszym ciągu powinna zostać tłem.

Pamiętam kiedyś czytałam o kobiecie, która dzień w dzień, rano, w tajemnicy przed mężem, wstawała pół godziny przed nim, szła do łazienki, malowała się, mierzyła centymetrem wszystkie swoje obwody: piersi, brzuch, pośladki, uda, a wyniki zapisywała w małym notesiku, który przemycała w dłoni do torebki. Chodziła na siłownię, miała prywatnego trenera. Po każdym ćwiczeniu, zapisywała kolejne pomiary obwodów. Cała jej historia jest naprawdę smutna. Przez lata małżeństwa non-stop słyszała od męża, że jest za gruba. Nie gruba. Za gruba. Nie wiem jak wyglądała ta kobieta, ale z kontekstu wywnioskowałam, że nosiła rozmiar 38. Więc w sam raz, wydaje mi się. Pytanie więc, wobec czego za gruba? Kim starała się być dla męża, skoro rano pokazywała się już w całym rynsztunku, wyfiokowana i gotowa do wyjścia do pracy.

CZY WIECZNA MŁODOŚĆ JEST FAKTYCZNIE CZYMŚ, DLA CZEGO WARTO TRACIĆ WŁASNĄ TWARZ?

Koniec tej historii jest bardzo smutny. Ta kobieta, kompletnie nie przypominająca już siebie w lustrze, ma córkę. Nastoletnią dziewczynę, która wymyka się rano do łazienki, maluje i mierzy centymetrem obwody, zanim wstawi do sieci swoje zdjęcie z podpisem „cześć misiaczki, to ja”.  Jej matka, w trakcie śniadania, klepie ją po ręku, kiedy ta sięga po drugiego tosta. „jesteś za gruba. jeden ci wystarczy. leć na trening”.

I jestem bardzo ciekawa, co ta córka usłyszy od własnej matki, kiedy spyta ją „mamo, czy jestem ładna?”

I teraz tak: nie twierdzę, że botoks, upiększanie kosmetyczne jest w czambuł złe. Nie. Uważam jedynie, że jeśli robimy to wszystko ze strachu, z paniki, ze wstydu przed innymi, z panicznej obawy o to, co inni powiedzą kiedy zauważą choć jedną głębszą zmarszczkę, to wtedy jest to coś, co z naszą urodą kompletnie nie ma związku. Wtedy korekty i pomocy potrzebuje nasze wnętrze, nasze poczucie wartości, nasza pewność siebie.

I co najważniejsze, to przekaz jaki płynie od nas do naszych dzieci. W jaki sposób dzisiaj, kiedy moja Marta jest jeszcze mała, ja dbam o siebie, pielęgnuję moją urodę, naciągam zmarszczki czy nie, wciskam botoks czy nie, tak zapewne i ona będzie dbać o siebie. Mam dużo do roboty z sobą samą. Popełniam wiele błędów, wiele rzeczy powinnam robić, a nie robię. Czy to z lenistwa, czy z niechęci, czy z braku konsekwencji. Ale nie wpadam w panikę. Akceptuję.

I bardzo ważne też jest to, w jaki cudowny sposób jej tata patrzy na mnie i to jak wyglądam dzisiaj, a jak wyglądałam dwanaście lat temu, kiedy się poznaliśmy. W taki sam sposób ona sobie będzie wyobrażać to, jak ją powinien traktować jej mężczyzna. I jeśli będzie to wyglądało tak jak dzisiaj, to jestem pewna, że na miejscu kobiety  z centymetrem w ręku, zanim jeszcze pierwszy raz weszłaby do toalety żeby siebie zmierzyć, pieprznęłaby prędzej drzwiami wejściowymi do ich domu niżby miała choć jeden dzień być pod jednym dachem z kimś, kto ją samą ma po prostu w dupie.

Mam nadwagę, zmarchy i cellulit. Pisałam o tym dużo we wpisie „Jak pokochać siebie?”.   I pisałam też tam dużo o tym, w jaki sposób pogodzić czas i to, co robi z naszym ciałem i twarzą. I nie chodzi o to, żeby biegać roztytym, zaniedbanym i rozczochranym. Według mnie chodzi o to pogodzenie się ze sobą, zaakceptowanie tego, że upływ czasu to również zmiany w naszym fizis, w naszych ciałach. O to, żeby dać sobie prawo do tego, że nic nie musimy ukrywać, nic nie trzeba przykrywać, chować, ukrywać. Że to, czy tu czy tam mamy więcej czy mniej kompletnie nic nie znaczy. Jeśli nam przeszkadza, pozbądźmy się tego. Jeśli się z tym dobrze czujemy, zostawmy to tam, gdzie jest. Ale niech o tym kim jesteśmy dla siebie nie decydują kilogramy, mililitry, poziom wypełnienia zmarszczek. Można na milion sposobów dbać o to, żeby w tym starzeniu się pozostać zdrowym i zadbanym.

Żadna z nas nie potrzebuje strzykawek, katowania się, naciągania i innych takich. Każda z nas jest piękna na swój sposób. Każda z nas widzi w lustrze przepiękną wersję siebie. Każda z nas potrzebuje zaakceptowania tego, jak wygląda. Najpierw przez samą siebie. I na pewno chcemy się podobać innym. Nie ma w tym nic złego. Na pewno raz na jakiś czas marzymy o tym, żeby mieć figurę Claudii Schiffer, twarz Christy Turlington i włosy Cindy Crowford. Ja też. Ale nie mam tego i pewnie nigdy mi się to nie uda. No może nad włosami mogłabym tak z dziesięć lat popracować. Resztę mam swoją i chcę z tym moim żyć.

NASZE DZIECI I PARTNERZY, MĘŻOWIE NIE KOCHAJĄ NAS MNIEJ BO MAMY WIĘCEJ, ALBO BARDZIEJ BO MAMY MNIEJ. KOCHAJĄ NAS BO MAMY SIEBIE I JESTEŚMY SOBĄ.

I zawsze, bez względu na to, jak będziemy wyglądać, widoczne będzie nie to właśnie, ale to jak mocno siebie kochamy, akceptujemy i godzimy się ze sobą. I pod żadną maską tego się nie da ukryć.

Ale dzisiaj, tutaj, nie jest ważne czy ja się godzę, czy nie godzę. Ważne jest dla mnie dzisiaj z czym w dorosłe życie wejdzie moja Marta? Bo jeśli pozwolę na to, żeby ukształtowało ją środowisko, że wyjdę z założenia, że nie mam na to wpływu, że nie jestem w stanie przewidzieć, że otoczenie, to w tym przypadku akurat, kiedy z okładek patrzą na mnie monstra, kiedy nie poznaję redaktor prowadzącej blok informacyjny w TV i muszę podejść do ekranu telewizora żeby powiedzieć „o jasna ku**a, to naprawdę ona??!!”, to jeśli zostawię z tym moją Martę światu, to za dziesięć lat będę wydawać tysiące złotych na upodobnienie mojej córki do lalki Barbie w porywach do Kena. I przysięgam, choćbym miała stanąć wtedy centymetr od niej, za cholerę nie zobaczę w niej mojego dziecka.

A do czego Twoim zdaniem prowadzi ten dzisiejszy reżim gładkich twarzy, braku dodatkowych centymetrów w pasie i bycia obłędnie fit?


[FM_form id=”5″]

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • im bardziej kochamy siebie, tym piękniejsze jesteśmy:) Taka prawda:) Nasze córki muszą się nauczyć jak szanować to co nam dane i jak pokchać niedoskonałości. Nie ma piękniejszej ozdoby u kobiety niż uśmiech:) pozdrawiam!

    • Kilińska

      no właśnie Gosia! Pięknie to powiedziałaś.a ten uśmiech będzie zawsze, kiedy będziemy ze sobą pogodzone. zawsze. ściskam mocno

  • Jejku, zobaczyłam barbie i myslałam, że będzie śmieszny post, a tu takie coś! Bardzo mądry tekst. I smutny. Laura jeszcze jest mała, dla niej póki co ładne są Panie w czerwonych włosach i świecących sukienkach, mama też jest ładna, mimo iz mam krótkie włosy a ona lubi długie. NIe wiem co będzie za kilka lat, mam nadzieję, że będzie tak mądra że będzie potrafiła zauważyć prawdziwe piękne.

    • Kilińska

      Wiesz co jest najpiękniejsze, że takie mamy jak Ty będą dla swoich córek zawsze piękne. czy z krótkimi włosami, czy z długimi. I czy będziesz miała świecącą sukienkę czy zwykłą dresówkę. Bo będzie rozumiała piękno dokładnie jak Ty. I w tym jest odpowiedź na Twoje wątpliwości. Tak mi się wydaje. Tak widzę po mojej. Ściskam

Przeczytaj poprzedni wpis:
ŻEBY BYŁA SZCZĘŚLIWA?

Nieszczęście ... przed tym chronię moje dziecko. Tak samo przed smutkiem, żalem, bólem, nudą i wszystkim, co jednoznacznie kojarzy się...

Zamknij