CZAS WEDŁUG MATKI

Uwielbiam temat organizacji. Czasu, zakupów, przestrzeni wokół, nie ma znaczenia czego. Uwielbiam spisywać, rozpisywać, rozkminiać tematy na kartce. Najlepiej w zeszycie. Ładnym jakimś.

Kilińska zapytała mnie czy możliwa jest organizacja czasu matki dwójki małych dzieci. Dla mnie to szeroki temat. Złożony. Raz, to organizacja sama w sobie, dwa to fakt bycia matką. To pierwsze  życie ogarnia, drugie rozpieprza w mak.

Na początku całej zabawy w macierzyństwo doznałam szoku. Osoba, która z dziećmi wspólnego miała wiele, liczba podopiecznych idzie w setki. Pojawia się to moje, a ja przez dwa tygodnie w ogóle nie siadam na swoich tylnych zacnościach. Dwa tygodnie! No ludzie. Aż przyszedł ten dzień, w którym postanowiłam usiąść, wypić gorącą kawę i przeczytać książkę, kiedy moje dziewczę będzie spało. Dokładnie pamiętam jaka to była książka, choć mogłaby to być instrukcja obsługi piekarnika i też byłoby git (swoją drogą przydałoby się taką wreszcie ogarnąć, nie jechać wszystko na termoobiegu). Od tamtej pory czyste mieszkanie odeszło w zapomnienie. Masz małe dzieci, masz brudno. Proste. Podejmowałam jeszcze kilka prób, by to brudno było jak najmniej brudne. No wtedy to się działo. Ja tak się staram, a te mi znowu mleko z miodem leją na kanapę. Przynajmniej laptopa oszczędziły. Do czasu, jutra czyli, kiedy to i laptop będzie pływał. Jeszcze mężowi nie powiedziałam. Zbyt żywe wspomnienie zalania numer jeden. O! Piękny przykład organizacji czasu z dziećmi. U progu wszystkiego, bo tu tylko jedna sztuka działała. Przenieśmy się w ten absolutnie piękny, jesienny, ciepły poranek. Niedzielę mamy. I w tę uroczą niedzielę, prawie równie urocza para, leży sobie w łóżku i myśli (planuje) co też uczynić z tym błogim czasem, jaki to życie postawiło przed nimi. Pierwsza wolna niedziela od kilku miesięcy. Aj, się będzie działo, nie wiadomo czy nauczyć się mandaryńskiego czy Mount Everest zdobyć. Tyle wolnego czasu! Głupi oni, naiwni, nie wiedzą jeszcze, że ich pierwsze dziecię wylewa właśnie litr mleka na laptopa. A za chwilę na drugiego laptopa. I kot się cieszy, chętnie zliże, czego nie wchłonie komputer. Bańka prysła, błoga, wolna niedziela zamieniła się w niedzielę z patyczkami do uszu w rękach, ratującymi drogie narzędzia do pracy i relaksu. Córeczka zaplanowała dzień. Laptopy ostatecznie przeżyły.

CZY JEST MOŻLIWE PLANOWANIE Z DWÓJKĄ MAŁYCH DZIECI W DOMU? NIE.

Oczywiście U MNIE nie, być może istnieje fajterka, której to wychodzi. Ja próbowałam nie raz. Poległam za każdym jednym. Dlaczego? Jakbym miała udzielić takiej naprawdę krótkiej odpowiedzi, powiedziałabym – bo dzieci za małe. Nie wyobrażam sobie rozpisania planu dnia co do godziny. Mogę się stawiać, mogę się buntować, mogę wnioskować o odpowiednie zapisy w Konstytucji, ale tego faktu nie zmienię – to dzieci zarządzają moim czasem i energią. Nie ciskajcie się jednak, a dobrze zrozumcie.

Próbowałam ustalać sobie zadania, planować aktywności. Jakie to było frustrujące, gdy nie udało mi się zrealizować nawet połowy. Małe dzieci generują wiele dodatkowych czynności w ciągu doby, których sobie przecież nie zakładaliśmy. Czynności, które wymagają natychmiastowej reakcji i, które kosztują czasu. Wylane mleko na kanapę, obsikane schody, zalana łazienka, pół godziny całowania obolałego kolana, to przykład jednego tylko poranka. Maczanie papieru w sedesie i wysysanie zawartości pominę, choć to ten sam poranek był. Ach, jednak się nie powstrzymałam.

Na coś innego jednak chciałam zwrócić Waszą uwagę.

CZY ZGODZICIE SIĘ, ŻE Z MAŁYMI DZIEĆMI W DOMU, PIERWSZE SKRZYPCE GRA NIE TYLE CZAS, CO ENERGIA?

Dzieciaki świetnie nas ładują – gdy jest dobrze. Gdy się uśmiechają, są zdrowe i wykrzywiają buźki w tych rozkosznych grymasach. Czasem (często!) jednak marudzą, wyją, plują, gryzą siebie wzajemnie i wszystko jest nie tak. Jedziemy wtedy na resztkach energii, resztkach cierpliwości. Ja nie umiem wówczas realizować swoich zadań. Dlatego nie planuję szczegółowo. Nie mówię, że się tak nie da, mówię, że ja tak nie wyrabiam. Korzystam z okazji, korzystam z zasobów dnia. Są tygodnie, gdy idę jak burza i wszystko się fajnie kręci. Są takie, w których nie dzieje się nic. Nauczyłam się poddawać temu, co jest. Nie walczyć, bo to walka z wiatrakami była.

Planowanie długoterminowe? Z pierwszych trzech miesięcy tego roku, dwa spędziłam w domu z chorymi dziećmi. Miesiąc ospy, miesiąc grypy. Czy trzeba dodawać coś jeszcze?

Mimo wszystko, jakiś swój system staram się mieć. Bo wtedy działam jednak więcej. Korzystam z list "to do", uczę się ustalania priorytetów, choć tu jestem tępym uczniem. Generalnie myślę o tym, co chciałabym zrobić w danym tygodniu i spisuję to. Rzeczywiście słowo pisane ma moc. Gdy patrzy się na coś, czarno na białym widać czy tkwi się w miejscu czy posuwa do przodu. To motywuje. Bądź frustruje, wiadomo. Jestem młodą mamą i wiem, że to taki specyficzny czas w życiu. Trzeba jednak uważać, by nie "zwalać" wszystkiego na dzieci.

JAKĄŚ RECEPTĄ NA REALIZOWANIE PLANÓW JEST, W MOIM ODCZUCIU, DELEGOWANIE ZADAŃ. KWESTIA NA ILE JEST TO MOŻLIWE.

Czy rodzina, dziadkowie, rodzeństwo blisko? Choć bardziej trafnym pytaniem jest: czy CHĘTNA DO POMOCY rodzina blisko? Jeśli nie, to czy mamy finanse, by za opiekę nad dziećmi zapłacić? I, w końcu, czy nasze dzieci gotowe są do tego, by zajmował się nimi ktoś oprócz rodziców? Od innej strony zachodząc, czy i co możemy zlecić innym osobom?

Sednem tematu jest także partner. Dzieci zwykle jednak ma się z kimś, prawda?

Jeśli nie istnieje wsparcie jak powyżej, nie ma wielkich szans na działanie. Praca w domu z dwójką małych dzieci? Utopia. Przetestowałam z jednym. Wystarczy. Myślisz, że bredzę? Jeśli tak, a masz dwoje małych dzieci w domu, daj mi odpowiedź – JAK TY TO ROBISZ?? Oczywiście, jeśli nie tyrasz jak wół, nie zarywasz nocy, bo sorrrry, ale to dla mnie żaden wzór działania. Czysta kalkulacja zysków i strat mówi mi, krzyczy wręcz, drze głośno, że się nie opłaca.

Jeśli myślisz, że bredzę, a dzieci nie masz, to ja, siląc się mocno na grzeczną odpowiedź (bo się z teoretystami wszelkiej maści mało lubię), powiem tylko, że na ten moment wysikanie się w samotności wpisałam na swoją listę "before I die".

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • beAtko! Sądzę, że to jest właśnie ta Twoja droga. Pisanie! Tekst jest świetny. Świeży, autentyczny, naturalny. I podejrzewam (ciągle tu kogoś o coś podejrzewają hehe), że nie spędziłaś jakoś dużo czasu na jego napisaniu 😉 bo wiadomo, dzieci absorbują najbardziej. Dlatego proszę pisz, pisz, pisz Jestem na TAAAAK. Chętnie Cię poczytam. I nie daj się! Jestem z Tobą duchem w tych dzieciozmaganiach.
    Ps. Jeśli Twoje dzieci bez przerwy biegają, coś rozlewają, jest ich wszędzie pełno, to zachowują się jak…
    dzieci …
    ale to okres z którego się wyrasta (na szczęście dla mam i własne lekkie niestety)

  • babownia

    Bywa ciężko … Ale tak to chyba jest. Chcemy coś mieć to trzeba na to pracować … Z mądrości życiowych mogę powiedzieć jedno (tak, wiem, to taki zajechany argument), gdy dzieci dorosną są fajne i pomocne. Są partnerskie i można na nie liczyć. Uczą nowego. Czasu robi się trochę więcej. Nie chcę tego idealizować, bo jestem teraz w czarnym dołku z powodów różnych, ale wiem z mojego doświadczenia, że z czasem jest coraz lepiej. A może to ja dorosłam? Partner też dorasta. Szkoda, że my nie młodniejemy 😀

    • Kilińska

      Wiesz Basia co ja zawsze sobie powtarzam: każdy syf się kiedyś kończy. Każdy dołek ma pagórek. Mam nadzieję, że Twój też ma i mimo, że jest czarny to daleko mu do czarnej dupy, w którą ja wpadam średnio co kilka miesięcy, również z powodów różnych. Ale zobacz, nawet z dupy, i to czarnej, można wyjść :). A co do dzieci: moja Marta ma 7 lat. I jak porównam dzisiaj z czasem 2-3 latków, to to jest heeeeektokilometrowa różnica. Problemy są, owszem. Ale zupełnie inne. Nie, że prowadzi samodzielne życie (ha ha), ale ma już zdecydowanie swoją intymność, w którą ja nie wkraczam. A dzięki temu potrafimy funkcjonować nie wchodząc sobie w drogę. Ściskam Cię kochana mocno. 

  • bsn1234

    Życiowy opis….załączył bym może jednak czegos nt ojcostwa…wiem co mowie bo sam jestem po 10-12h w pracy a później opieka,karmienie,bajki kładzenie spać dwójki maluchów itd bo żona ma wieczorną pracę…. Pozatym na poczatku to dzieci wypalają energie totalnie ale później to człowiek wpada w wir rutyny i cos takiego jak wymiana pieluchy trwa sekundy gdzie wczesniej trzeba bylo wołac małżonkę. Zresztą to tez inny temat bo w Polsce jest jakies usranie sie na obowiazki matki i ojca i to mnie rozpieprza totalnie. Znam ojcow ktorzy sie brzydza pelna pielucha badz twierdza ze gotowanie i pranie to tylko dla kobiet…. Ale najgorsze jest to ze znam wiele kobiet ktore w pełni to aprobują. Pasuje im to ze facet w pracy zapieprza a one wozeczek i heja do parku z innymi. Gdzie tu samorealizacja??? Wazny jest czas spedzony z dziecmi to fakt ale dlaczego kosztem ojców bo to ich faktycznie nie ma w domu caly dzien…
    Pozatym dobry temat i Twoja historia. Pozdrowienia dla autorki

    • beAta

      oj, nie bardzo mogę załączyć czegoś na temat ojcostwa, bo tak nie bardzo ojcem jestem. no wiem, lubię się mądrzyć, ale to już byłaby przesada. taka wiesz.. po całości. ale zdanie swoje mam (no jakżeby!) i jest ono takie, że nie zazdroszczę mężczyznom. kobitom też nie. aj, cholera, lepiej napiszę o tym szerzej. pozdrawiam serdecznie 🙂

  • Katarynka120

    Uwielbiam…a najbardziej ostatnie zdanie, u mnie to wyglada tak samo😃 . dla mnie czyms wyjatkowym jest wypicie CALEJ cieplej kawy ( a nie naleze do tych, ktorzy popijaja kawe przez caly poranek), nie wspomne juz o spokojnym sniadaniu. Taaa….nie da sie zaplanowac dnia z dziecmi, pocieszam sie, ze nie tylko z moimi ( co potwierdza Twoj wpis).

    • beAta

      Kataryniuuu.. ja przez to wszystko zaczęłam chlać kawę litrami!! aż tak kojarzy mi się z chwilą dla siebie 🙂 4-5 dziennie? pff!! co z tego?? jeśli daje mi to kwadrans życia 😀 jak mantrę powtarzam im
      „mama pije kawę, mama ma czas dla siebie”. kiedyś załapią 😉

  • waldekanita

    A wyobraź sobie, że byli i tacy, którzy mieli po 4 dzieci. Dzieci, które jeśli akurat nie paliły papieru toaletowego w łazience, to paliły naftę w piwnicy, bądź papierosy w stogu siana 😀 Szczęśliwe dzieci to brudne dzieci, prawdziwy DOM to brudny dom 🙂

    • Kilińska

      Stawiam Ci pomnik od zaraz 💚

      • waldekanita

        hmmm…. tyle, że ja byłem pośród tej czwórki… ja i autorka powyższego tekstu 🙂 Pozdrawiam

        • Kilińska

          No to Waszej mamie:) 

    • beAta

      winna! dorzucę jeszcze rozwalanie bratu łba huśtawką i rzucanie do niego nożem. achh.. piękne wspomnienia ;D

    • yusta&cezary

      Również sie zgadzam… szczęśliwe dzieci to brudne dzieci!!! prawdziwy dom to brudny dom!!!!! 🙂 Becia… spijałam każde słowo… taka lekkość… usta w półksięzyc mi się ułożły 😉 … i autentyczny żal… że tak krótko 🙁 pisz pisz pisz!!!! chcę więcej !!!!!!

      • beAta

        Yusta moje dzieci to wiecznie brudne dzieci, do tego stopnia, że jak czyste wchodzą do sklepu to są jakieś podejrzane dla ekspedientek hhaha. no ale taki faktycznie brudny dom kojarzy mi się z wielkim nieogarem, że tak eufemistycznie powiem 😉 wiwat telefony! wiwat zapowiedziane wizyty! :*

  • Ewelina

    Urzekła mnie Twoja historia! Bo miałam wrażenie, że czytam o sobie 🙂 Też walczę z bałaganem, który doprowadza mnie do szewskiej pasji bo sprzątam codziennie i wciąż jest jubel. Masz bardzo fajny sposób pisania. Będę zaglądać tu częściej.

    • beAta

      zaglądaj, zaglądaj. zapraszam 🙂

Przeczytaj poprzedni wpis:
ORGANIZACJA CZASU – HIT CZY MIT?

Dlaczego, skoro o organizacji czasu, napisano już setki artykułów, książek, blogów, poradników, w dalszym ciągu kiedy spytasz przeciętnego Kowalskiego czy...

Zamknij