CZAS NA ZMIANĘ

Czy zdarzyło Cię się zesrać emocjonalnie na samą myśl o tym, jak Twoje dziecko zareaguje na jakąś tam wiadomość czy sytuację, która zmieni coś w jego życiu? Mnie i owszem. Mówiłam sobie wtedy „przecież ona tego nie wytrzyma” albo „jezu, jak ona to zniesie?” lub „a może w ogóle jej nie mówić?”.  I z takim nastawieniem trzęsłam portami jak osika na mrozie, czy moje dziecko zniesie zmiany, z którymi niechybnie stanie twarzą w twarz. A co jeśli ten czas na zmianę nadejdzie czy się zrobię w gacie czy nie?

SKĄD BIERZE SIĘ STRACH PRZED ZMIANAMI? DLACZEGO MÓWI SIĘ, ŻE „ZMIAN NIKT NIE LUBI”?

A co jeśli zmiany są ok.? A co jeśli zmiany nie są złe? Nie wspaniałe, nie jakoś bardzo wskazane. Nie pożądane. Ale ok. Co się stanie, jeśli zaczniemy traktować zmiany jako stały element naszego życia? Co jeśli zmiana zostanie na stałe wpisana w życiorys nasz i naszej rodziny? Co jeśli jedyną rzeczą, jaka nigdy nie ulegnie zmianie, jest miłość do naszych dzieci? A całą resztę możemy zacząć traktować jako bardziej lub mniej stałą. Ale nie jako coś, co nigdy się nie zmieni. Co jeśli, jak twierdzi moja znajoma, całe nasze życie to jedna, wielka zmiana? Co wtedy?

Otóż taka sytuacja: nasza wychowawczyni będzie mamą. Cudowna wiadomość. Gorsza jest taka, że idzie na zwolnienie i już nie wróci do naszej klasy. Od stycznia będą mieli nową panią, która zostanie z nimi już do końca trzeciej klasy. Moja Marta jest bardzo zżyta z panią. Uwielbia ją i ten ich związek to relacja typu „ale pani powiedziała, że…”. No i choćbym stanęła na głowie to, co powiedziała pani, jest święte. Mogę tylko się z tym zgodzić, albo zaakceptować wyższość przekonań pani nad moimi.

My, rodzicie mieliśmy tego nie mówić naszym maluchom. Miała to zrobić pani. No i się zaczęło. Matko jedyna. Myślałam, że oszaleję. Patrząc na tą moją pchłę, wyobrażałam sobie, jak to będzie przeżywała. Że to dla niej cios będzie. Że może nie płacz i rwanie włosów, ale bardzo wielki smutek. Z jednej strony chciałam ją przed tym uchronić. Jakoś nie dopuścić do tego, żeby się o tym dowiedziała. Na szczęście bardzo szybko powiedziałam o sobie, że skretyniałam i wywaliłam tę myśl do kosza. Potem przyszła pora na rozmyślanie, w jaki sposób mogę to złagodzić? Jakoś zagadam, że jeśli kogoś lubimy, to najważniejsze powinno być dla nas jego zdrowie i szczęście. Cały czas jednak byłam surowo zielona na samą myśl o tym, jak ona w ten poniedziałek zareaguje, kiedy pani jej powie. Ha, nawet wypytywałam innych rodziców, jak ich dzieci to zniosły, z racji tego, że nas nie było w szkole w piątek, kiedy pani oficjalnie opowiedziała klasie o nadchodzących zmianach.

No i w końcu przyszedł ten poniedziałek. Jeszcze czekając na nią pod szatniami pytałam znajomą mamę „no i jak, no i jak?”. Ona, że luz, spokój. A ja, że u nas to będzie marnie, bo Marta tak bardzo lubi panią, że przecież będzie mała tragedia.

Serce mi bije, w kolanach miękko, czuję mrowienie w uszach, jakieś gorąco wali mi po żuchwie, pachy parują. Dzwonek. Schodzą. Myślę sobie „będzie smutna, znaczy masakra. będzie nie smutna – znaczy ok”. Widzę ją. „w cholerę nie wiem, czy smutna, czy nie”. No to przesrane. Nic nie wiem. Ledwo stoję. Pytam bezgłośnie pani „jaaaaak pooooooszłoooo?”. Pani, nieco zmęczona, kiwa głową i odpowiada „oooooookej”. Lekko ulżyło. Podchodzi do mnie. „mamusia…”. „oho – myślę – emocje”. „czeeeeść kochanie, jak dzisiaj było?”. „dobrze mamusiu”. „rozmawiałaś z panią I.?”. „tak mamusiu”. „i co?”. „dobrze mamusiu. znaczy smutno mi troszkę, bo pani I. do nas nie wróci już”. „ale będziecie mieć inną panią”. „tak, mamusiu, wiem. ale wiesz, co w tym jest najważniejsze? że pani I. będzie miała dzidziusia. i teraz musi o siebie dbać. i to jest najważniejsze. jej zdrowie. i zdrowie dzidziusia. a, i wiesz jeszcze co? pani I. powiedziała, że mogę wysyłać do niej maile, kiedy będę chciała. czyż to nie cudowne?? mamusiu, będziemy wysyłać do pani I. maile !!! jestem troszkę smutna, ale szczęśliwa, że pani I. będzie mamą. to jest najważniejsze!”. I poleciała do szatni.

No cóż…poczułam się jak kompletna kretynka. Jak jakaś przewrażliwiona cipa.

MOJE SIEDMIOLETNIE DZIECKO OKAZAŁO SIĘ BYĆ O WIELE BARDZIEJ DOJRZAŁE NIŻ JA, STARA KROWA.

Co ja sobie myślałam? Po jaką cholerę się tak zamartwiałam?? Dlaczego nie wzięłam pod uwagę, że ona ma totalnie własne emocje i własną tolerancję na zmiany. DLACZEGO JEJ NIE ZAUFAŁAM??

I dlaczego w ogóle nie pomyślałam, że pani I. może wziąć to na swoje bary i przekazać tę, bądź co bądź smutną nieco wiadomość, w sposób cudownie przyswajalny i optymistyczny, pozytywny? Dlaczego brałam wyłącznie własne emocje pod uwagę??

Bo wyszłam z założenia, że zmiana jest zła. Nie ważne jaka i czego dotyczy. Sam proces zmian. Bo kiedyś przyswoiłam sobie, że jednym z warunków, żeby moje dziecko czuło się bezpieczne, jest brak zmian. Tylko dlaczego??

Skąd tak paniczny strach przed opuszczeniem ciepłego gniazdka emocjonalnego constansu? Dlaczego to, co stałe, niezmieniane, OBOJĘTNIE, jakie jest, ma być lepsze od tego, co będzie po zmianie tego stanu? Po opuszczeniu strefy komfortu? Czy nie wydaje się to totalnie abstrakcyjne, że ze strachu przed tym, co czeka nas poza gniazdem, pozostajemy w nim nawet, kiedy gałązki w tyłek uwierają?

Dlaczego nie pomyślałam, że taka zmiana dla Marty wcale nie musi oznaczać czegoś złego? Że na przykład ją to rozwinie emocjonalnie. Nauczy się odnajdywać w nowych warunkach. Dzięki zmianie nauczy się radzić sobie z emocjami. Nauczy się widzieć dobre strony zmian. Dlaczego te pytania zadaję dopiero teraz, a nie zanim mało co nie zeszłam z tego świata, projektując sobie złamaną psychikę mojego dziecka??

Bo brałam pod uwagę wyłącznie własne emocje. Nie zrobiłam żadnego wysiłku w kierunku pozostawienia tych emocji mojemu dziecku. Bo dla mnie był tylko jeden scenariusz możliwy, ten zły. Bo nie wzięłam pod uwagę, że moje dziecko będzie w stanie poradzić sobie z tym, że choć ta konkretna zmiana może nie jest na starcie jakoś bardzo budująca. ale w konsekwencji wszystko dobrze się skończy. Bo nie wzięłam również pod uwagę tego, że moje dziecko potrafi postawić się tak mocno w sytuacji drugiego człowieka, że najważniejsze będzie dla niej to, że dla tego drugiego ta zmiana oznacza szczęście. A wtedy i ona będzie czuć się szczęśliwa.

To dla mnie całkowicie nowa sytuacja. Po raz pierwszy chyba zostałam tak wyraźnie postawiona przez Martę przed faktem, że mimo tego, że ona ma dopiero siedem lat, potrafi tak dobrze gospodarować swoimi emocjami. Że mogę jej zaufać na tyle, żeby zdjąć z siebie ten koszmar projektowania sobie jej przyszłych reakcji, w dodatku wyłącznie tych złych.

Jesper Juul, którego już prawie wyznaję, w książce „Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej?”  pisze tak:

„(…) Uważam, że popełniamy kardynalny błąd, zakładając, iż dziecko nie rodzi się jako stuprocentowy człowiek. (…) Dlatego zakładamy, że po pierwsze, (dzieci) muszą zostać wpierw poddane wpływowi osób dorosłych, a po drugie, że dopiero po osiągnięciu pewnego wieku można je uważać za dojrzałych, pełnowartościowych ludzi. Innymi słowy uważamy, że musimy wychowywać dzieci w taki sposób, który pozwoli im przyswoić sobie wzory zachowania prawdziwego – czyli dorosłego – człowieka”.

No właśnie…przyswoić wzory zachowania dorosłego człowieka! W samo sedno.

Co to oznacza dla naszej przyszłości? Czy teraz już będę wrzucać Martę na głęboką wodę i dalej, ratuj się sama, bo jesteś dojrzała??? Skąd. Nie o to chodzi. Absolutnie nie.

Dla mnie oznacza to:

  • koniec z negatywnym projektowaniem jej zachowań, reakcji i emocji;
  • początek ufania Marcie tak, aby ona mogła zacząć myśleć „moja mama mi ufa, co znaczy, że wierzy we mnie”, a co będzie budować jej poczucie własnej wartości;
  • jako komuś, kto może nauczyć mnie tego, co powinnam wiedzieć sama;
  • traktowanie zmian jako coś, co nie umniejsza poczucia naszego poczucia bezpieczeństwa jako rodziny;
  • większe zaufanie do osób, które w jakikolwiek sposób komunikują zmiany mojemu dziecku.

I tego się będę trzymać.

Mój strach ma wielkie oczy. Za duże. Zdecydowanie za duże. Ale już coraz mniejsze. Bo ciągle się uczę. Od mojego dziecka też. A to najfajniejsza chyba nauka, jaka mogła mi się w życiu trafić.

A Ty jak bardzo oswojona jesteś ze zmianami? Czym dla Ciebie są zmiany?

 


[FM_form id=”2″]

Tekst Cię wzruszył, wzburzył, spodobał się, rozbawił Cię? Jeśli tak, będzie mi przyjemnie, jeśli podzielisz się tymi emocjami z innymi ... Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+1Email this to someonePin on Pinterest0
  • Dużo rzadkiej, potrafimy się przyznać, że nie akceptujemy siebie lub akceptujemy tylko w pewnych obszarach. Skąd wynika trudność w przyznaniu się do braku akceptacji samego/samej siebie? Bo nie jest łatwo powiedzieć, że mój problem jest wewnątrz mnie, a nie zewnątrz. Że nie mam zgody w sobie na to jak wyglądam, co umiem i w co wierzę. Zamiast wymagającej pracy nad sobą, wolimy poszukać rozwiązania, triku, techniki, dzięki której inni będą nas odbierać jako osoby, które wiedzą czego chcą i są pewne siebie. Niezła sztuczka naszego EGO.

    • Kilińska

      w samo sedno. dziękuję. wszystko w kilku zdaniach.

Przeczytaj poprzedni wpis:
10 OSÓB W SIECI, A KAŻDE Z NICH MOTYWUJE

Wywołuje pozytywne wibracje, tudzież. Dzięki nim nabieram ochoty, uczę się ciągle, poznaję nowe, naprawiam stare. Dzięki nim czuję, że mogę...

Zamknij