CZY FAJNA MAMA TO JA

„nie kocham Cię mamo”. „i masz do tego prawo. ale w tej chwili nie jestem od tego, żeby było ci przyjemnie. nie jestem „fajną mamą”. jestem mamą, która Cię wychowuje i stara się ze wszystkich sił, żebyś czuła się bezpiecznie. chcę Cię nauczyć, że wszystko co robisz ma swoje konsekwencje, bo tak właśnie działa świat i ludzie w nim. żebyś umiała zadbać o siebie, bo kochanie, nie zawsze będzie tak, że będę przy Tobie ja, czy tata. a taka nauka czasem bywa bolesna, tak jak ten moment teraz”.

„to ja już Cię kocham z powrotem mamusiu. wiesz, że mówiłam to w złości, prawda? przepraszam.”. „miałaś prawo to powiedzieć i chociaż wiem, że tak nie myślisz, takie słowa bolą, wiesz o tym, prawda?”.

Cały ten zgiełk

A wszystko dlatego, że budziłam o 06:45 zamiast tego, że mogła spać do jedenastej, jak przez ostatnie dwa miesiące. Sytuacja jak najbardziej klasyczna, wydaje mi się. Z początkiem szkoły aż roi się na blogach mamowych od takich właśnie, podobnych historii. Swoją drogą to zbrodnia budzić te maluchy o tak barbarzyńskiej porze, ale cóż: nic lepszego mądrzy ludzie na razie nie wymyślili, przeciwnie: po reformie dzieci chodzą do szkoły na siódmą, a inne na szesnastą trzydzieści. Nobla temu, który wytłumaczy tym rodzicom, w jaki sposób mają racjonalnie, rozsądnie, mając na sercu dobro dziecka i własny interes, zarządzać czasem z takimi planami lekcji?? Ale nie o tym …

Nie kocham Cię mamo

Nie powiem, w sercu zakłuło. Ale bolałoby jeszcze bardziej i pewnie dłużej, być może nawet przewlekle, gdybym kilka lat temu, z samą sobą nie przerobiła tematu „fajnej mamy”. Miałam taki etap w życiu, kiedy chciałam i bardzo starałam się być „fajną mamą”. Taką przyjaciółką. Ale to narzucało mi pewien styl bycia, bardziej luźny, niezobowiązujący, beztroski. Bo od tego są fajni ludzie, żeby było miło i przyjemnie. I pewnie dalej bym tak sobie o, bujała się na huśtawce fajności, gdybym się w porę nie kapnęła, że nie ma to w ogóle nic wspólnego z wychowywaniem mojej córki. Bo w kontekście „fajnej mamy” nie leży na przykład stawianie dziecku jakichkolwiek granic. Nie idzie wymagać czegokolwiek. Nie można też pozwolić popełniać jej błędy, ponosić porażki. Wtedy przecież nie jest już fajnie. Wtedy robi się poważnie, a to już nie jest fajne.

Zła wiadomość

„Fajna mama” nie przekazuje niefajnych wiadomości. Nie będę mogła na przykład powiedzieć jej, że nie pojedzie na wymarzone wakacje, bo kasy nie ma, albo zmieniły się plany. Nie będę umiała powiedzieć jej, że na przykład przyszedł list z uczelni, na którą się właśnie nie dostała, czego jej oczywiście nie życzę, ale życie bywa różne. Nie będę też w stanie wytłumaczyć jej, że chłopak, z którym się spotyka, nie jest tym jedynym, bo widziałam właśnie, jak pod klatką obściskuje Hankę spod piątki. W końcu nie będę potrafiła powiedzieć jej, co jest w życiu ważne, o co warto walczyć, za co warto się bić i czego warto bronić za wszelką cenę. Bo „fajna mama” nie rozmawia na poważne tematy, a na fajne. Tylko, że ja, jako matka, chcę umieć w każdym z tych momentów wesprzeć ją w najlepszy z możliwych sposobów, a nie udawać, że nic się nie stało i świat jest w dalszym ciągu i nieprzerwanie różowy.

Tak było wygodniej

Albo prościej. Bycie „fajną mamą” zdejmowało ze mnie całą masę obowiązków. Nie musiałam uczuć jej całej tej odpowiedzialności, dbania o własne potrzeby, radzenia sobie w ciężkich sytuacjach, budowania samooceny. A w związku z tym ja też taka nie musiałam być, no bo przecież „najlepszym sposobem na wychowanie jest dawanie przykładu”. Mogłam bujać w obłokach, żyć sobie w idealnym świecie, gdzie „wszystko będzie dobrze”, a słowa „problem” nie ma w słowniku. Unikać konfliktów, różnicy zdań, siebie i ją schować pod klosz i pilnować tylko, żeby szybka nie pękała.

Prędzej czy później

W końcu jednak, kiedyś zderzyłaby się ze ścianą, stanęłaby pod murem. W końcu kiedyś przyszedłby ten „najgorszy dzień w jej życiu”. I co wtedy? Co wtedy jej da to, że ja byłam tą „fajną mamą”? Nic. Kompletnie nic. Na nic jej będzie „fajna mama” i moje „wszystko będzie dobrze”, kiedy jej świat runie, obojętne z jakiego powodu. A chociażby cały wiek nastoletni, to pasmo takich upadków przeplatanych wzlotami. Do kogo pójdzie wtedy moje dziecko po wsparcie? Do mnie? Skąd! Dlaczego? Bo doskonale będzie już wiedzieć, że ja jestem tylko od tego, żeby było fajnie. Że od prawdziwego życia jest być może tata, albo ciocia, albo pani psycholog, albo przyjaciółka. I również prędzej czy później odetnie mnie od swojej rzeczywistości. Będę w niej tylko wtedy, kiedy będzie fajnie. Cała reszta, to prawdziwe życie, skrzętnie i umiejętnie ukryje przede mną. Jeśli w ogóle będzie potrafiła tak żyć.

Nie jestem kumplem mojego dziecka

Jestem jej matką, rodzicem. Bywa, że nie będzie mnie kochać, będzie na mnie zła, wściekła. Ale tylko dlatego, że ją kocham nad życie i wychowuję. A jeśli tak, to moim zadaniem jest uczyć ją życia, a nie na każdym kroku usuwać jej przeszkody spod nóg, umilać czas, sprawiać, żeby była szczęśliwa. „nie kocham Cię mamo”? Jako matkę bardziej interesuje mnie to, jak ona będzie sobie w życiu radzić i jak daje sobie radę teraz, niż to, co o mnie myśli. Nie mam obsesji, żeby zawsze było fajnie i miło. Nie ganiam z uśmiechem na ustach udając, że doły i stres mnie nie dotyczą.
Żyję prawdziwym życiem. Pracuję na własnym, żywym organizmie. I takiego, prawdziwego życia, chcę nauczyć moją córkę.
Takie jest moje zadanie. A Twoje?

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
  • Mimo wszystko nie chciałabym, żeby moje dziecko myślało o mnie źle. Myślę, że między wymaganiem a byciem kumplem można znaleźć jakąś równowagę. Wydaje mi się, że to bardzo zaprocentuje w przyszłości.

  • Bardzo trafne ( niestety ?). I jeszcze jedno bym dodała, może nie zawsze ten schemat się rodzi, ale trochę jest tak, że zawsze musi być ten niefajny rodzic i ten fajny. 🙂 Albo dobry i zły policjant, jak kto woli. Czasami myślę sobie ( a do Starszej nawet mówię :), że już nie chce mi się być tą niefajną mamą, że w sumie przyjemniej było by być tą fajną, wyluzowaną mamcią, bo tak jest milej i wygodniej.

  • Ja też zgadzam się s Tobą. Rodzic musi stawiać granice i przez to dziecko czasem nie będzie postrzegało go w kategorii „przyjaciela”. Bezstresowe wychowanie nie przygotowuje do życia. Ja mam rocznego synka i też po woli się tego uczę. Pewnie ciężko mi będzie nie raz odmówić czegoś takiej kochanej istotce, ale tłumaczę sobie, że to dla jego dobra.

    • @CzasNaZiemi:disqus o właśnie Kasia! W punkt! „Bezstresowe wychowanie nie przygotowuje do życia”. Bo spod takiego klosza przecież, prędzej czy później nasze dzieci wyjdą. I nagle co? Zaskoczenie! Nie wszyscy chcą dla nich dobrze. Nie wszyscy robią wszystko dla nich. Nie wszystko dzieje się wyłącznie dlatego, że oni tego chcą. Nie są już tak wspaniali i nie mogą mieć wszystkiego wyłącznie dlatego, że powiedzą to sobie przed lustrem. A odmawianie z czasem można wyćwiczyć 🙂 Pozdrawiam Cię najmocniej

  • Po przeczytaniu Twojego tekstu miałam jedną myśl w głowie – Twoje zdanie pokrywa się w 100 % z moim zdaniem. Niczego inaczej bym nie określiła. Moje dzieci w grudniu skończą 3 lata i kilka osób już mi powiedziało, że ” wychowuję je zbyt ostro” cokolwiek to oznacza według tych osób. Ja chcę im już teraz pokazywać, że każde zachowanie będzie miało swoje konsekwencje. Pokazuję, że gniewam się na nich, że nie cieszę się ze wszystkiego co zrobią….Tłumaczę złe emocje, bo są one wpisane w naszą codzienność. Nie da się ukrywać przed dzieckiem irytacji, smutku, rozgoryczenia. To jest przecież życie. Wtedy lecą do Taty, bo mama jest zła. To jest dopiero przygrywka do tego co przede mną… Podstawa to rozmowa. O emocjach, o rozczarowaniach… Pozdrawiam Cię serdecznie.

    • Kilińska

      Dziękuję Natalia i wzajemnie. Pięknie o tym piszesz. W dzieciństwie brakowało często mi szczerości i naturalności w kontaktach z rodzicami. I teraz, jako mama, to dla mnie strasznie ważne, żeby u nas tego nie brakowało. Nawet za cenę tego, że czasem jestem ta „zła”. Już nie mogę się doczekać naszego spotkania w Katowicach.

    • @nataliakajstura:disqus Dziękuję Natalia i wzajemnie. Pięknie o tym piszesz. W dzieciństwie
      brakowało często mi szczerości i naturalności w kontaktach z rodzicami. I
      teraz, jako mama, to dla mnie strasznie ważne, żeby u nas tego nie 
      brakowało. Nawet za cenę tego, że czasem jestem ta „zła”. Już nie mogę
      się doczekać naszego spotkania w Katowicach.

Przeczytaj poprzedni wpis:
CZEGO UCZĄ NAS DZIECI

Sama świadomość, że od naszych dzieci możemy się czegoś nauczyć, jest absolutnie genialna. Zwykle przecież to my, rodzice, matki, czujemy...

Zamknij