BANALNY NASZ BANANOWY SONG

Uwielbiam banały w moim życiu i zastanawiam się czemu służy, ostatnio bardzo popularne, silenie się za wszelką cenę na bycie „głębokim”? Dlaczego coś co nie ma drugiego dna stało się wstydliwe i niemodne? Jest się dobrze postrzeganym, kiedy słucha się muzyki coś niosącej, z jakimś przesłaniem, czasami wręcz niszowej. Do kina chodzi się tylko na takie filmy, po których przez tydzień nie można ze sobą dojść do ładu, a dyskusje o tym co reżyser miał na myśli umieszcza się na portalach społecznościowych, blogach i innych podobnych. I najlepiej dla siebie, żeby nie dojść do żadnej logicznej puenty, a postawić wielki znak zapytania nad przegłębokim przekazem autora.

Czyta się książki „mądre”, ciężkie, bo jeśli je czytamy to znaczy, że je rozumiemy. Już sam autor i tytuł powala, tak więc nikt nie spyta o zrozumienie treści, przy czym pewno niejeden by poległ.

MODNIE JEST LUBIĆ RZECZY I MIEJSCA AMBITNE. I KONIECZNIE INNI MUSZĄ SIĘ O TYM DOWIEDZIEĆ I STALE BYĆ Z TĄ NASZĄ GŁĘBIĄ ONLINE. DZISIAJ WYSTARCZY JEDEN PRZYCISK I JUŻ W ŚWIAT IDZIE MESSAGE, ŻE JESTEŚMY GŁĘBOCY I ŻE INTELEKTULANIE NAS JEST BARDZO DUŻO.

I mimo, że funkcjonumemy w danym środowisku już nawet parę lat, cały czas czujemy potrzebę odświeżania informacji o tym, że mamy ambitne dusze, a nasz intelekt wciąż się rozwija.

A ja… jakoś ostatnio uwielbiam okoliczności, w których specjalnie nie muszę wytężać swoich szarych komórek. Lekką, przyjemną muzyką lubię się otaczać na przykład. Wstać sobie rano i posłuchać „I love you and miss you, u u u”.  Kolekcjonować płyty wykonawców pop i mieć sentyment do filmów prostych i śmiesznych. Teledysków typu "Najlepsza Dziunia w klubie" czy jakoś tak.

Uwielbiam jak świeci słońce i śpiewają ptaki, a w ręku mam gazetkę z kolorowymi buziami uśmiechniętych ludzi. Ich twarzy nawet nie zapamiętam, a to co o nich przeczytam natychmiast wypadnie mi z pamięci. Książki, które potrafią mnie rozbawić do łez i przyprawić o te same łzy ze wzruszenia wciągnęłabym nosem, gdybym potrafiła. Nie szukam w nich tego czegoś. Nie muszę się po ich przeczytaniu umawiać z kimś, kto będzie w stanie mi wytłumaczyć, o co w ogóle  w tym chodzi?

I co w tym złego, że się do tego przyznaję? Czy to już na zawsze skreśla mnie z listy tych „głębokich”? Czy jedno wyklucza drugie?

CZY ZAWSZE BĘDĘ MUSIAŁA WYSILAĆ SIĘ NA DRUGIE DNO ŻEBY NIE WZIĘLI MNIE ZA NIECO PUSTAWĄ POSTAĆ?

Czy w takim razie lekki i przyjemny POP w całej swojej rozciągłości jest banalny? Czy mało wyrafinowana forma na jakiej opiera się kultura masowa będzie zawsze kojarzona z mniejszymi ambicjami odbiorców i jej twórców, i będzie wzbudzać zwykle lekką pogardę wśród ludzi z kręgu tzw. kultury wysokiej?

Może i na własne potrzeby, ale uwikłałam sobie taką oto myśl:

ŁATWIEJ JEST WEJŚĆ Z PŁYTKIEJ WODY NA GŁĘBOKĄ NIŻ DOSTRZEC UROKI BRODZENIA PO KOSTKI SIEDZĄC W WODZIE PO SZYJĘ. 

No nowego nurtu filozofii oprzeć na tym się nie da, ale coś w tym jest.

Lecę, bo w radio znowu Dziunia leci i nie chcę przeoczyć refrenu.

"Ja tobie mówię, mówię, Ja tobie mówię, mówię, Aj em najlepsza dziunia, tutaj, w klubie…" la la la, la la la.

Podaj dalej. Dzięki!Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0Email this to someonePin on Pinterest0
Przeczytaj poprzedni wpis:
MOJE PIĘĆ MINUT

Centrum Warszawy. Upalne, piątkowe popołudnie. Bardzo powoli, zmęczeni duchotą, gorącem, ludzie pracy opuszczają swoje jaskinie biznesu. Wylewają się niepospiesznie na...

Zamknij